BELGIA, w grudniu 1935 r. (49-36)
Kochany "Rycerzu Niepokalanej", ogłoś wszystkim swoim czytelnikom, że choć bardzo często obserwuję w swoim życiu, w różnych wypadkach, wprost natychmiastową i oczywistą pomoc Matki Najświętszej, jednak ostatnio mam do zawdzięczenia Jej szczególną pomoc. A było to w czasie egzaminów uniwersyteckich bardzo surowych, które musiałem zdawać w warunkach najmniej odpowiednich, w stanie ogromnego przemęczenia. Szedłem więc na egzamina, pocieszając się jedynie niezawodną opieką Matki Najśw. i św. Tereni. Nie zawiodłem się. Zdałem bez kłopotu, za co teraz składam publiczne podziękowanie.
Wdzięczny Ks. J. O.
CHARBIN, w styczniu 1936 r. (50-36)
Składam najserdeczniejsze podziękowanie Najśw. Maryi Pannie za okazaną mi pomoc w uzyskaniu dyplomu. Równocześnie proszę o dalszą opiekę nad sobą i całą moją rodziną.
A. Wasilewski
WARSZAWA, w styczniu 1936 r. (51-36)
W czasie studiów uniwersyteckich stwierdziłem wielokrotnie prawdziwość słów, że "nie słyszano, aby ktokolwiek, wzywając pomocy Matki Najświętszej był od Niej opuszczony". Mimo różne trudności, jakich w życiu nie brak, Maryja błogosławiła moim wysiłkom i studia ukończyłem.
Obecnie spełniam tylko swój obowiązek, dziękując Matce Najświętszej za łaski w tym okresie otrzymane. Jestem przeświadczony, że tylko dzięki Jej pomocy mogłem studia pomyślnie ukończyć. Ani razu się nie zawiodłem, ilekroć odprawiłem nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. - Błagam Matkę Najświętszą, o dalszą opiekę - jako sodalis marianus pod Jej błękitnym sztandarem przez życie całe służyć pragnę.
Edmund Jerzy Jankowski, mgr filozofii
CZERNIOWCE (Rumunia), dnia 19 stycznia 1936 r. (52-36)
W lutym 1935 r. mój syn Józef zachorował ciężko na zapalenie płuc. Cierpiał bardzo. Nie było nadziei wyleczenia go. Zaopatrzono go nawet Ostatnimi Sakramentami św. W tym nieszczęściu oddałam go w opiekę Matuchnie Niepokalanej. Ona uzdrowiła go. Dziś jest zdrów. Z całą rodziną składam więc Matce Najśw. serdeczne podziękowanie i oddaję się w Jej dalszą opiekę.
Sługa Niepokalanej Stefania Aleksandrowicz
Józefa Aleksandrowicza znam osobiście bardzo dobrze. Jako druha KSM sam odwiedzałem go w szpitalu. Stow. Młodzieży już robiło przygotowanie do pogrzebu, bo nie było już żadnej nadziei i godziny jego były policzone. Powrót do zdrowia, rzeczywiście można nazwać cudownym i tylko opiece Niepokalanej zawdzięczać należy. | Ks. Filip Bibrzycki, patron KSM
ZEREBKOWICZE, dnia 6 stycznia 1936 r. (53-36)
Serdecznie dziękuję Najśw. Sercu P. Jezusa i Matuchnie Najśw. za polepszenie zdrowia mojej córki. Za tę i wiele innych łask, otrzymanych za pośrednictwem św. Teresy i Czcig. O. Wenantego, składam publiczne podziękowanie i proszę o dalszą opiekę nad moją rodziną.
Generałowa Maria Jasińska
WILEJKA, dnia 24 stycznia 1936 r. (54-36)
Synek mój zachorował na skręt jelit. Operacja była konieczna, ale beznadziejna. Potem wymioty i osłabienie serca nie zapowiadały nic dobrego. Mimo największe wysiłki lekarzy, którzy używali wszelkich środków, by ratować dziecko, stan jego pogarszał się z dnia na dzień i oczekiwano tylko śmierci. Gorące jednak modły dziecka i niezachwiana wiara uzdrowiły go. Wierzył, że Najświętsza Maryja Panna i św. Terenia nie dadzą mu jeszcze umrzeć. Stan zdrowia niespodziewanie z dniem każdym zaczął się poprawiać. Po trzech miesiącach walki ze śmiercią, zabrałam dziecko już przychodzące do zdrowia ze szpitala do domu. Składam przeto najgorętsze publiczne podziękowanie Najśw. Maryi Pannie i opiekunce naszej św. Tereni i polecam się nadal Ich opiece, prosząc o dalsze błogosławieństwo.
