Życie nasze w początkach Niepokalanowa

Wspomnienia o św. Maksymilianie

Nadszedł dzień 8 grudnia, pierwsze w Niepokalanowie święto Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny. Do tej uroczystości przygotowywaliśmy się ośmiodniowymi rekolekcjami, których udzielił nam o. Palewski, redemptorysta. W wigilię uroczystości kilku braci rozpoczęło nowicjat. W samo święto już od samego rana gromadziła się w kaplicy okoliczna ludność. Na nabożeństwo i poświęcenie przybyli także licznie zaproszeni goście, tak duchowni jak i świeccy.

Podczas sumy wygłosił podniosłe kazanie prowincjał oo. franciszkanów o. Kornel Czupryk, a po nabożeństwie dokonał poświęcenia Niepokalanowa. W czasie, kiedy celebrans z gośćmi i ludem wchodzili do drukarni, puszczono w ruch wszystkie maszyny. Zrobiło to ogromne wrażenie na widzach. Po poświęceniu zaproszono gości na obiad. Byli obecni: wojewoda warszawski Sołtan, starosta sochaczewski, dziekan sochaczewski, ks. Garncarek, księża proboszczowie z Pawłowic i z Szymanowa, wójt gminy Szymanów Ostrowski, komendant policji z Szymanowa Brodziński i wielu innych. Podczas obiadu pan wojewoda miał przemówienie, w którym wyznał, że i on należy do rodziny franciszkańskiej, gdyż od wielu lat jest tercjarzem. Po obiedzie goście rozjechali się, a przybyła ludność zwiedzała zakłady drukarskie i ubożuchne mieszkania zakonników. Wieczorem, kiedy już mrok zapadł, zamknięto furtę i uroczyście zaprowadzona została klauzura papieska.

Życie nasze w początkach Niepokalanowa było naprawdę osobliwe. Żywność przeważnie przynosili nam dobrzy ludzie. Proste posiłki spożywaliśmy na "stole" sporządzonym z trzech kuferków podróżnych, połączonych deskami; siedzieliśmy przy nich na podłodze w kucki. Posłanie stanowiła słoma rozsypana dość skąpo pod ścianami, na której kładliśmy się do snu pokotem. Jeden żelazny piecyk nie mógł ogrzać przewiewnej sypialni, bo nie zabezpieczony od zimna strych, pojedyncze okna i pełno większych lub mniejszych szczelin pozwalało hulać wiatrowi. Mokre, bo niedawno leszowane ściany, długo jeszcze mieliśmy suszyć własnymi kośćmi. Nic tak nie dawało się nam wówczas we znaki jak zimno.

Rano, zaraz po przebudzeniu się (godz. 5), ubieraliśmy się i myli szybko (zwykle w sypialni woda zamarzała), po czym niektórzy rozgrzewali się gimnastyką, a inni woleli grzać się przy piecu. Tutaj zawsze było tłoczno. Od godz. 5.30 do 6 rozmyślanie, przeważnie na klęczkach, po czym szliśmy do kaplicy, gdzie znowu czekało nas zimno. Na klęczkach, bez żadnego oparcia, słuchaliśmy dwóch Mszy św. i odmawialiśmy ranne Oficjum. (Po upływie paru tygodni na zrobienie sześciu prostych klęczników poświęcił br. Manswet z aspirantem Antonim całą noc). Śniadanie trwało krótko, po nim bracia rozchodzili się do wyznaczonych prac. (Zaznaczam, że i ojcowie pracowali przy budowie). Szczęśliwi byli ci, którym wyznaczono robotę pod dachem, gdzie było wprawdzie zimno, ale zacisznie; gorzej było pracować na zewnątrz, gdzie mroźny wiatr miotał gwałtownie, siekąc niemiłosiernie twarze i mrożąc członki. Krótka obiadowa przerwa i znowu bez odpoczynku szło się do obowiązków - i tak aż do wieczora. Kolacja o godz. 19, czytanie duchowne, dalsza część Oficjum, rachunek sumienia i... znowu zwoływano nas do różnych pilnych robót, które trwały najczęściej do godziny 22. Wszystkie zaś soboty, a conto niedzielnego spoczynku, wykorzystywaliśmy do godziny 24.

