(Dokończenie)
Zaufanie do Boga i troska o bliźniego
"Odszedł od Niej anioł". Rozmowa skończona. Teraz trzeba odważnie stawić czoło rzeczywistości. Pierwszy problem: narzeczony. Czy powiedzieć mu? Nie! Maryja nie mówi. Wiemy, jak cierpiał św. Józef, gdy jej ciąża wyszła na jaw. Ona Mu nie powiedziała. Nie była rozmowna ani wylewna, nie "chwaliła" się tym, co Ją spotkało. Zapewne powiedziała o tym apostołom dopiero po śmierci i odejściu Chrystusa. Ale na początku tej sprawy milczała. To przecież była sprawa Boga i ufała, że On sam wszystko wyjaśni. Tak się też stało. I to milczenie Matki Bożej jest również dla nas nauką, że służąc uczciwie Bogu powinniśmy ufać w Jego pomoc i obronę i nie przejmować się takimi czy innymi kłopotami.
Bóg sam oświeca św. Józefa, św. Elżbietę, pasterzy przy Narodzeniu i mędrców ze Wschodu, starego Symeona i Annę w świątyni. Tam, gdzie to jest potrzebne, Bóg sam zgodnie ze swą wolą i swymi planami oznajmia ludziom prawdę, której sami dostrzec nie mogą.
Przy zwiastowaniu Anioł mówi Maryi o ciąży Jej krewnej Elżbiety. Ale Elżbieta jest kobietą starszą - w tym stanie potrzebuje pomocy. Nie zwlekając Maryja spieszy do Niej i pozostaje tam, służąc jej aż do narodzenia św. Jana. Widzimy tu piękny przykład czynnej dobroci i miłości bliźniego, troski o jego potrzeby. Podobnie jak później, po latach, na weselu w Kanie, Maryja nie czeka, aż Ją poproszą czy wezwą. Sama pierwsza dostrzega potrzebę i stara się jej zaradzić.
Głęboko wzruszająca jest scena powitania Maryi przez Elżbietę, która Ją pozdrawia jako Matkę Boga. Duch Święty zstępuje na Elżbietę, a Maryja wypowiada wspaniały hymn radości, uwielbienia i dziękczynienia. Ale nie tylko dwie ciężarne kobiety witają się z radością. Również, skryty jeszcze w łonie swej matki, św. Jan radośnie wita młodszego o pół roku Jezusa i Jego Matkę. Scena ta jest zarazem jakby hymnem pochwalnym na cześć ciąży wyraża uwielbienie dla tego stanu i wielki szacunek dla tych, fizycznie tak małych, osób, które choć jeszcze nie urodzone, od poczęcia są już pełnymi osobami ludzkimi. Z rozważania tej sceny płynie dla nas ważna nauka, jak powinniśmy odnosić się do ciąży i do ludzkich zarodków i płodów. A wiadomo, jak się do nich dziś odnosimy - ile tych drobnych, niewinnych i bezbronnych istot ludzkich morduje się pod pełną ochroną prawa, nie widząc w nich żadnej wartości. I to właśnie w naszym XX wieku, który tyle deklamuje o "prawach człowieka". To masowe "uprawnione" ludobójstwo ma zresztą ścisły związek z rozpanoszoną rozwiązłością i swobodą seksualną, którą propaguje się dziś nawet wśród nastolatków. Jeśli odrzuca się zasadę panowania nad popędami, a akt seksualny uważa się za przelotną rozrywkę, chwilową przyjemność, do której każdy zawsze i wszędzie ma prawo, to cóż dziwnego, że powstającą w tych warunkach ciążę traktuje się często jak złośliwą narośl, którą trzeba czym prędzej zniszczyć. Istnieje ścisły związek między szacunkiem dla człowie[268]ka a szacunkiem dla pożycia seksualnego jako dla źródła ludzkiego życia. Jednego i drugiego szacunku dziś bardzo brakuje.
Mężne znoszenie trudów i ubóstwa
Ogromnie ważne nauki płyną dla nas również z urodzenia Chrystusa, z okoliczności i warunków tego porodu. Niepokalane Poczęcie i wolność od grzechu wcale nie zapewniały Maryi wolności od życiowych cierpień, a Chrystus biorąc ludzką naturę i ciało wziął też na siebie nędzę, trudy i bóle ludzkiego życia. Inaczej nie byłby przecież prawdziwym człowiekiem. Podobnie Jego Matka i Opiekun byli prawdziwymi ludźmi i wiemy, jak wiele musieli męczyć się w życiu. Można sobie wyobrazić, jak uciążliwa była dla kobiety w ostatnich dniach ciąży wędrówka z Nazaretu do Betlejem. Oczywiście była młoda i zdrowa, przyzwyczajona do fizycznych trudów i ciężkiej domowej pracy (nie było wtedy pralek automatycznych i kuchenek gazowych, a w Nazarecie nie było i wodociągów), więc zapewne mężnie znosiła również trudy tej podróży. Ale ile psychicznego cierpienia musiała Jej sprawić myśl, że Mesjasz, Syn Boży, którego nosiła w swym łonie, musiał się urodzić w takich okropnych warunkach, w grocie, która służyła za stajnię, bo zabrakło dla Niego miejsca w gospodzie. Na pewno Maryja nie wyrzekała i nie skarżyła się na to, przyjmując z poddaniem się wolę Bożą, ale czy tę wolę i Boże zamiary już wtedy w pełni rozumiała? Ewangelia św. Łukasza mówi wyraźnie, że zarówno Matka, jak Opiekun Jezusa nie wszystko wtedy pojmowali. Nie zrozumieli np. tego, co im powiedział w świątyni jako już 12-letni chłopiec. Wszyscy ówcześni Żydzi sądzili, że Mesjasz będzie wielkim wodzem i królem Izraela i że zapewni swemu narodowi panowanie nad innymi narodami. Tak zresztą zapewne, w znacznej mierze, sądzili później i apostołowie, i dopiero zesłanie Ducha Świętego stało się dla nich gruntownym i ostatecznym oświeceniem.
