Życzliwość wychodząca naprzeciw (II)

Młody Rycerz Niepokalanej (2)

Kiedy już się zacznie bardziej dostrzegać potrzeby innych ludzi i rozumieć ich sprawy, trzeba czynić dalsze kroki, by odchodzić od egoistycznej obojętności, od postawy, którą charakteryzuje powiedzenie: "co mnie inni obchodzą? mam dosyć swoich zmartwień".

Pewien znajomy duszpasterz radził młodzieży: "jeśli nie stać was na ofiarność, to spełniajcie te dobre uczynki, które was nic nie kosztują". Jest to bardzo "podstępna" rada. Dobre uczynki, te bez kosztów, "wciągają" nas; zaczynamy odczuwać radość, jaka jest nagrodą za czynione dobro. Prowadzi nas to wprost ku życzliwości wychodzącej naprzeciw.

Co szkodzi mieć zawsze z sobą zapas biletów tramwajowych, zapas monet do telefonu, jakieś tabletki przeciwbólowe i zgłaszać się z nimi widząc czyjąś bezradność w potrzebie? Te drobne nic nie kosztujące uprzejmości już sporo wnoszą, gdy chodzi o zmianę często dającego się zauważyć wśród ludzi posępnego nastroju i atmosfery nieufności.

Stopniowo uwrażliwiamy się coraz bardziej na sprawy innych i to na sprawy coraz poważniejsze, z kategorii duchowych. Wzrasta też nasza gotowość przychodzenia samorzutnie z pomocą.

Do typowych niedomagań duchowych należy to, co można nazwać postawą obronno-agresywną, związaną ze wspomnianą atmosferą nieufności. Przyczyną takiego stanu są zapewne trudne warunki życia, ale i coś, co tkwi w naszej psychice. Polak w przypadku zrobienia mu uwagi nie chce wiedzieć, czy była ona słuszna, lecz czuje się dotknięty, od razu zaczyna się bronić, a sądząc, że najlepszą obroną jest atak, przeprowadza go w sposób zależny od poziomu kulturalnego.

Jak zmienić takie stosunki wychodząc z chrześcijańskiej zasady zwyciężania zła dobrem?

Myślę, że najwięcej można zrobić przez właściwe odnoszenie się do innych, niezależnie od tego, czy to od razu przyniesie skutek. Dawniej używano określenia: "ujmujący sposób bycia". Dziś wyszło z użycia to wyrażenie, bo też nie spotyka się odpowiadającego mu zachowania. Raczej obserwuje się sposoby bycia stanowiące zaprzeczenie ujmującego odnoszenia się do innych ludzi. Oto autentyczna scenka: kobieta zwraca się do młodzieńca w kolejce z prośbą o przepuszczenie jej, gdyż inaczej nie zdąży do pracy. Odpowiedź brzmi: "guzik mnie to obchodzi", "mało mnie to wzrusza".

Ujmujący sposób bycia nie pokrywa się z tzw. "dobrymi manierami" po opanowaniu których nie jada się np. ryby nożem.

Przez ujmujący sposób życia, jak wskazuje sama nazwa, ujmuje się kogoś, czyli zyskuje się jego sympatię, przez to, że dostrzega on szacunek, jaki się ma dla jego ludzkiej godności.

Tutaj trzeba rozwiać pewną wątpliwość, którą podnoszą zwłaszcza ludzie młodzi. Z jakiej racji mamy szanować kogoś - powiadają - kto zbytnio nie zachwyca moralną stroną swego życia? Otóż szacunek dla określonego człowieka ma dwie "składowe": szacunek dla jego moralnego poziomu i szacunek dla człowieka jako takiego. Zawsze więc obowiązuje przynajmniej ten drugi rodzaj szacunku.

