Nasz ideał
Otwarcie powiem, że niełatwo nasz ideał zrozumieć, a jeszcze trudniej go zgłębić, a raczej możemy go coraz głębiej i jaśniej poznawać, ale nigdy nie wyczerpiemy jego szczytności. Czemu? Chodzi tu o Matkę Bożą. Chociaż mamy pojęcie "matki", to jednak pojęcie "Bóg" zawiera w sobie nieskończoność, podczas gdy rozum nasz posiada granice. Nigdy więc nie zdoła objąć pojęcia "Matka Boża".
Kto zatem nie potrafi ugiąć kolan i w kornej modlitwie błagać Ją pokornie o poznanie, kim Ona jest, niechaj nie spodziewa się cośkolwiek o Niej bliższego się dowiedzieć.
Z macierzyństwa Bożego wypływają wszystkie łaski udzielone Najświętszej Maryi Pannie. Pierwszą zaś z nich to Niepokalane Poczęcie. Musi być Jej bardzo miły ten przywilej, jeżeli sama zechciała się nazwać w Lourdes: "Jam jest Niepokalane Poczęcie". - Tym też drogim sercu imieniem pragniemy Ją nazywać.
Niepokalana - oto nasz ideał.
Samemu do Niej się zbliżyć, do Niej się upodobnić, pozwolić, by Ona opanowała nasze serce i całą naszą istotę, by Ona żyła i działała w nas i przez nas, by Ona miłowała Boga naszym sercem, byśmy do Niej należeli bezgranicznie - oto nasz ideał.
Promieniować na otoczenie, zdobywać dla Niej dusze, by przed Nią także serca bliźnich się otwarły, by zakrólowała Ona w sercach wszystkich, co są gdziekolwiek po świecie, bez względu na różnicę ras, narodowości, języków i także w sercach wszystkich, co będą kiedykolwiek aż do skończenia świata - oto nasz ideał.
I by Jej życie w nas pogłębiało się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z chwili na chwilę i to bez żadnych granic - oto nasz ideał.
I aby to Jej życie podobnie rozwijało się w każdej duszy, co jest i będzie kiedykolwiek - oto nasz drogi ideał.
Z artykułu o. Maksymiliana Kolbego, RN 1936
Czy był cud, w Krakowie?
Zacząć wydawać czasopismo, ale w jaki sposób w tak trudnych czasach, kiedy raczej się zwija niż zakłada wydawnictwa? Posłałem więc między innymi i o. Wenantemu [Katarzyniec, † 31 III 1921, franciszkanin, przyjaciel o. Maksymiliana] zapytanie, co on o tym sądzi. "Jeżeli moja rada może się na co przydać - odpisał skromnie - jestem zdania, by co prędzej zacząć wydawać organ Rycerstwa". Następnie podjął się on także skreślenia słowa wstępnego.
Tymczasem wyniszczająca powoli gruźlica powaliła go do łóżka i wtrąciła do grobu. Rok przeszło minął, kiedy zacząłem starania, by radę Zmarłego w czyn wprowadzić. Dnia 25 listopada 1921 r. kasa Rycerstwa liczyła minus 40 marek polskich. Żadnych dochodów przewidzieć nie było można, ani też liczyć na jakiekolwiek zapomogi. Wszyscy sądzili, że rozpoczęcie wydawania miesięcznika z początkiem nowego roku jest niemożliwe. A jeden z ojców tak się wyraził: "Gdyby miesięcznik był na styczeń, to byłby cud, a ponieważ cudu nie będzie, więc i na styczeń miesięcznika nie będzie". Zwracając się wówczas do kleryków, rzekłem: "Módlcie się do Matki Bożej za przyczyną o. Wenantego. Jeżeli «Rycerz» wyjdzie w styczniu, to będzie sprawa o. Wenantego". I - sam nie wiem, jak się to stało, ale pierwszy [205]numer ukazał się rzeczywiście jeszcze w styczniu. Uważałem więc za miły obowiązek zamieścić w tym numerze jego podobiznę i skreślić kilka słów o nim, zaznaczając zarazem, by on był temu pismu patronem.
Cały kapitalik zebrany na wydawnictwo poszedł na pierwszy numer, a nawet z wysprzedaży tegoż numeru odbiliśmy jeszcze piąty jego tysiąc. Po ludzku mówiąc takie przedsięwzięcie nie mogło się udać, bo przecież pierwsze ze 3 tysiące nowo powstającego pisma są czasem wkładów, a tu na miesiąc luty nie było wcale pieniędzy. Słusznie też o. prowincjał zauważył, że nie ma widoków co do jego wydania. Do tego jeszcze ciężko zaniemogłem, więc i powzięty poprzednio plan, by mając już numer styczniowy w ręku zapukać do zamożniejszych po ofiarę na ten cel, spełzł na niczym.