Wróćmy jednak do narodzenia Chrystusa i do nauki, jaka płynie dla nas z okoliczności tego urodzenia. Ileż matek zabija dziś swe nie narodzone dzieci dlatego tylko, że ciąża była nieplanowana, a na następne dziecko "nie ma warunków". Ciąża Maryi też była nie planowana, a każde dzisiejsze dziecko nawet w ubogiej wielodzietnej rodzinie ma jeszcze królewskie warunki w porównaniu z tymi, które przy swym narodzeniu miał Chrystus. I czy nie widać tu wyraźnej dla nas nauki? Przecież jako Syn Boży mógł urodzić się w pałacu wśród bogactwa, luksusu i licznej służby. Lecz wybierając takie urodzenie i takie ubogie, trudne życie, chciał właśnie pouczyć nas, że nie warunki materialne i wygoda są ważne, lecz sam ten nowy człowiek jest najcenniejszą wartością. I zamiast go zabijać z powodu braku warunków, trzeba dojrzeć w nim tę wartość, otoczyć go opieką i ofiarować Bogu, jak to Maryja i Józef uczynili z Jezusem w czterdzieści dni po Jego urodzeniu.
Miłość ojczyzny
Wkrótce przychodzi ciężka próba: ucieczka do Egiptu dla ratowania życia Jezusa. Można by powiedzieć, że Maryja i Józef stają się przez to patronami emigrantów, bo sami doświadczyli tej doli. Lecz jaka to emigracja? Przymusowa, na rozkaz Boży, dla ratowania życia Bożego Syna. I gdy tylko niebezpieczeństwo ustaje, Bóg nakazuje im wrócić do ojczyzny, bo tu jest ich miejsce, tu Chrystus ma dokonać swej misji - w swym narodzie, choć misja ta ma olbrzymie znaczenie dla całego świata. Wiemy, że Chrystus był patriotą, kochał swój naród i bolał nad jego błędami i niewiernością, płakał nad przyszłym upadkiem Jerozolimy.
Dziś wielu młodych ludzi opuszcza nasz polski kraj, nie wiążąc z nim żadnej swej misji ani obowiązku, nie poczuwając się do żadnego patriotyzmu, do miłości ojczyzny i swego narodu, choć przecież to właśnie ten naród dał im życie i wykształcenie. Ojczyznę można trafnie porównać do matki. Istnieje też moralny obowiązek pracy dla niej, tak jak istnieje moralny i uczuciowy związek z własną rodzoną matką, której nie wolno porzucać w jej biedzie czy chorobie, by znaleźć sobie inną matkę, "lepszą", bogatszą i wygodniejszą. Takie postępowanie jest wysoce niemoralne.
Oczywiście, nie mówię tu o tych, którzy wyjeżdżają z nędzy i głodu albo, jak Święta Rodzina, dla ratowania życia (ale takich emigrantów z Polski chyba dziś nie ma). Nie mam też na myśli tych, którzy wyjeżdżają tylko czasowo, po zarobek czy naukę, i zdobyte za granicą walory przywożą do własnego kraju, by tu żyć i działać. Mam tu na uwadze tych, którzy w egoistycznym dążeniu do "lepszego i wygodniejszego życia". Jest to zdrada narodowa, [269]ucieczka z pola walki, tej walki, która toczy się u nas o moralne uzdrowienie społeczeństwa i o poprawę jego bytu. Dla takiej emigracji Maryja i Józef nie są patronami.