Tak więc okazywanie szacunku przez odpowiednie odnoszenie się jest pierwszym i podstawowym narzędziem rozbrajania poczucia zagrożenia, skłonności do agresji czy nawet brutalności. Nawet w człowieku brutalnym coś się może zmienić przy zetknięciu z uprzejmością i szacunkiem. Życzliwe i grzeczne odnoszenie się do ludzi niekulturalnych z zamiarem spowodowania zmiany w ich postawie może dość dużo wewnętrznie kosztować. Najłatwiej jest odpowiadać pięknym za nadobne, co też ludzie na ogół robią, twierdząc, że "takiego to trzeba nauczyć". Ale właśnie najlepszą przynajmniej na dalszą metę - metodą uczenia osób z moralnymi brakami jest kulturalne odnoszenie się, nacechowane opanowaniem i życzliwością.

*

Ujęcie sobie kogoś w sensie uwolnienia go od nieufności, a nawet poczucia zagrożenia, to bardzo dużo, ale to dopiero obowiązujące minimum. Wiele jest okazji. żeby pójść dalej. Wszyscy mamy przeróżne utrapienia, zawsze więc jest pożądany ktoś, kto potrafi przynieść nam w jakimś sensie ulgę.

[48]

Przynieść ulgę to - najprościej - starać się usunąć lub przynajmniej ograniczyć przyczynę cierpienia, ale to nie zawsze jest możliwe. Znoszoną dolegliwość można też złagodzić równoważąc ją jakąś przyjemnością.

Warto jednak zwrócić uwagę, że dotkliwość cierpienia bywa różna w zależności od okoliczności oraz punktu widzenia i postawy samego cierpiącego. Wiadomo, że najbardziej dręczy nas cierpienie uznawane za bezsensowne. Występuje to w najprostszych przypadkach życia codziennego - hałas wytwarzany przez kogoś bezmyślnie bardziej dokucza niż zakłócenie ciszy powodowane przez jakąś konieczną pracę.

To samo odkrywamy w najpoważniejszych sprawach człowieka. Chrystus Pan ukazując sens dźwigania krzyża mógł powiedzieć: "słodkie jest moje jarzmo, a brzemię lekkie". Prawdy tych słów doświadczają na sobie ludzie oddani Bogu, jak np. duszpasterz Polaków w ZSRR (zmarły w 1974 r.) ks. Władysław Bukowiński, który na zmianę objeżdżał osady polskie w Kazachstanie i odsiadywał w więzieniach lub łagrach - łącznie trzynaście lat. Powołuje się on właśnie na te słowa Zbawiciela w swych Wspomnieniach z Kazachstanu.

Z powyższych uwag wynika, że przynieść ulgę ludziom dotkniętym cierpieniem można m.in. przez wskazanie im jakiegoś dobra, które można uzyskać cierpliwym znoszeniem dolegliwości, zatem przez ukazanie jakiegoś ich sensu.

Tak więc życzliwość wychodząca naprzeciw ma do dyspozycji różne sposoby pomagania cierpiącym nawet w warunkach, kiedy zdajemy się być bezradni.

*

Chrześcijańska troska o innych, nazwana tu życzliwością wychodzącą naprzeciw, nie może uchylić się od pomocy ludziom w uzyskiwaniu wiedzy i dochodzeniu do prawdy.

W życiu codziennym zdarza się, że ktoś potrzebuje wskazówki, informacji, wyjaśnienia. Jakże często widzimy, że ludzie patrzą na to obojętnie - nic ich to nie obchodzi. Przyjąwszy zasadę życzliwego wychodzenia naprzeciw, sami pospieszymy z usługami w tym zakresie. Nasze staranie w takich przypadkach spotyka się zresztą z wdzięcznością.

Gorzej jest, gdy zauważamy, że ktoś błądzi w zakresie prawd religijnych lub moralnych. Próby właściwego wyjaśnienia tych prawd spotykają się zazwyczaj ze sprzeciwem i niechęcią. Spróbujmy zwrócić komuś uwagę, że zawieszenie kalendarza z fotografiami obnażonych kobiet pozostaje w sprzeczności z prawem moralnym i należnym szacunkiem dla płci żeńskiej. Przekonamy się, z jak niemiłą spotkamy się reakcją. A przecież to właśnie życzliwość nakazuje nam troszczyć się o innych, gdy wchodzą w grę sprawy moralne, i nie pozwala trzymać się popularnej zasady, by każdy robił jak uważa.

