Mówić prawdę, czy rąbać prawdę?

DZIWNY PODRÓŻNY.

Było to jakoś teraz na początku grudnia, gdy nagle chwyciły mrozy, a mnie wypadła podroż. Pociąg zaraz miał ruszyć, niestety biegałem od wagonu do wagonu i nigdzie nie chciano mnie wpuścić. Tymczasem wkrótce pociąg ruszył. Trudno, trzeba było skoczyć na bufor i jechać. Pociąg był pośpieszny; poczułem, że żywcem marznę.

Na szczęście coś się stało, bo pociąg stanął w polu. Wtedy zeskoczyłem i zacząłem wściekle dobijać się do najbliższego przedziału, bo drzwi się do niego nie otwierały. Naraz jakiś młody mężczyzna spuszcza okno, wyciąga ręce i mówi łagodnie:

- Pomogę panu, bardzo proszę do nas!

Skoczyłem i po chwili usadowiłem się w ciepłym wagonie. Mój dobroczyńca, silny, przystojny pan, siedzący obok mnie, z obrączką żonatego mężczyzny na ręku, wyciągnął teraz najspokojniej w świecie różaniec i modlił się. Patrzyłem na niego zdumiony, bo i ja miałem przy sobie różaniec, ale nie odważyłbym się na oczach ludzi go odmawiać i to w dodatku tak pobożnie, jak on to robił. Zupełnie się nie krępował. Czynił to tak prosto jak dziecko.

- Co za szaloną odwagę ma ten człowiek! - pomyślałem. Powiedziałem mu to, gdy skończył odmawianie różańca, a on mi na to swym cichym głosem.

- Gdy ludzie widzą, że się ktoś modli, to powstrzymują się od niewłaściwych czynów. A są to przecież nasi bracia: Polacy. Czyż więc choćby dla tego samego nie warto się modlić? - I roześmiał się łagodnie.

Z DZIEWCZYNĄ NA KOLANACH.

Dojeżdżaliśmy do jakiejś stacji przed Gdańskiem. Wsiadł tutaj do naszego przedziału żołnierz z dziewczyną. Mój znajomy poprosił, by się posunięto, i jedno miejsce zrobiono wolne. Zajęła je nie dziewczyna, ale żołnierz; natomiast dziewczyna usiadła mu zaraz na kolanach, zaczęła się mizdrzyć do niego, on zaś ją obejmował. Ludzie się śmiali, dowcipkowali, radość im to sprawiało.

Pomyślałem sobie.

- Głupia dziewko, jeżeli nawet za tę cenę zdobędziesz sobie tego chłopaka na męża, to nic dziwnego, że będzie cię traktował potem jak ścierkę.

Spojrzałem na mego znajomego. Nie spuszczał młodych z oka. Widziałem, że to, co robili, sprawiało mu ból. Nie upłynęło kilka chwil, a mój znajomy powstaje, dotyka ramienia dziewczyny i mówi z uśmiechem:

- Widzę, że państwo są małżeństwem? Ale nawet gdyby tak było to...

- Nie! Nie małżeństwem! - przerywa mu ze śmiechem żołnierz, a za nim zarechotał żartami cały przedział.

- W takim razie bardzo panią proszę o łaskawe zajęcie mego miejsca. Przecież pani jest niewygodnie! - mówił mój nowy znajomy.

Dziewczyna wstała i zajęła jego miejsce obok mnie, on zaś stanął obok żołnierza i rozmawiał z nim wesoło, na tematy obojętne; palili też, wreszcie mój przyjaciel podróży pociągnął nieznacznie żołnierza ku oknu i coś mu długo tłumaczył.

- Pan pewnie chce być rycerzem bez skazy? - dobiegły mnie szeptane słowa mego towarzysza podróży. - Pan odpowiada przed Bogiem za każdą Polkę, do której się pan zbliża. Pan musi być żołnierzem wyjątkowo odpornym moralnie wobec błota, którego teraz pełno jest wszędzie!