Pokorna służba Bogu
Po powrocie z Egiptu zaczyna się dla Świętej Rodziny zwykłe, ciche, szare życie, wypełnione ciężką codzienną pracą. Maryja i Józef nikomu nie wyjawiają tajemnicy poczęcia i powołania Jezusa ani też własnego wyróżnienia. W opinii otoczenia są zwykłymi szarymi ludźmi. Nie ubiegają się o sławę i zaszczyty, o jakąś światową karierę. I z tego cichego, ukrytego i poddanego woli Bożej życia Maryi znów płynie ważna nauka dla tych kobiet - katoliczek, które odrzucając swe rodzinne powołanie i zadanie macierzyństwa domagają się od papieża różnych stanowisk w Kościele łącznie ze święceniami kapłańskimi. A przecież zupełnie czym innym są zakonne śluby celibatu i ubóstwa, pokory i posłuszeństwa, i życie według tych zasada-a zupełnie czym innym zuchwałe domaganie się dla kobiet kapłaństwa, które jest przecież w samym swym założeniu bardzo ciężką służbą. I jeśli Bóg kobietom wyznaczył służbę inną również niełatwą, bunt przeciw temu jest buntem przeciw woli Boga. Takie kobiety nie są "służebnicami Pańskimi". Odmowa ze strony papieża nie jest przecież stwierdzeniem, że kobieta jest w jakiś sposób "gorsza" od mężczyzny i do funkcji kapłańskiej się nie nadaje. Odmowa ta wynika z rozporządzenia Chrystusa, z nakazu Boga. A przecież nikt tak jak Chrystus nie "równouprawnił" kobiety, która w starożytności często nawet nie była uważana za człowieka. W chrześcijaństwie została istotnie zrównana z mężczyzną, zyskała równe prawa w obliczu Boga. Istotna "kariera" w Kościele to "kariera" w świętości, na ołtarzach i w niebie, a tu Maryja jest Królową, zajmuje najwyższe z wszystkich ludzi miejsce - tu też nie ma żadnych różnic między mężczyzną a kobietą w prawie do zasługi i świętości.
Katoliczki domagające się kapłaństwa przez sam fakt tego żądania zdradzają, że nie rozumieją istoty religii katolickiej, pokory i służby Bogu. Żądanie ich jest smutnym, godnym politowania paradoksem. Powinny wpatrzyć się w obraz Matki Bożej, rozważać Jej życie i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.
Moc ducha na Kalwarii
Ewangelia św. Jana przedstawia nam też Maryję stojącą pod krzyżem. Jakże straszliwe cierpienie rozdzierało Jej duszę, jak musiała odczuwać każdy gwóźdź wbijany w ciało Chrystusa, każdą zadaną Mu ranę, całą Jego mękę i śmierć. Dlatego Kościół nazywa Ją Współodkupicielką, bo współcierpiała. Lecz i tę najstraszniejszą próbę przeszła Maryja z niebywałym hartem ducha i tu jest Ona wzorem w naszych tak nieraz ciężkich cierpieniach. Z Jej przykładu możemy czerpać duchową siłę. Wierząc, że tak jak dla Maryi po męce Piątku przyszła radość Niedzieli i Zmartwychwstania, tak też i nasze z pokorą i poddaniem odważnie zniesione cierpienia będą przez Boga obficie wynagrodzone.
Św. Jan stojący pod krzyżem, naoczny świadek męki, opisuje, jak Jezus oddał Mu pod opiekę swą Matkę. Warto zwrócić na to uwagę ze względu na pewne błędne poglądy dotyczące dziewictwa Matki Bożej. Np. przedstawiciele sekty tzw. Świadków Jehowy twierdzą, że Maryja rodząc Chrystusa była dziewicą, ale potem podjęła ze św. Józefem normalne małżeńskie życie i miała z nim inne dzieci. Jako rzekomy "dowód" przytaczają z Ewang[e]lii skierowane do Jezusa słowa: "Oto matka Twoja i bracia Twoi...". Zapominają przy tym, że słowo "bracia" ma różne znaczenia. Nazywało się tak dawniej również braci stryjecznych i ciotecznych, nazywa się tak braci zakonnych, a nawet sami "świadkowie Jehowy" między sobą nazywają się braćmi i siostrami.
Padającym z krzyża słowom: "Oto syn Twój... Oto Matka Twoja...". Kościół przypisuje znaczenie szersze - oddanie całej ludzkości pod opiekę Matki Bożej. Ale słowa te miały i swój aspekt praktyczny. Po śmierci jedynego Syna Matka Jego pozostawała samotną wdową bez opieki, gdyż św. Józef już nie żył. Jezus oddał Ją więc pod opiekę ucznia, który wziął Ją do siebie. Jest to wyraźny dowód, że nie miała innych synów czy córek. Gdyby je miała, św. Jan nie musiałby się Nią opiekować.
Reasumując można stwierdzić, że choć Ewangelie stosunkowo niedużo mówią o Matce Chrystusa, jednak bardzo dużo można z tego wyczytać. A pewne dane przekazuje również Tradycja. Wprawdzie Maryja była niepokalanie poczęta i wolna od grzechu pierworod[270]nego, ale przecież była prawdziwym człowiekiem i prawdziwą kobietą, a rozważanie Jej słów i postępowania pozwala nam choć w pewnej mierze ocenić głębię Jej niezwykłej świętości, mądrości i mocy ducha. Życie Jej dostarcza nam bezcennych wzorców wychowawczych i wskazań dla kształtowania naszego własnego życia.
