Życie, czas, kosmos

Teoria ewolucji, której zmierzch opisuje J. W. G. Johnson w swej książce pt. The Crumbling Theory of Evolution dotyczy rozwoju świata żywego, ale w istocie rozszerzana jest ona na rozwój całego wszechświata. Darwin zakładał rozwój istot wyższych z niższych, postulował mechanizm tego rozwoju. Teoria jego uległa rozbudowie i obejmuje dziś również samo powstanie życia, powstanie ziemi, układu słonecznego i całego wszechświata. I te sprawy krytycznie omawia Johnson w swojej książce. Spróbuję naszkicować tu jego wywody.

Życie przypadkiem

Zacznijmy od życia. Według poglądów narzuconych przez teorię ewolucji powstało ono spontanicznie ze świata nieorganicznego. Pamiętać jednak musimy, że życie jako takie nie istnieje poza organizmami. A najprostszy organizm jest z chemicznego i fizycznego punktu widzenia ogromnie złożony. Wystąpienie takiej czy innej reakcji chemicznej w próbówce, choćby identycznej jak w organizmie żywym, to jeszcze nie życie. Takie coś jak samochodowość nie istnieje poza samochodem. Poszczególne elementy samochodu, nawet iskrzenie świec, praca gaźnika czy akumulator nie posiadają w sobie cech samochodowości. To tylko elementy, które dopiero razem złożone dają samochód i właściwości samochodu. Tak samo z żywą komórką. Życie nie tkwi w fakcie syntezy aminokwasów czy nawet białek. Życie tkwi w całości organizacji komórki - a jest to organizacja wyjątkowo misterna.

Pisałem już o szyfrze genetycznym ukrytym w strukturze chemicznej substancji zwanej DNA w jądrach komórek. Otóż szyfr determinuje kolejność jednostek chemicznych zwanych nukleodytami (jest ich cztery) w nici DNA. Odcinki DNA odpowiadają poszczególnym białkom (głównie enzymom) potrzebnym organizmowi. W miarę potrzeby odpowiednie odcinki ONA są aktywizowane, odtwarza się na nich jak na matrycy podobna substancja, RNA, która migruje do miejsca powstawania białek w komórce. Tam ujmowana jest przez tzw. rybosomy, których struktury i mechanizmu pracy nie znamy jeszcze; a które odczytują zapis genetyczny RNA, by na tej podstawie odtworzyć nić białkową złożoną z wielu tysięcy jednostek różnych (jest ich 20) aminokwasów. Nić ta ulega potem odpowiedniemu skłębieniu i wewnętrznemu powią2aniu i staje się drobiną białka. Jednym z takich białek jest enzym potrzebny do uruchomienia odcinka DNA i odpisania na nim RNA, nazywany polimerazą RNA. Można spekulować, co było pierwsze: DNA, RNA czy polimeraza RNA - każde z nich samo jest bez biologicznego sensu. Udało się rozszyfrować kolejność aminokwasów w niektórych białkach czy kolejność nukleotydów niektórych RNA czy odcinków DNA. Nawet uzyskano RNA w próbówce - ale to ciągle tylko reakcja chemiczna.

Kolejność aminokwasów w białku determinuje ich funkcjonalność. By białko "miało sens", musi być odpowiednia kolejność. Ponadto każdy aminokwas występuje w dwóch formach, lewoskrętnej i prawoskrętnej, ale w organizmach żywych jedynie formy lewoskrętne biorą udział. Aminokwasy uzyskane przez bombardowanie iskrami elektrycznymi mieszaniny metanu, amoniaku, wodoru i wody są zarówno lewo - jak i prawoskrętne. A więc, by mogło powstać pierwsze najprostsze białko z naturalnej mieszaniny wielu aminokwasów, również prawoskrętnych, musiało się w logicznej kolejności połączyć ponad tysiąc cząstek aminokwasów, i to tylko tych lewoskrętnych.

Matematyk szwajcarski dr Charles E. Guye obliczył prawdopodobieństwo przypadkowego powstania takiego białka, zakładając, że nieograniczona ilość materiału stale się miesza przez nieskończenie długi czas. Uzyskał on szacunek, że prawdopodobieństwo uzyskania tej drobiny białka byłoby jak 1 do 10^320, a czas do tego potrzebny na naszym globie 10^143 lat. Tak niskie prawdopodobieństwo równa się w efekcie zeru. Warto tu przypomnieć, że cały znany kosmos nie zmieściłby więcej jak 10^130 ciasno upchanych elektronów.