Trawiony silną gorączką, leżąc bezsilny zwróciłem się do o. Wenantego: "Widzisz, że nie ma pieniędzy na numer lutowy. Jeżeli znajdzie się potrzebna suma i jeszcze zbędzie, to z tego, co pozostanie, wydrukuję twoją fotografię". I - nadspodziewanie, nie tylko przyszły potrzebne pieniądze; ale i nadwyżka, za którą wedle obietnicy wydrukowałem mu podobiznę z krótkim życiorysem.
Nieraz też w chwilach ciężkich, podczas szalonych skoków w cenach, które powaliły tyle wydawnictw, polecałem Niepokalanej przez ręce o. Wenantego krytyczne położenie, i nie doznałem zawodu.
Tak "Rycerz" dobiegł wbrew wszelkim przewidywaniom końca pierwszego roku wydawnictwa. Tymczasem w Krakowie wybucha agitacyjno-przedwyborczy długotrwały strajk drukarzy. "Rycerz" przenosi się do Grodna. Z wielką trudnością wychodzi tu numer listopadowy i grudniowy i zdaje się, że już wyjścia nie ma.
Zwróciłem się znowu do o. Wenantego i obiecałem mu co prędzej wydrukować obiecaną biografię, jeżeli jeszcze tego roku stanie nasza drukarnia. Bez pieniędzy jakże tu marzyć o drukarni. A jednak - znowu nadspodziewanie tak się sprawy układają, że w okresie nowenny i oktawy Niepokalanego Poczęcia i maszynę drukarską kupiliśmy, i najniezbędniejszą ilość czcionek. Teraz natomiast powoli drukarnia i w ogóle wydawnictwo staje na nogi. Nie mogąc więc zamilczeć tak jawnej działalności o. Wenantego, mimo woli cisną mi się pod pióro słowa Zmarłego, gdy zwracano mu uwagę na potrzebę pracy wydawniczej: "Widzicie, ja jestem chory i nic już zrobić nie mogę, ale po śmierci dużo zrobię dla zakonu".
Z notatek o. Maksymiliana (V 1923)
Wskazywać drogę do szczęścia
Ton "Rycerza Niepokalanej" będzie zawsze przyjazny dla wszystkich bez względu na różnice wiary i narodowości. Miłość, której uczył Chrystus - jego charakterem. I właśnie z tej miłości ku zbłąkanym, a przecież szukającym szczęścia duszom postara się on piętnować fałsz, wyświetlać prawdę i wskazywać prawdziwą drogę do szczęścia.
Przyjmujemy chętnie artykuły, tak duchownych jak i świeckich osób, pisane w duchu powyżej wskazanym. Można też nam przysyłać zarzuty (już rozpowszechnione) przeciwko wierze; w osobnej rubryce zbijać je będziemy. Wreszcie prosimy wszystkich, którym podoba się "Rycerz Niepokalanej", aby raczyli łaskawie wedle możności wspomóc pieniężnie nowo budzący się miesięcznik, gdyż koszty papieru i druku są obecnie wielkie, a pieniędzy mamy bardzo mało. Niepokalana i dusze, które to pismo doprowadzi do prawdy i szczęścia na tej ziemi i na wieki w niebie, hojnie się odwdzięczą łaskawym ofiarodawcom.
Z artykułu wstępnego o. Maksymiliana, zamieszczonego w pierwszym numerze RN (1 1922)
W Grodnie
"Rycerz Niepokalanej" został przeniesiony do Grodna. Prosimy więc naszych Czytelników, aby zechcieli łaskawie kierować korespondencję pod nowym adresem: Administracja Rycerza Niepokalanej, OO. Franciszkanie, Grodno.