Co jeszcze mówili, nie wiem. Widziałem wzruszenie na pięknej twarzy żołnierza i wypieki na twarzy mego nowego znajomego. Wreszcie uścisnęli sobie ręce i żołnierz usiadł na dawnym miejscu. Dziewczysko nie wytrzymało teraz i natychmiast skoczyło żołnierzowi na kolana. Ale żołnierz usunął ją zręcznie i wstał: ona została sama. Tu znów chwycił żołnierza na rozmowę mój przyjaciel, tak jakby chciał wojakowi pomóc, by wytrwał. W końcu gdzieś przed Wrzeszczem żołnierz i dziewczyna wysiedli. Mój przyjaciel usiadł obecnie znów koło mnie.

NAUCZYCIEL ZBYSZEK

Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się że dziwny ów pasażer, mój współrozmówca to nauczyciel szkoły powszechnej, że na imię mu Zbyszek.

- Panie Zbyszku: - mówię do niego - Pan ze swym delikatnym usposobieniem przecież się okropnie męczy, gdy pan komuś zwraca uwagę. Wyobrażam sobie, ile to pana kosztuje nerwów! Ludzie bowiem, którym zwracamy uwagę, są zazwyczaj ordynarni, bez wychowania; ubliżają, no i chyba wcale nie poprawiają się od naszych uwag. Czy więc warto zdrowie szarpać dla takiej hołoty? Chce dziadostwo koniecznie iść do piekła, niech idzie na samo dno!

A on na to:

- Przede wszystkim ja nikomu nie zwracam uwagi.

- Zaprzecza pan, bo jest pan skromny. Jednak sam dopiero co widziałem na własne oczy, że pan zwraca - ludziom uwagę.

- Nie, ja nikomu nie zwracam uwagi - powtórzył łagodnie. Bo dziś normalny człowiek, a zwłaszcza obcy człowiek, który mnie nie zna, nie wytrzymałby, gdybym mu zwrócił uwagę. Wściekłby się ze złości. Po wtóre, skąd pan wie, że ja często robię to, czego pan był niedawno świadkiem?

- Wygląda pan na takiego - odpowiedziałem. - Zresztą, wyobrażani sobie, że najczęściej pana za to spotykają wyzwiska i klątwy ordynarne...

- Spotyka mnie i to, ale nie najczęściej. Jeżeli zaś mnie to spotyka, to zdarza się to na początku rozmowy, ale rzadko kiedy na końcu.

- A dlaczego?

- Bo, widzi pan, ja nikomu nie "zwracam uwagi". Ja tylko służę radą. I właśnie bardzo mi do tego pomaga moje usposobienie. Delikatne usposobienie i wrażliwe nerwy pomagają mi używać wyrazów łagodnych i cichego głosu. Powiem panu też jeszcze coś więcej: wiele mi również pomaga moje tchórzostwo, mój strach przed ludźmi...

- Co też pan mówi?! We wszystko wierzę, tylko nie w to. Przecież wiem od pana, że był pan na wojnie i we "wrześniu", i teraz, a na pewno tylko przez skromność nie przyznał mi się pan, że wyróżniono pana chyba wysokimi odznaczeniami bojowymi.

- Wyróżniono, ale przez pomyłkę!

- śmiał się mój rozmówca sam z siebie.

- Dość, że jestem tchórzem. Gdybyż ludzie wiedzieli, jak bardzo cierpię... ze strachu... już wtedy, gdy mam się do kogoś zwrócić ze swą radą! Bo potem, gdy już rozpocznę rozmowę, jestem o wiele śmielszy. Szczególnie jestem bojaźliwy na początku rozmowy, gdy komuś służę radą na oczach wielu ludzi: w pociągu, tramwaju, na zabawie, na zebraniu, w warsztacie pracy.

Natomiast bardzo łatwo jest mi służyć komuś radą, gdy z tym człowiekiem mówię w cztery oczy. Gdy nie ma przy rozmowie nikogo więcej.

