Jak zwykle co roku adorowaliśmy w Wielkim Tygodniu przy grobie P[ana] Jezusa w katedrze. Było nas ze czterdziestu chłopców, w granicy wieku od ośmiu do piętnastu lat. Przeważnie wszyscy rekrutowali się z koła Ministrantów. Już zawczasu w Wielką Środę otrzymywaliśmy do dyspozycji duży pokój w murach wyższego seminarium plus dwadzieścia dużych sienników i imbryk o pojemności 40 litrów do gotowania herbaty. To była emocja dla smyka trzynastoletniego, nie być obecnym w domu przez trzy noce. Nie tyle nas absorbowała powaga kościoła w Wielkim Tygodniu, co spanie na gołych siennikach i picie herbaty z wspólnego imbryka... Młodość ma swoje prawa i wymagania ekscentryczne. Już zawczasu szykowaliśmy się do Wielkiego Tygodnia. W przeddzień Wielkiego Czwartku wisiało ogłoszenie - spis nazwisk chłopców, którzy mieli adorować w Wielki Czwartek w ciemnicy, w Wielki Piątek i Sobotę przy grobie P[ana] Jezusa... Wypisywaliśmy swoje wyznaczone godziny i daty z powagą i godnością.
Wielkanoc tego roku była wczesna. Śnieg i przymrozki nie były niespodziankami. W Wielki Czwartek padał cały dzień mokry śnieg.
W Wielki Piątek, o godzinie 2 w nocy, szary mrok panował w ka[73]tedrze. Poszczególne boczne ołtarze i główny przykryte fioletowymi zasłonami, obrusy i lichtarze poprzewracane i zruszone z miejsca zgodnie z liturgią kościelną... W katedrze była cisza, tylko co trzydzieści minut dwóch chłopców w białych komżach zmieniało posterunek przed Najświętszym Sakramentem przy grobie. Słychać było trzaski świec palących się przy ciemnicy. Oczekiwałem na swoją kolejkę do adorowania. Myślałem wówczas, że w Wielki Piątek to na pewno i kamienie płaczą...
Niespodziewanie zauważyłem w szarym mroku kościoła wysoką kościstą postać, taką jaką często widzimy na ołtarzach, postać samotną w czarnej sutannie, stąpającą cicho, bezszelestnie od jednej stacji Męki Pańskiej do drugiej. Postać ta była rozmodlona, w głębokim skupieniu, jakby oderwana od ziemi i świata, pełna napięcia ;i współczucia nad ukrzyżowanym Jezusem. Na pewno dotykała duszą i łzami rany Zbawiciela, na pewno widziała każdą ranę Boga i słyszała szmery krwi najświętszej przelanej i odczuwała głęboko w sercu wciśnięta cierniową koronę.
Któż to był, co o drugiej w nocy odprawiał Drogę Krzyżową? To ks. biskup Zygmunt Łoziński[1] sam we własnej osobie. Wielki asceta XX wieku. Wielbiciel i znawca Ukrzyżowanego. Co dzień miał obraz męki Jezusa w sercu i duszy.
O godzinie czwartej rano najsmaczniej podobno się śpi. Była godzina czwarta minut dziesięć. Przed chwilą właśnie skończył odprawiać Drogę Krzyżową biskup Łoziński. Wszedł do zakrystii z kościoła, jak zwykle ze słodyczą-na ustach pogodny, promienisty. Zauważył chłopców śpiących pokotem na gołej majolikowej posadzce... Biedne moje dziateczki, przeziębicie się" wyszeptał głosem cichym a strapionym, po chwili wyszedł z zakrystii. Po upływie kwadransa usłyszeliśmy stuknięcia i odgłosy jakby padających sprzętów. To Ks[iądz] Biskup dźwigał z wielkim wysiłkiem aż sześć krzeseł, idąc po ciemku krętymi schodami z klasztoru do zakrystii. Zjawiał się tak kilkakrotnie co kwadrans. Byliśmy mocno ciekawi, co z tymi krzesłami uczyni.
Otóż te krzesła poustawiał trójkami, poukładał na nie śpiących smyków i poprzykrywał ich pieszczotliwie paltami. Wiedział, że chłopcy z miłości do Jezusa spali na gołej posadzce.
Następnie poszedł ciemnym korytarzem klasztoru seminaryjnego, odmawiając poranny Różaniec - drugą część bolesną.
Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że te krzesła dźwigał dobrotliwy biskup z I piętra, odległego dwieście metrów od zakrystii.