Notatkę tej treści podał w rubryce Od wydawnictw listopadowy numer RN z r. 1922
Było to po pierwszej wojnie światowej, mniej więcej w latach 1924-27. Szkolnictwo w Grodnie znajdowało się w stadium ciągłej organizacji. W śródmieściu kilka szkół rozwijało już swoją działalność, a na przedmieściu zaniemeńskim zalążkiem pełnej 7-klasowej szkoły była szkoła rozwojowa, którą ulokowano w małym prywatnym domku przy ul. Młynarskiej. W tych warunkach rozpoczęłam swoją pracę nauczycielską. Moją ambicją było założenie biblioteki szkolnej. Zabrałam się do urządzania przedstawień, aby tą drogą zdobyć dochód na zapoczątkowanie biblioteki. Ponieważ sali do przedstawień w szkole nie było, zwróciłam się z prośbą do ojców franciszkanów, aby pozwolili mi korzystać z sali teatralnej przy klasztorze. Tam właśnie odbywały się próby i przedstawienia.
O. Maksymilian interesował się moją pracą wśród dzieci i starał się w miarę możności ułatwiać ją. Był bardzo uczynny i czuły na niedolę ludzką. Kiedy dowiedział się, że dzieci pomiędzy sobą - wołają: "Daj koksu" (tak nazywały czarny chleb, którego niektóre z nich były bardzo spragnione), zatroszczył się o gorące dla nich posiłki. Br. Donat Tyszkiewicz przynosił dzieciom gorącą zupę lub herbatę z chlebem. O. Maksymilian siadał, rozmawiał z dziećmi, pytał, co robią w domu, czym się zajmują ich rodzice, czy i gdzie pracują. Od niektórych dzieci dowiedział się, że ten posiłek, który tu dostawali, był ich całodziennym pokarmem. Dużo bowiem z nich było biednych i cierpiało niedostatek w domu..
Oprócz dzieci katolickich byo w tej grupie kilkoro prawosławnych. O. Maksymilian odnosił się bardzo życzliwie i do nich. Wszystkie traktował jednakowo. One tymczasem garnęły się do niego, lubiły go i starały się okazywać mu w różny sposób swoją wdzięczność: jedne jakimś wierszykiem, inne bukiecikiem kwiatów, to znowu niektóre miłym uśmiechem.
Relacja Eweliny Hudymówny, b[yłej] nauczycielki w Grodnie (14 IV 1968)
Na nowej placówce, w Niepokalanowie
W ostatnich miesiącach r. 1927 wydawnictwo "Rycerza" przeniosło się z Grodna do Niepokalanowa pod Warszawą, stolicą Polski. Na nowym miejscu o. Maksymilian i jego bracia stanęli wobec ogromnych trudności. Przybyli na otwarte pole, częściowo zalane wodą. Oto kilka świadectw z tego pionierskiego okresu.
Krzyż i sygnaturka
Pamiętam, jak na polach księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, w majątku Teresin, zaczęło się coś robić.
Mój brat, Jan Gajewski, miał w Topolowej wytwórnię wyrobów z cementu, takich jak: dreny, płyty chodnikowe, dachówka. Pewnego dnia przyjechał o. Maksymilian z br. Zenonem wozem z majątku Teresin. Obaj prosili o materiał na postument pod figurkę Niepokalanej, którą chcieli postawić na terenie obranym pod budowę klasztoru. Otrzymali kręgi i płytę. Wkrótce figurka stała na polu przy drodze do Szymanowa. Widziałam ją zawsze, gdy szłam do kościoła w Szymanowie.
Pamiętam, jak nieraz przychodził br. Zenon i prosił gospodarzy o furmanki do zwożenia materiału budowlanego: desek, żwiru, i co było trzeba. Czasem gospodarze sami jedni drugich powiadamiali i całą gromadą przyjeżdżali. Inni znów osobiście, nawet - kobiety i dzieci, przychodzili i jak kto mógł, pomagał. Wszyscy się cieszyli, że będzie blisko kościół. Baraki szybko rosły. Pewnego razu, w dzień powszedni, jechaliśmy do Szymanowa. Widziałam, jak bracia zakładali na kaplicy krzyż i sygnaturkę.
Początkowo niektórzy różnie myśleli i mówili. Zastanawiali się, czy nie są to przypadkiem mariawici albo świadkowie Jehowy, gdyż w tym czasie grasowały różne odłamy, np. w Masznie - świadkowie Jehowy, w Lesznie - mariawici. Wkrótce wszyscy się przekonali, że byli to prawdziwi zakonnicy. Ukochali więc o. Maksymiliana, o. Alfonsa i braci.