Weronika Januszewska
L.S. Stwierdzam, iż stan dziecka był rzeczywiście rozpaczliwy, ze względu na stan serca po przebytej anginie. Do operacji przystąpiłam bez większej nadziei na uratowanie, tylko z obowiązku lekarskiego. | Dr Helena Maciejewska, dyrektor Szpitala
Wiarogodność stwierdzam: | Ks. Wł. Potocki, prefekt
SOSNOWIEC, dnia 31 stycznia 1936 r. (55-36)
W czasie przejazdu tramwajem skradziono mi kilka ważnych aktów sądowych. Czekała mnie za to surowa odpowiedzialność, pozbawienia, pracy, więzienie, nędza, potęgowane wyrzutem sumienia, że przeze mnie zatamowany zostanie bieg sprawiedliwości, że naraziłem na szwank powagę Sądu, a na wielkie przykrości moich Przełożonych. Ogarnęła mnie rozpacz, byłem bliski szaleństwa i niepoczytalnego czynu, gdy w ostatniej chwili przypomniała mi się modlitwa św. Bernarda: "Pomnij, o najlitościwsza Panno Maryjo". I oto stało się ze mną coś nadzwyczajnego: w jednej chwili opuściła mnie rozpacz, a napełniła taka nadzieja, taka wiara w niezawodną pomoc Maryi, że w duchu ujrzałem się już uratowanym.
W domu zrozpaczonej rodzinie powiedziałem z mocą i wiarą: "Maryja wróci nam akta, gdy Ją o to prosić będziemy wspólnie". I prosiliśmy w ciągu trzech dni, a w czasie tym przeżywaliśmy chyba najwznioślejsze chwile życia, bo chwile prawdziwego i najszczerszego obcowania z Bogiem. I oto czwartego dnia akta znajdują się. Podał je nieznanemu chłopcu jakiś nieznany pan z prośbą o odniesienie ich do policji, a stąd do Sądu. Były wszystkie w zupełnym porządku...
"Człowiecze! Gdy cię wszystko zawiedzie i wszyscy opuszczą, a pozostanie ci tylko rozpacz i zwątpienie, śpiesz do Maryi, bo Ta nie zawiedzie cię nigdy, a pomoże zawsze". - Za wszystko niech będzie cześć Niepokalanej!
Stefan Pogoda, urzędnik Sądu Okręg, w Sosnowcu, wraz z rodziną
WILNO, w lutym 1936 r. (56-36)
14 marca [1935] r. zachorował syn mój na szkarlatynę. Po kilku dniach przebywania w szpitalu temperatura nagle podniosła się ponad 40°. Konsylium orzekło jako komplikację dyfteryt z daleko posuniętem zniszczeniem uszu i martwicą gardła. Sprowadzony do konsultacji specjalista - docent Uniwersytetu - zapowiedział, że nie ma prawie żadnej nadziei uratowania chorego; daje zastrzyk o najwyższej sile, lecz nie jest pewien, czy to nie za późno. Zaznaczył przy tym, że gdyby nawet powiodło się uratować życie - dziecko zostanie prawie głuche. Zastrzyk zrobiono o godz. 10 w nocy, również zastosowano środki na uszy. Stopniowo zaczęła się rekonwalescencja.
Nagle po jakimś tygodniu temperatura znów na stałe przekroczyła 40°. Znów zwołano konsylium. Okazało się zapalenie wewnętrznego ucha i konieczność natychmiastowej operacji. Przewieziono chorego do szpitala, gdzie szczęśliwie dokonano trepanacji czaszki. Po powrocie do szpitala zakaźnego wywiązało się zapalenie stawów, natomiast z zastrzyku przeciw zapaleniu płuc (przy narkozie eterem podczas operacji) - abces - następnie zaś ropne zakażenie. Kolejno w przeciągu paru tygodni dokonano 8 operacji, otwierając ropnie. Wskutek bólu w prawej nodze chłopiec krzyczał przez kilka dni zrzędu prawie bez przerwy. Nogę wzięto na wyciąg. Roentgen wskazał zupełny zanik główki biodra i panewki stawowej przy znacznym odwapnieniu kości miednicy. Lekarze chirurdzy rokowali kilka lat leczenia się. Upłynęło 3 miesiące przebywania w szpitalu i trzeba było myśleć o zabraniu dziecka, bo kończył się okres ulgowy, płacić na utrzymanie nie mogłem. W tym czasie sprowadziłem wodę z Lourdes i siostra na naszą prośbę podała część synowi do wypicia, resztą obmyła rany. Po kilku dniach wziąłem syna do domu. I cóż? Pomimo, iż nie mogłem dać w domu takiej stałej opieki lekarskiej, jak w szpitalu zakaźnym - rany stosunkowo nadzwyczaj szybko całkowicie wygoiły się. Po pewnym czasie (znów wyciąg) Roentgen wskazał utworzenie się na nowo główki biodrowej i panewki stawowej tak, że pozostało tylko odwapnienie miednicy i znieruchomienie stawu biodrowego. W końcu października syn wstał z łóżka, a po świętach Bożego Narodzenia (prawda, nieco kulejąc) poszedł do szkoły. Słuch ma przytępiony, ale w Bogu nadzieja, że powiedzie się jeszcze go trochę poprawić.