Ale nawet gdyby to wyjątkowe zdarzenie nastąpiło raz jeden w dziejach kosmosu, to i tak mielibyśmy tylko drobinę białka, a nie życie. Bo żywa komórka to nie jedno białko ani nawet białko ze zgadzającym się z nim odcinkiem DNA (kodu genetycznego) i RNA. W komórce Są setki czy tysiące rybosomów pracujących nad syntezą tyluż białek. A dookoła są najprzeróżniejsze ciała, których rolę cytologia (nauka o komórce) [20]dopiero stopniowo poznaje, a które mają skomplikowane nazwy: jąderko produkujące rybosomy; mitochondria dostarczające energię z rozkładu cukrów; aparat Golgiego działający jak dyspozytor; retikulum endoplazmatyczne, podwójna membrana tworząca przegrody wewnątrz komórki; w jądrze geny regulatorowe włączające lub wyłączające geny operatorowe (funkcyjne); różne antyciała zwalczające wkraczające do wnętrza trucizny i obce organizmy; błona otaczająca wszystko, która reguluje, co ma, a co nie ma wejść do komórki, itd. itd. To wszystko razem stanowi życie. Każda z tych części w pojedynkę jest niczym - tak jak niczym jest jedna drobina białka, która by miała gdzieś przypadkowo powstać.

By powstał minimalny zestaw potrzebnych białek do funkcjonowania jednej najprostszej komórki, prawdopodobieństwo jest tak znikome, że przekracza wyobraźnię. James E. Coppedge obliczył, że prawdopodobieństwo to wynosi 1 na 10^119850. Znany angielski astronom Sir Fred Hoyle oraz profesor matematyki i astronomii z Cardiff Chandra Wickramasinghe niezależnie od siebie uzyskali prawdopodobieństwo 1 na 10^40000. Choć jest to wartość o gigaliczby mniejsza od uzyskanej przez Goppedge’a, to przecież obaj uznali ją za niemożliwą. Obaj uznali, że nie obejdzie się bez aktu stwórczego.

Te gigaliczby, przy których pojemność kosmosu dla elektronów karłowacieje do nicości, uświadomiły uczonym, że jednak życie, a więc i Ziemia, która je posiada, jest czymś bardzo wyjątkowym. Kopernik zredukował Ziemię do satelity Słońca, do okrucha w kosmosie, ale życie, życie biologiczne, nadal utrzymuje nasz glob w centrum kosmosu przez swoją wyjątkowość. Nie spodziewajmy się życia w kosmosie - kosmici to tylko bajki dla naiwnych, chyba że Bóg aktem stwórczym powołał do życia i inne też światy. Ze statystycznego punktu widzenia drugi świat ożywiony nie jest możliwy, choćby miliardy ciał niebieskich przechodziły takie same dzieje fizyczne jak nasz (miliard to tylko 10^9).

Inne wyliczenie statystyczne podane w książce Johnsona dotyczy czasu trwania ludzkości na naszym globie. Przyjmując wolniejsze tempo rozwoju liczbowego, niż dziś obserwujemy, i zaczynając od jednej pary ludzi, obecną liczebność globu osiągnęlibyśmy w przeciągu zaledwie około 5000 lat, a więc w okresie nieomal historycznym. Takie dane oczywiście nie są do przyjęcia dla zwolenników ewolucji, którzy potrzebują minimum miliona lat dla rozwoju człowieka. Milion lat to co najmniej 25 000 pokoleń. Przy wzroście zakładającym średnio 2,5 dzieci na rodzinę dziś byłoby 10^2100 ludzi (pamiętajmy elektronów w kosmosie 10^130). Znana historii częstotliwość epidemii czy innych katastrof nie wystarcza, by te liczby stosownie obniżyć. Coś więc z obliczaniem czasu życia ludzi jest nie w porządku. To samo dotyczy życia w ogóle, a i całej Ziemi.

Zwolennicy ewolucji zasłaniają się dzisiaj datowaniem izotopowym. Potrzebne jest więc parę stów o tych metodach.