Osobiście z o. Maksymilianem nie rozmawiałam, gdyż był on bardzo zajęty i mniej się zajmował ludźmi. Od swego męża i od innych słyszałam jednak, że o. Maksymilian jest bardzo dobry, serdeczny, kocha ludzi i dla nich się poświęca. Ludzie to doceniali i dlatego pomagali. (...) W kaplicy było bardzo zimno, a w zakrystii stał mały piecyk, który nieco ogrzewał, gdy się w nim paliło. Poszłam więc do zakrystii, by się nieco zagrzać, czekając na nabożeństwo. Przyszedł o. Alfons i zaczął się ubierać do Mszy św. Był on tak zmarznięty, że cały drżał - było mi go żal. Wiedzieliśmy wszyscy, w jak ciężkich warunkach pracuje o. Maksymilian z braćmi. To nas tym bardziej do nich przyciągało. (...) O. Maksymilian nie głosił kazań, może bardzo rzadko, więcej spowiadał. Ludzie mówili, że jest chory na płuca. W różny sposób okazywał nam wdzięczność i miłość, Co miesiąc, gdy wyszedł nowy numer "Rycerza", jeden z braci stał przed kaplicą w niedzielę i rozdawał to pismo wszystkim. Ludzie składali też ofiary, ale każdy otrzymywał "Rycerza" bez względu na ofiarę.
Pewnej niedzieli, gdy już było więcej baraków i gdy obowiązywała klauzura, o. Maksymilian zaprosił wszystkich, którzy pomagali klasztorowi (ale tylko mężczyzn, bo z uwagi na klauzurę nie mógł przyjąć niewiast). Urządził dla nich skromną ucztę. Sam im nalewał kawy, rozdawał chleb i tak serdecznie z każdym rozmawiał, że wszyscy czuli się jak jedna rodzina. Gdy mąż powrócił z tej gościny, opowiadał mi z wielkim przejęciem, jak ten o. Maksymilian, o. Alfons i bracia są serdeczni i wdzięczni.
O. Maksymilian od samego początku przy różnych okazjach zachęcał nas do umiłowania Niepokalanej. Rozdawał Cudowne Medaliki, przyjmował do Rycerstwa Niepokalanej, zwłaszcza w święto Niepokalanego Poczęcia. Trudno mi wszystko przypomnieć, ale odczuwam wielką wdzięczność za dobro, jakie otrzymaliśmy przez o. Maksymiliana i Niepokalanów.
Relacja Franciszki Tujak (1 III 1968)
Składałem deski z o. Maksymilianem
W r. 1927 na jesieni przyjechałem końmi, by pomóc zwozić deski ze stacji kolejowej Szymanów na plac, gdzie miała być budowana kaplica i klasztor. Przyjechałem pierwszy. Na stacji był o. Maksymilian. Gdy mnie zobaczył, rzekł: "To obaj weźmiemy się do przeładowywania desek z wagonu na wóz". Niedługo składaliśmy, bo przyjechało jeszcze około siedmiu gospodarzy oraz br. Zenon Żebrowski (...).
Br. Zenon chodził do gospodarzy i prosił ich o pomoc. Chętnie spieszono z pomocą, jak kto mógł, jedni końmi, drudzy osobiście. Ludzie się cieszyli, że będą mieli blisko kościół. Raz byłem z br. Zenonem w Sochaczewie po gwoździe. Kupiliśmy u Żyda dziesięć skrzynek. Gdy br. Zenon zapłacił, wtedy Żyd dodał jeszcze jedną skrzynkę, mówiąc: "Jeszcze to. Za to nie trzeba płacić. Niech i mój gwóźdź tam siedzi". Innym razem kupowaliśmy krzesła, też u Żyda. Wtedy również Żyd dołożył jedno krzesło do kupionych dziesięciu i podobnie powiedział: "Niech i moje krzesło tam będzie".
Ze wspomnień Wincentego Czarneckiego (9 V 1968)
Już 70 000 egzemplarzy
Mimo trudnych warunków "Rycerz" ukazywał się nieprzerwanie, więcej: jego nakład zwiększał się. O tym sukcesie podała redakcja w kwietniowym numerze r. 1928.
Dzielimy się z Czytelnikami radosną nowiną, że mimo tylu naszych uchybień, wynikłych z przenosin wydawnictwa z Grodna do Niepokalanowa, nakład "Rycerza" nie tylko się nie zmniejszył, ale ustawicznie rośnie. Obecnie osiągnął już 70 000 egzemplarzy. Naszym marzeniem - i Waszym, Czytelnicy - jest, by w bieżącym roku dobił do 100 000. (...) Ileż wtedy dusz nieśmiertelnych do Niepokalanej przylgnie, ile z dobroci Jej matczynego serca będzie czerpać pełną dłonią!