Motor i maszyny, jak wspomniałem wyżej, były uruchomione podczas poświęcania w dniu 8 grudnia, ale tylko prowizorycznie, tak na pokaz. Jeszcze do sprawnego działania maszyn i drukowania "Rycerza" było bardzo daleko. Nie były też zestawione noże introligatorskie, falcówka, zecernia, stereotypia i nie były czynne administracja oraz wysyłalnia. Tutaj każdy poszczególny dział musiał sobie przygotować odpowiedni "lokal", tj. dać podłogę, zaopatrzyć dobrze sufit, tak, aby suchy lesz nie prószył na głowę i nie leciał w tryby precyzyjnych maszyn. Sufity obijaliśmy arkuszami dykty, które dostaliśmy darmo z firmy Braci Konopackich z Warszawy, a ściany obijaliśmy [s. 3 okł.]czarnym grubym papierem (kwestowanym w fabryce papy). Budynek, w którym mieściły się maszyny, administracja i cela o. Alfonsa, z powodu braku czasu był leszowany "na sucho", tj. suchy lesz wsypywało się między deski. Budynek ten był nietrwały, ale za to zdrowy. Lecz i tu czekały nas niespodzianki. W niektórych miejscach deski były niedopasowane, skąd przez małe otwory niepostrzeżenie sypał się lesz, a wiaterek dostawał się swobodnie do wnętrza pracowni i wypędzał stamtąd drogocenne ciepło.

W moich wspomnieniach celowo unikałem podawania imion braci, którzy z powodu wielkich poświęceń wyróżniali się od innych. Jednak uczyniłbym wielką niesprawiedliwość, gdybym nie podał tu dwóch braci, którzy nieraz z nadludzkim wysiłkiem podejmowali się trudnych obowiązków. Pierwszy to br. Zenon Żebrowski. Od samego początku był on budowniczym Niepokalanowa. Cały czas budowy zarządzał i zaradzał on wszystkiemu. Przebiegał wszystkie okoliczne wioski i domy, prosząc o furmanki i inne pomoce. Każdy ukwestowany grosz, każdą chwilę poświęcał tylko dla Niepokalanowa. Wszystkiego wyzbył się dla Niepokalanej.

Drugim był br. Salezy Mikołajczyk. Od samego wstąpienia do klasztoru, tj. od 1925 r., miał on polecone przez o. Maksymiliana dozorować i czuwać nad motorem i wszystkimi maszynami. Podczas przenosin musiał on rozmontować wszystkie maszyny, odpowiednio je opakować, załadować do wagonów i znowu na miejscu w Niepokalanowie je złożyć. Była to praca nie lada, bo chodziło o trzy maszyny drukarskie, każda innego typu (M.A.N., Franckenthal i Königbauer), skomplikowaną falcówkę i 14-konny motor "Diesel", a czas był bardzo krótki. Z jakim pracował on wysiłkiem, wystarczy wspomnieć, że o. Maksymilian zakazał nam mówić do niego, aby ani na moment nie przerwać mu w skupieniu przy pracy. Bywało, że na dobę sypiał on tylko cztery godziny!

Pierwszy "Rycerz" wydany w Niepokalanowie - na miesiąc styczeń - ukazał się dopiero przy końcu stycznia 1928 r. w nakładzie 70.000 egzemplarzy! Byłoby jeszcze większe opóźnienie, gdyby nie przezorność o. Alfonsa, który numer ten zredagował był w Grodnie; tam też cały został złożony i odlany na płytkach stereotypowych. Wstępny artykuł w numerze styczniowym pt. Na nowej placówce pisany był "na domyślne", bo mylnie informuje w nim o. Alfons, że "w wigilię Niepokalanego Poczęcia dokonał cichutkiego poświęcenia nowej placówki nasz Najprzewielebniejszy" itd., gdy tymczasem poświęcenie odbyło się w sam dzień Niepokalanego Poczęcia.