Podobnie jest ze sprawami religijnymi. Zdajemy sobie sprawę ze znaczenia prawd wiary i rozumiemy, że prawda jest jedna, ta, którą wyznaje i głosi Kościół katolicki. Wiemy też, że większość ludzi bądź to nie zna jeszcze prawdy religijnej, bądź ma nie Chrystusową, lecz swoją "prawdę" religijną. Jeśli w trosce o dobro tych ludzi zechcemy im ukazywać prawdę Kościoła katolickiego, to spotkamy się z zarzutem nietolerancji i braku poszanowania dla cudzych poglądów, przekonanie zaś katolików o posiadaniu w pełni prawdy bywa uznawane za przejaw "triumfalizmu". Jedyne, na co nam katolikom pozwalają to prowadzić "dialog" przy założeniu, że inni, niekatolicy, mają bardzo wiele racji. Nie rozróżnia się przy tym, czy chodzi o prawdę w zakresie dogmatów, czy o kwestie pozadogmatyczne.

Ale nie powinno nas to wszystko zmylić. O ile w sprawach nie dotyczących dogmatów niekatolicy wnoszą nieraz coś wartościowego, to prawdy dogmatyczne nie mogą być przedmiotem żadnych "porozumień" czy "wspólnych ustaleń" w stylu "okrągłego stołu". Przyjmując możliwość takich kompromisów zaprzeczalibyśmy temu, że Kościół katolicki jest wspólnotą założoną przez Zbawiciela i mającą poręczenie Jego w niej obecności aż do skończenia świata (Mt 28,20).

Hasło szanowania cudzych poglądów jest źle sformułowane. Nie szanuje się poglądów, tylko wyznawców poglądów jako ludzi, poglądy zaś uznaje się, jeśli zawierają prawdę, lub odrzuca, jeśli są błędne.

Jeśli szanujemy ludzi i jesteśmy im życzliwi, to ten szacunek i życzliwość wręcz nakazuje nam odwieść ludzi od błędnych przekonań i ułatwić im poznanie prawdy.

W sprawach wiary nakazuje nam to sam Zbawiciel w słowach: "Idąc tedy nauczajcie wszystkie narody" (Mt 28,19). Jakkolwiek przewodnictwo i główny ciężar tego nauczania należy do biskupów, kapłanów, misjonarzy, to jednak wszyscy katolicy [49]są w jakimś stopniu - w zależności od kwalifikacji i okoliczności - obowiązani do przekazywania prawdy Ewangelii. Ostatni Sobór wyraził to w słowach: "Wszystkim zatem wiernym nałożony zostaje wspaniały obowiązek przyczyniania się do tego, aby wszyscy ludzie na całym świecie poznali i przyjęli boskie orędzie zbawienia" (Dekret o apostolstwie świeckich 3).

Widzimy więc, że Sobór traktuje życzliwość wychodzącą naprzeciw wszystkim ludziom w celu ukazania im prawdy Ewang[e]lii jako obowiązek każdego katolika. Ten obowiązek staje się tym bardziej naglący, im większe występują zagrożenia duchowe w społeczeństwie. Podkreśla to Sobór w słowach: "Ponieważ zaś w naszych czasach powstają nowe zagadnienia i panoszą się nagminnie bardzo niebezpieczne błędy, które usiłują zniszczyć zupełnie religię, porządek moralny i samo społeczeństwo ludzkie, obecny Sobór święty zachęca gorąco świeckich, by każdy w miarę swoich uzdolnień i wykształcenia, zgodnie z myślą Kościoła wypełniał z większą pilnością swoje zadanie w zakresie wyjaśniania, obrony i odpowiedniego dostosowania zasad chrześcijańskich do problemów obecnej doby" (D. o ap. św. 6).