Lekarz-chirurg, odwiedzając po raz ostatni chorego (właściwie już zdrowego) syna, powiedział wprost: - "Wyzdrowienie jest prawdziwie cudowne, bo zasadniczo popłoniczne zakażenie ropne jest zwykle nieuleczalne". Oprócz tych wielkich komplikacji był jeszcze szereg drobniejszych wypadków i trudności, o których już nie wspominam; ale i one w ogólności też wpłynęły ujemnie. Na tym miejscu więc wyrażani w imieniu całej mej rodziny podziękowanie Maryi Niepokalanej za Jej cudowną pomoc i wstawiennictwo przed Najsłodszym Sercem Jezusowym.
Profesor Walenty Kompanowski, magister prawa
Stwierdzam, że Mieczysław Kompanowski przebył szkarlatynę, dyfteryt, zapalenie ucha środków, lewego i zakażenie ogólne krwi. | (-) Dr Żemojtel | Wilno, 31 I [19]36 r.
N..., w lutym 1936 r. (57-36)
Za niespodziewane przywrócenie zdrowia składam Matce Najświętszej publiczne podziękowanie.
Niegodna N. N.
ZBORÓW, dnia 2 lutego 1936 r. (58-36)
14-letni syn nasz Edmund chorował bardzo długo na próchnicę kości pacierzowej. Różne specjalne zakłady lecznicze i lekarze prywatni orzekli, że nie ma dla niego ratunku. Na domiar złego dołączyły się jeszcze inne choroby, jak otwarta gruźlica płuc i niedomaganie serca. Wówczas w kwietniu 1935 r. otrzymaliśmy od ordynującego lekarza tej lecznicy list, część którego przytaczamy: "Donoszę, że u syna Edmunda wystąpiły ostatnio objawy czynnej gruźlicy płuc. Dziecko gorączkuje, do 38-39 stopni. Ze względu na istniejącą równocześnie niedomagania mięśnia sercowego stan jego zdrowia należy określić jako poważny i nie rokujący nadziei wyleczenia". - Z poważeniem podp. Dr Mieczysław Orwicz.
Na skutek tego orzeczenia zabraliśmy syna do domu. Tu zbadano go ponownie-. Lekarz orzekł, iż płuca dziecka są faktycznie zajęte przez gruźlicę. Lekarz ten oświadczył nam, abyśmy nie robili sobie jakiejkolwiek nadziei wyleczenia dziecka, rokując synowi w najlepszym wypadku jeszcze tylko parę tygodni życia. Organizm syna był tak osłabiony, że nie przyjmował już nawet najlżejszych pokarmów. Silny kaszel powodował ciągłe wymioty, a stan gorączki wykazywał stale 39 stopni. - Mimo wszystko nie traciliśmy nadziei, wierząc w Wszechmoc Bożą. Ufnie modliliśmy się do Matki Najśw. i do św. Antoniego z Padwy o zdrowie dla chorego, przyrzekając ogłosić publiczne podziękowanie w "Rycerzu Niepokalanej" a syna poświęcić służbie Bożej.
Równocześnie zamówiliśmy Mszę św. na jego intencję i zaczęliśmy odmawiać nowennę. W dniu, w którym odprawiano zamówioną Mszę św., zaopatrzono syna również św. Sakramentami. Po przyjęciu Komunii Św[iętej], syn użył parę kropli wody z Lourdes, a równocześnie tą samą wodą zwilżono jego otwarte ropiejące rany. Cudowny Medalik nosił stale na szyi już od dłuższego czasu. I oto Matka Najświętsza wysłuchała prośby nasze, bo syn odtąd zaczął powracać do zdrowia. Organizm jego zaczął normalnie przyjmować pokarmy. Gwałtowne wymioty, kaszel, które były udręką dziecka w ostatniej fazie jego choroby, ustały zupełnie. Po kilku dniach syn wstał z łóżka, do którego był przykuty chorobą od przeszło dwóch lat. Gdy następnie o własnych siłach udał się do lekarza, który go ostatnio badał, ten zdziwiony nagłem wyzdrowieniem syna, po ponownem badaniu go oświadczył, iż płuca dziecka są zupełnie zabliźnione, a rany na wygojeniu. Lekarz ów oświadczył: Tu działała ręka Boska, bo wszelka ziemska pomoc była bezsilna.