TRUPY... KATOLICKIE

- Kiedy też pan najczęściej występuje ze swą uwagą? - zapytałem po chwili pana Zbyszka, bo nie bardzo kwapił się oh do rozmowy.

- Gdy widzę, że ktoś publicznie czyni co złego. Ludzie zazwyczaj śmieją się z tego lub milczą. A przecież można to przerwać: byleby się kto wtedy odezwał, chociaż jeden człowiek.

- I pan zazwyczaj bywa tym jedynym człowiekiem? Bo chyba wszyscy naokoło milczą: jak... trupy katolickie.

- Proszę pana - mówił cichutko pan Zbyszek - gdy dzieje się zło, ludzie zaś patrzą na to i milczą, bo się boją, sumienie mi mówi: "Tu jest Chrystus! Patrzy na ciebie. Mów! Nie pozwól na zło! Chrystus cię poprze. Czyż Bóg i z Ciebie ma mieć takiego tchórza, jak z setek milionów innych katolików?

I ty się boisz odezwać w sposób dobry, gdy twoi bracia Polacy nie boją się obrażać Boga publicznie? Nie bój się! Mów!"

- Mój Boże! - pomyślałem sobie - Ileż razy ja tchórzę w podobnych wypadkach!

Ale bałem się do tego przyznać głośno przed panem Zbyszkiem. On zaś wynurzał się dalej:

- Trafiam na takie zdarzenia, gdzie się tak bardzo boję wystąpić do obcych ludzi ze swą radą, że dopiero, gdy sobie przypomnę, że na moje tchórzostwo patrzy Bóg, zaczynam działać. Ho! ho! Jak że wygodnie jest żyć takim ludziom, którzy patrzą na złe postępowanie pewnych braci - Polaków i milczą!

- Tak milczą, jak... trupy katolickie! - powtórzyłem. A chociaż tak powiedziałem, to wstyd mnie żarł, bo i ja należę do tych trupów, a przecież jestem mężczyzną, żołnierzem: tak jak zresztą każdy Polak.

KTO BĘDZIE PANEM ŚWIATA?

- Czy się pan zastanowił, panie Zbyszku, że zawsze pewna część Polaków będzie czyniła publicznie zło? - zacząłem znów rozmowę.

- Tak.

- A więc przez całe życie będzie pan spotykał takich ludzi? Czy "tedy przez całe życie będzie się pan męczył zwracaniem tym ludziom uwagi?

- Przez całe życie. Bo dopóki żyjemy, powinniśmy pomagać naszym braciom postępować po katolicku.

Aż zamilkłem z podziwu, on zaś po chwili mówił dalej:

- Czy pan nie czytał, że w dawnych wiekach ludzie kładli na siebie włosiennicę albo łańcuchy, by pokutować za innych?

- Słyszałem o tym, ale to było bardzo dawno, dziś jednak postęp poszedł naprzód, więc już nie dręczymy ciała, ale je pieścimy słońcem i wodą na plażach i w rzekach, na stadionach i na kortach, pilnując zawsze, by się nie przemęczyć.

- A czy jest dziś bomba atomowa?

- zapytał znienacka.

- Jest - odpowiedziałem...

I zdziwiłem się, co mu nagle przyszło do głowy, bo co ma wspólnego bomba atomowa ze zwracaniem uwagi gorszycielom? A on jakby to wyczuł, bo powiada:

- Drogi panie, sam wzmacniam ciało plażą, kąpielą i sportem. Ale chcę mówić o czym innym. Istotnie postęp poszedł teraz daleko; na przykład, jedna bomba atomowa może zabić piątą część ludności państwa w ciągu godziny. A czy ma pan taki wynalazek, żeby po jego zastosowaniu piąta część ludności zaczęła postępować tak jak Bóg przykazał i żeby ta zmiana dokonała się w ludziach w ciągu godzimy? Czy pan słyszał, żeby gdzieś na świecie uczeni nad takim wynalazkiem pracowali?