Są pewne izotopy pierwiastków, które pod wpływem bombardowania promieniami kosmicznymi ulegają rozkładowi przechodząc w inny izotop. Czas tych zmian jest do wyliczenia fizycznego, stąd też, znając proporcje rozłożonego pierwiastka do nierozłożonego, można oszacować czas od chwili związania danego pierwiastka w organizmie żywym, czy też w kryształku powstałym w skale. Trzeba jednak pamiętać, że pomiary nie dają czasu od związania, tylko proporcje określonych izotopów. By ta proporcja była miarą czasu, założyć trzeba, że w chwili powstania był tylko jeden izotop, względnie stała znana ich proporcja, że po rozkładzie nie nastąpiło wypłukanie czy wywietrzenie jednego z nich, a więc system zamknięty, oraz że tempo rozkładu było stałe (to samo promieniowanie kosmiczne). W jednej skale zwykle uzyskuje się zgodne proporcje izotopów, co uznano za powtarzalność wyników - ale czy słusznie? Otóż ostatnio pojawia się coraz więcej wątpliwości, szczególnie co do metod dla skał. Pomiar jest trudny i wymaga dużej dokładności. Początkowo, gdy otrzymywano wyniki niezgodne z szacunkiem geologicznym (stratygraficznym - w oparciu o skamieliny), danych nie publikowano uznając je za źle wykonane. Stopniowo jednak coraz częściej staje się oczywiste, że wyniki niewiele znaczą.

Sprawdzianem ostatecznym stały się pomiary skał wulkanicznych o znanym wieku. Metodą potasowo-argonową uzyskano wiek 22 milionów lat dla skał z Hawajów, o których wiedziano z danych historycznych, że powstały 200 lat temu w czasie obserwowanej erupcji. Inne skały z erupcji z roku 1801 przy tych pomiarach dały wiek od 160 milionów do 3 miliardów lat. Podobnie test uranowo-ołowiowy zdyskwalifikował się dając młodym skałom wulkanicznym koło Wezuwiusza, na Azorach i w Tristan da Cunha wartości od 100 milionów do 10 miliardów lat. W sposób oczywisty, jeżeli te kryształki z uranem kie[21]dykolwiek były czyste, to uległy kontaminacji.

Sądzono, że Księżyc bez wiatru i opadów posiada skały nienaruszone od niepamiętnych czasów. Z zapałem zabrano się za datowanie przywiezionych skał. Konsternacja tylko wzrosła. Uzyskiwano szacunki od 2 milionów do 28 miliardów lat.

Datowanie szczątków organicznych izotopem węgla C-14 jest bardziej wiarygodne, szczególnie dla ostatnich kilku tysięcy lat. Uwięzienie węgla przez rośliny w procesie fotosyntezy jest czyste i dokonuje się w określonym momencie. Metoda ta ponoć nadaje się do około 30000 lat wstecz, ale to jest kwestionowane. Główny problem to brak często zakładanej równowagi między produkcją a rozkładem C-14 w przyrodzie, co wymaga poprawki w wielu datowaniach obliczonych przy założeniu równowagi. Ponadto malejący magnetyzm Ziemi oznacza wzrost bombardowania Ziemi promieniami kosmicznymi, czyli że patrząc wstecz pomiar rozkładu C-14, nie uwzględniający tego, da wyniki przesadzone. To samo dotyczy postulowanej przed potopem wody w atmosferze, która nim opadła, chroniła ziemię od promieni. Skoro dawniej promieni docierało mniej, rozkład musiał być wolniejszy. Stąd też wiele starszych pomiarów trzeba poprawić nadając im mniejszy wiek.

Dodam od siebie, że metoda datowania przy pomocy C-14 była sprawdzana (kalibrowana) przy pomocy słojów drewna sosny ościstej (Pinus aristata), która uchodzi za najstarsze żyjące drzewo na świecie. Znane są egzemplarze mające 4000 lat, a wiek każdego słoja ustalić można z absolutną dokładnością. Otóż kalibracja ta wymaga odniesienia pomiaru C-14 do linii krzywej z wieloma szczytami. Spory wokół zakresu koniecznego poprawiania danych wyliczonych metodą C-14 trwają i są dosyć zawiłe. Za najbardziej wiarygodne uważa się pomiary dla ostatnich 3000 lat. Ale pewne poprawianie starszych danych jest już dziś możliwe.