Dziś, po upływie kilkunasto miesięcy, syn czuje się zdrów, uczęszcza do szkoły i przybiera ciągle na wadze. Zatem każdy, kto cierpi i potrzebuje pomocy, niech z ufnością idzie do Najświętszej Matki, a Ona nikomu nie odmówi, tylko trzeba Ją prosić usilnie, wierzyć mocno i bezustannie, a ufać bez granic. Za odebrane łaski dziękujemy gorąco, wołając: "O Matko Najśw. cześć Tobie i chwała".
Inż. J. Juraszek z żoną i synem
Niniejszym potwierdzam, jako lekarz, że uzyskanie zdrowia w owym wypadku nastąpiło tylko sposobem cudownym, o czym jestem przekonany. | dr Michał Bójko
L.S. Stwierdzam, iż wszystkie dane w powyżazem podziękowaniu są zgodne z prawdą. Okazany list Dziecięcego Zakładu Leczniczego U.J. w Zakopanem zgodny z oryginałem. | Ks. Jawadecki M., proboszcz.
RODATYCZE, dnia 10 lutego 1936 r. (59-36)
Ubiegłego [1935] roku we wrześniu udałam się do szpitala na poród. Lecz niespodziewanie wypadł on nieszczęśliwie, albowiem przy rozmaitych komplikacjach groziło zakażenie krwi. Stan zdrowia z dnia na dzień pogarszał się. Przez parę dni nie mogłam przyjąć żadnych pokarmów, natomiast codzienne wymioty dręczyły mię okropnie. Gorączka dochodziła do 40°. Byłam już tak wyczerpaną na siłach, iż lekarze utrzymywali mię przy życiu jedynie zapomocą zastrzyków. Pomimo różne zabiegi lekarze zwątpili w moje wyzdrowienie i orzekli, iż jestem już nie do wyleczenia. Przygotowałam się na śmierć, której spodziewałam się z dnia na dzień. Będąc w tak przykrem położeniu, nie widząc już znikąd ratunku, udałam się o pomoc do Niebieskiej Lekarki. W tym celu zamówiłam kilka Mszy św., a po spowiedzi użyłam wody z Lourdes. Charakterystyczny szczegół: dotychczas przyjąć nic nie mogłam, bo zaraz wymioty mię dręczyły, obecnie po przyjęciu Komunii Św[iętej] oraz cudownej wody z Lourdes, zaburzenia te ustały na czas dłuższy. Gorączka zaczęła maleć, aż wreszcie ustąpiła zupełnie i odtąd wracałam powoli do zdrowia. Wreszcie przybyłam do domu, dziękując Niepokalanej, iż okazała mi się Cudowną Lekarką, dla Której brak słów do wyrażenia wdzięczności.
Maria Janczyszyn
Znałem przebieg choroby Maryi Janczyszyn, bo w Gródku Jagiell. odprawiały się Msze św. na jej intencję; dostarczyłem jej wody z Lourdes, którą sprowadziłem z Niepokalanowa. Stwierdzam, że z wyżej wymienioną było bardzo źle, prawie beznadziejnie, więc jedynie przy pomocy Matki Najśw. została znowu zdrowa. | Ks. K. Bilczewski, proboszcz
L.S. Poświadcza się niniejszym że p. Maria Janczyńska przebywała w tutejszej klinice od 26 września do 26 listopada [1936] r. W czasie tym przebyła poród operacyjny septyczny i po dluższym leczeniu opuściła klinikę wyleczona. Początkowo stan był tale ciężki że trudno było przypuszczać że choroba skończy się pomyślnie. | Dr J. Lenczowski; adjunkt Kliniki | Lwów; 2 grudnia 1935 r.
ZAMOŚĆ, dnia 11 lutego 1936 r. (60-36)
Wywiązując się z danej obietnicy, składam publiczne pokorne podziękowanie Najśw. Sercu Jezusa i Najśw. Matuchnie za opiekę, jaką raczą mnie stale otaczać, oraz za wyraźną pomoc, okazaną mi przy składaniu III egzaminu prawniczego z. r., jakoteż i poprzednich. Zarazem wnoszę modły do Nich o dalsze miłosierdzie i opiekę, oraz o błogosławieństwo Boże dla mnie i całej mojej rodziny.
Niegodny Stefan Kazimierz Nowicki, stud. IV r. praw. U.J.K.