- Ani mi to do głowy nie przyszło!

- krzyknąłem, bo mówił rzeczy zastanawiające.

- A czy pan gdzie słyszał, żeby się rządy i narody domagały takich właśnie wynalazków od uczonych?

- Nie.

- A czy pan wie, jak narody rasy białej wyobrażały sobie swe życie po zakończeniu tej wojny?

- To wiem. Każdy sobie planował mieć najwyżej jedno dziecko, a inne dzieci gdyby miał, to planował pozabijać, jeszcze nim się urodzą. Poza tym ludziska wzdychają, do rozwodów, czyli do powszechnego łajdactwa; do wygód, do nieróbstwa. Poza tym mam znajomych, co wołali: "Panie złociuchny, tydzień pijemy, gdy się wojna skończy!"

- Jest pewna przesada w tym, co pan mówi - tłumaczył łagodnie Zbyszek. - Ale jest prawdą, że aby żyć wygodnie, ludzie chcieli przekreślić po tej wojnie niektóre Przykazania Boskie. I właśnie dlatego nad takim światem Bóg zawiesił... bombę atomową. I zawiesił ją nad nami, nad Polską. Otóż ja chcę ten stan rzeczy choć odrobinę zmienić - mówił nieśmiało mój rozmówca.

- Jak?

- Ja chcę pokutować za gorszycieli - Polaków - dodał nieomal ze wstydem. - Przecież nasz naród im mniej będzie grzeszył, tym mniej nieszczęść będzie Polsce groziło!

Umilkł. Pociąg turkotał, ludzie chrapali, była już noc. Długo nie mogłem się uspokoić ze wzruszenia.

- To i tacy ludzie są w Polsce - myślałem. - Pokutować za kogoś? A kogóż to dziś to obchodzi! Co on mówi?!... - Wydziwić się nie mogłem.

A pan Zbyszek znów jakby wyczuł, co myślałem, bo powiada:

- Czy wyobraża pan sobie, co by to było, gdyby wszędzie gdziekolwiek który Polak coś gorszącego zrobi publicznie, znalazł się zaraz drugi taki Polak, który by mu serdecznie zwrócił uwagę i pomógł postępować po katolicku?

- Ale jak pan będzie za nich pokutował? - zapytałem.

- W ten sposób, że będę im służył radą, choćby mnie to nie wiem ile przykrości kosztowało. Właśnie te cierpienia, a zwłaszcza własne zdenerwowanie, własny strach przed takimi ludźmi, własne tchórzostwo, które będę musiał w sobie przezwyciężyć, żeby odważyć się do takich ludzi odezwać: to wszystko ofiarowywać będę Bogu w tej myśli, żeby się każdy Polak - gorszyciel poprawił. Wie pan, co robię, gdy mam się do kogoś takiego odezwać?

- No?

- Mówię wtedy: Boże, widzisz, że się boję wystąpić; że to, co zamierzam, z trudem mi przychodzi! Ofiaruję Ci ten strach i trud w intencji tego człowieka, do którego się zaraz zwrócę, aby postępował szlachetnie w tych okazjach, gdzie teraz postępuje gorsząco.

- No dobrze, ale co pan robi, gdy zamiast słuchać lżą pana cholerami, piorunami itd?...

- Staram się przetrzymać. A potem cichym głosem mówię swoje Panie, pan nie ma pojęcia, co można zrobić cichym, łagodnym głosem. Przecież Ewangelia mówi, że nie bomba atomowa posiądzie ziemię, ale że "cisi posiądą ziemię".

Rycerz Niepokalanej 2/1946, grafiki do artykułu: Mówić prawdę, czy rąbać prawdę, s. 41

RĄBAĆ I MÓWIĆ!

Była głęboka noc. Zadumałem się nad słowami tego ciekawego człowieka. -Kto to może być? Skąd się teraz biorą tacy ludzie? W dodatku chłop młody, żonaty... - myślałem sobie.