Fizyk Robert Whitelaw dokonał zestawienia 30 000 pomiarów wieku różnych szczątków organicznych wprowadzając taką poprawkę. I co się okazało? Po pierwsze, z wyjątkiem 2 wszystkie szczątki dały odczyt - czyli, że ich wiek mieścił się w zasięgu metody!!. Najstarsze szczątki okazały się maksymalnie 7000-letnie. Po drugie, praktycznie nie ma śladów życia 5000-letniego.

Natomiast jest jego bogactwo przedtem a wzrastająca liczba potem. Bardzo to pasuje do potopowej interpretacji geologii.

Można konkretne liczby kwestionować, ale w zakresie zaledwie kilku tysięcy lat. Najbardziej rewelacyjny jest fakt, że prawie wszystkie próbki dały odczyt. Gdyby świat żywy miał miliony lat, odczyty uzyskano by Zaledwie z paru najmłodszych skamielin.

W kontekście tego, co uczy się nas o wieku Ziemi, wszystko to brzmi fantastycznie, ale taka jest wymowa danych pomiarowych - przynajmniej na tyle, na ile są one warte.

Zreasumujmy: Potop miał być około 5000 lat temu. Obecnie ilość ludzi na świecie też sugeruje, że 5000 lat temu było tylko parę osób. (Noe z rodziną?). Przed potopem przez około 2000 lat było bujne życie organiczne, które pojawiło się nagle z całym bogactwem form.

Co więc sądzić o szczątkach kopalnych w skałach datowanych na wiele milionów lat? Nie pozostaje nic innego jak uznać, że były datowane błędnie.

Dr Louis Leakey ocenił Zinjanthropusa na 1 750 000 lat. Uznał go za zbyt starego, by poświęcić fragmenty kości do badań metodą C-14. Ale testowano metodą potasowo-argonową skały pod i nad czaszką. Te niższe okazały się o pół miliona lat młodsze od tych wyższych. Van Konenigswald, ten od Pithecanthropusa II, III i IV, ocenił, że pomiar wykazuje, iż te poniżej były nawet milion lat młodsze. A więc odwracając kolejność warstw błąd co najmniej rzędu 2 milionów lat. Czy może więc stratygraficzny wiek Zinjanthropusa cokolwiek znaczyć?

Inna czaszka, znaleziona w 1975 przez Richarda Leakey w złożu wulkanicznym a uznana za 2 800 000-letnią poddana była podobnej analizie otaczających ją skał. Testowano wiele próbek, a wyniki wahały się od 290 000 do 221 000 000 lat.

Chyba starczy przykładów, by mieć prawo kwestionować wielomilionowy wiek życia na ziemi. W świetle zestawienia Whitelawa trzeba, by każdy szczątek żywy testować metodą C-14, najdokładniej skalibrowaną i prawie zawsze dającą odczyt, a więc w zasięgu do 10 000 (czy jeżeli ktoś się upiera przy dawnej interpretacji krzywych najwyżej 30 000) lat wstecz.

Młody kosmos

Johnson w swej książce poświęca cały rozdział teorii dryftu kontynentalnego oraz rozdział szacunkom wieku kosmosu. Omawia on różne wątpliwości i zastrzeżenia wobec panujących [22]poglądów o czasie powstania i kształtowania się zarówno naszego globu, jak i wszechświata. Nie znam się na tych sprawach, więc trudno mi wywody autora z przekonaniem streszczać. Pragnę stwierdzić jedynie, że powołuje się on na wiele autorytetów kwestionujących panujące poglądy i metody obliczeń, a opierających swoje zastrzeżenia na różnych zagadkowych zjawiskach z zakresu astronomii, które przeczą długowieczności kosmosu.

Przytoczę jeden przykład. Komety swój piękny ogon wykształcają w pobliżu słońca kosztem swej masy. Są małe (ok. 1 km średnicy), a więc nie mogą tego robić zbyt często, bo się spalą. Ocenia się, że żadna nie przeżyje 10 000 lat. Ich powstanie więc musiało być nie tak dawne.

W oparciu o tego rodzaju wyliczenia Johnson konkluduje, że nie tylko Ziemia jest młoda, ale i kosmos. Trudno mi się do tego wniosku ustosunkować, ale pogubienie się dzisiejszej nauki w sprawie ewolucji i geologii świadczy, że i w innych, na przykład w astronomii, mogą też być wielkie nieporozumienia, co wystarczy, by uznać nasz zarozumiały XX wiek za wyjątkowo ciemny.