O jednym z dzisiejszych błędów mówi Episkopat Polski w swym Liście na "Tydzień Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan 18-25 I 1989". Chodzi, jak powiedziano w Liście, o "fałszywy irenizm", czyli dążenie do zaprowadzenia jedności chrześcijan z pominięciem katolickiej prawdy, dla pozornej zgody. Błąd ten potępia też Sobór w Dekrecie o ekumenizmie p. 11. Są niestety autorzy piszący w czasopismach katolickich, którzy ów fałszywy irenizm uprawiają. Przykładem może być wypowiedź Jana Turnau’a w "Więzi" 4/1986 s. 136-137: "A zatem - jakaś wymiana, zatem - ruch dwustronny a nie «powrót do Rzymu» zalecany jeszcze - choć z największą miłością - w pierwszych wystąpieniach Jana XXIII. Czy może raczej ruch wielostronny: marsz promienisty wszystkich chrześcijan do centrum, którym jest Chrystus".

W ujęciu tym znika jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Są tylko chrześcijanie dążący do Chrystusa. Publicysta zapomniał, że Chrystus - tak jak obiecał - jest w tym jednym Kościele, Kościele katolickim, i bracia odłączeni dążąc do Chrystusa powinni się z tym Kościołem połączyć (Dekr. o ek. 3).

Zjednoczenie chrześcijan z pominięciem prawdy nie jest możliwe, gdyż jak powiedział Papież Jan Paweł II w encyklice Redemptoris Mater: "Chrześcijanie wiedzą, że jedność między nimi zostanie przywrócona tylko wówczas, gdy będzie oparta na jedności wiary" (30).

Gdyby nawet jakieś "zjednoczenie" chrześcijan mogło nastąpić nie w jednej prawdzie Chrystusowej, oznaczałoby to odwrócenie się od tej prawdy, zlekceważenie jej. Trudno przyjąć, żeby to wyszło ludziom na dobre, skoro Chrystus Pan nakazał nauczać narody zachowywać wszystko, cokolwiek przykazał (Mt 28,20).

Łączenie w jedną całość sprzecznych doktryn, wyznawanych przez różne wspólnoty religijne, nazywane jest synkretyzmem. Synkretyzm jest dziś pokusą dla teologów bardziej zaangażowanych w ruchu ekumenicznym. Widoczne jest, że niektórzy z nich pokusie tej ulegają. Trzeba się też liczyć z próbami propagowania wśród chrześcijan synkretyzmu religijnego przez wolnomularstwo. Głosi ono ideę religii odpowiadającej wszystkim ludziom [[1]]. Ale takiej religii nie ma i być nie może. Religia bowiem musi opierać się na tym, co Pan Bóg objawił, a nie na tym, co odpowiada ludziom, zwłaszcza wszystkim. Idea wolnomularstwa godzi więc w religię i Kościół. Trzeba też pamiętać, że wolnomularstwo ma głębsze struktury i cele ukryte. Toteż wolnomularstwo zostało potępione przez Kościół, także po Soborze Watykańskim II. Wydane zostały mianowicie dwa oświadczenia Kongregacji Nauki Wiary z 17 II 1981 r. i 26 XI 1983 r., oświadczenie Episkopatu Niemiec z 12 V 1980 r. oraz Komitetu do Badań i Praktyki Duszpasterskiej Episkopatu Amerykańskiego z 27 VI 1985 r. ("Ryc. Niep." I/1986).

Kościół odrzuca ekumenizm prowadzący do synkretyzmu i uważa, że braciom odłączonym trzeba udostępniać prawdę katolicką wychodząc im naprzeciw. W Dekrecie o ekumenizmie czytamy: "Wierni Kościoła katolickiego powinni bez wątpienia w pracy ekumenicznej troszczyć się o odłączonych braci, modląc się za nich, użyczając im wiadomości o sprawach Kościoła i pierwsi powinni wychodzić im naprzeciw" (3).

Zatrzymałem się dłużej nad okazywaniem życzliwości wychodzącej naprzeciw, gdy chodzi o przekazywanie prawdy, w szczególności prawdy religijnej, ten bowiem przejaw życzliwości jest zupełnie niedoceniany. Istnieje co najwyżej zrozumienie dla życzliwości w stosunku do potrzebujących po[50]mocy materialnej, bądź jakiejś ulgi w cierpieniu fizycznym. Nie dostrzegamy wielu duchowych ludzkich utrapień, a tym bardziej nie zdajemy sobie sprawy z możliwości i potrzeby starań z naszej strony, aby je zmniejszyć lub usunąć.

Cdn.