Naraz do przedziału wszedł jakiś podejrzany typ, oświecił podróżnych lampką elektryczną i poszedł dalej. Dzięki temu zobaczyłem, że wszyscy spali jak zabici i że pan Zbyszek nawet nie drzemie.

- O czym pan myśli? - rzuciłem w jego stronę, bo czułem, ze ma mi coś powiedzieć. A może chciał mi coś nowego tłumaczyć, ale się bał?... Nie wiem zresztą, ile go to kosztowało, co do mnie dotychczas mówił.... A kto wie, czy swoje zdenerwowanie, które może mu się udzieliło z powodu rozmowy ze mną, nie ofiarował właśnie w tej to chwili Bogu w tej intencji, abym ja dobrze używał języka?...

- Właściwie, chciałbym się panu w pewnej sprawie zwierzyć, jeśli wolno? - rzekł bardzo łagodnie.

Hm, hm - pomyślałem - pewnie jakaś uwaga! Co on mi też zarzuć? Więc zaraz powiadam:

- Proszę mówić choćby jak najostrzej! Ja się nie obrażę!

- Proszę pana, czy panu się podobało, gdy ta dziewczyna siadła żołnierzowi na kolanach?

- Nie. Aż się trząsłem ze złości! Jak ona śmie na oczach ludzi pozwalać sobie na łajdackie postępowanie!

- A czemu pan milczał? Po wtóre: pan się zgadza z tym, jak ja, sobie

wobec tej dziewczyny postąpiłem?

- Najzupełniej. Ale ja nie miałem odwagi się odezwać - wykrztusiłem ze wstydem.

- Otóż takich jak pan jest miliony. Prawie wszyscy Polacy, to ludzie dobrej woli. A więc oni wszyscy chcą tego co pan: chcą dobrze. Gdyby tedy ci wszyscy Polacy mieli odwagę mówić to, co myślą; gdyby mieli odwagę mówić prawdę; gdy widzą gdzieś zło, wówczas zupełnie inne byłoby postępowanie całego narodu!

- Rzeczywiście! Przyznaję panu słuszność.

- Chodzi mi o to, ażeby w każdym domu chociaż jeden członek rodziny miał odwagę mówić prawdę rodzicom i rodzeństwu.. I tak samo, żeby jeden taki odważny człowiek znalazł się w każdym biurze, w każdej fabryce, w każdym tramwaju, w każdym wagonie! "Prawda was wyswobodzi!": mówił przecież Pan Jezus.

Wie pan - snuł dalej swe myśli mój towarzysz - marzę o tym, by powstał zakon mówienia prawdy... Każdy zakonnik składałby ślub, że w każdym położeniu i wobec każdego człowieka będzie mówił prawdę niezależnie od tego, co go może za to spotkać.

- Zbyt wielu męczenników i świętych miałby taki zakon - pomyślałem. - Ale tylko ci męczennicy i święci zdarliby ze świata strup kłamstwa i oczyściliby powietrze od smrodu fałszu!

Miałem właśnie z tym się na głos wypowiedzieć, gdy jakiś wojskowy z sąsiedniego przedziału odezwał się wśród nocy potężnym basem:

- Zgadzam się z panami, ale pod warunkiem: że to nie będzie zakon mówienia prawdy, ale od rąbania prawdy; bo dziś są tacy ludzie, że dopiero wtedy im się pomaga, gdy im tak wyrąbać prawdę, aż im w pięty pójdzie!

- Jeden człowiek może się zdobyć na "rąbanie", a drugi na mówienie. Po wtóre jeden gorszyciel wymaga, by go "zrąbać, drugiemu zaś wystarczy łagodnie zwrócić uwagę - pomyślałem sobie. - Zresztą, najważniejsza rzecz, by się odezwać. Żeby nie zachowywać się wobec zła jak... trup katolicki.