W dniu 23 maja 1936 r. o. Maksymilian na zawsze opuścił kraj kwitnącej wiśni. W czasie obrad kapituły prowincjalnej w Krakowie został wybrany gwardianem Niepokalanowa. Po trzech latach intensywnej pracy zbliżył się ostatni akord przygotowany przez linię całego jego życia: godzina największej miłości, godzina śmierci za współwięźnia w oświęcimskim bunkrze głodowym.
Jedziemy na misje za darmo
Nadszedł dzień 19 września 1939 r. Po rannym rozmyślaniu i Mszy św. około godz. 10 rano wojsko niemieckie wkroczyło na teren Niepokalanowa. Kazano nam wszystkim zebrać się koło nowego refektarza. Na głos dzwonka zebraliśmy się i ustawili w piątki. Wówczas jeden z żołnierzy powiedział, że dwóch braci może pozostać do obsługi rannych żołnierzy polskich. Gdy szliśmy parami w kierunku szosy warszawskiej i już mijaliśmy starą kaplicę, zauważyły nas niewiasty z sąsiedztwa i zaczęły płakać. O. Maksymilian prosił braci, by się do nich nie odzywali i w ten sposób zaoszczędzili im jeszcze większej przykrości. On zawsze i we wszystkim umiał zgadzać się z wolą Bożą. Na początku już mówił, że jedziemy na misje, i to tanim kosztem, by przez Niepokalaną pozyskać dla Boga dusze.
Na polu przy szosie warszawskiej żołnierze niemieccy załadowali nas na auta ciężarowe i przywieźli do Rawy Mazowieckiej. Tam w kościele przenocowaliśmy. Na drugi dzień zawieźli nas autami do Częstochowy.
Dnia 20 września wieczorem opuściliśmy Częstochowę, wyruszając pociągiem towarowym na zachód. W pociągu śpiewaliśmy pieśni do Matki Najświętszej. O. Maksymilian w czasie podróży wyrzekł do nas mniej więcej te słowa: "Nie wiemy, dokąd jedziemy i co z nami się stanie, bądźmy na wszystko przygotowani, czego Niepokalana od nas będzie sobie życzyła. Oddajmy się Niepokalanej, niech Ona nami pokieruje według swego życzenia".
W pociągu było ciasno. Br. Melchior Borkowski zasłabł, więc o. Maksymilian polecił zrobić mu wygodniejsze posłanie z palt i opiekował się nim troskliwie. Nadeszła sobota. Jechaliśmy w tym czasie pociągiem. Po południu o. Maksymilian zapowiedział, że odprawimy spowiedź św. Jechało z nami także dwóch księży diecezjalnych. O. Maksymilian jako pierwszy dał przykład: wyspowiadał się przed księdzem, a następnie spowiadał braci (...).
W tym czasie, kiedy najwięcej potrzeba było nam opieki duchowej, on nam jej udzielał, podnosił na duchu, rozweselał nas swoimi żartami.
Dnia 21 września rano przyjechaliśmy do miejscowości Lamsdorf w Niemczech.
Różaniec w naszym namiocie odmawialiśmy wspólnie. Jedni klęczeli, drudzy stali, a inni siedzieli. O. Maksymilian zawsze klęcząco odmawiał Litanię loretańską.
Dnia 11 października, w wigilię imienin o. Maksymiliana, zebraliśmy się w namiocie i złożyliśmy mu życzenia. On przemówił do nas mniej więcej w te słowa: "Drogie dzieci, zastanawiałem się nad tym, co by wam dziś dać w to moje święto. Życzę wam jednego, abyście jeszcze bardziej, co chwila to bardziej, należeli do Niepokalanej (...)".
Z relacji br. Juwentyna Młodożeńca (VI 1942)
W obozie w Amtitz
W przeddzień imienin mówił o. Maksymilian do br. Rufina: "Co ja dam moim dzieciom w dniu imienin... Gdyby można było coś chleba dostać, ale to rzecz najkosztowniejsza w obozie".
W odpowiedniejszej chwili bracia otoczyli kołem o. Maksymiliana i zaśpiewali pieśń do Matki Bożej, potem Niech żyje nam... O. Maksymilian dziękując braciom powiedział: "Co ja Wam dam, moje Dzieci, nic nie mam". I podzielił swoją kromkę chleba na kawałki drobniutkie, rozdając braciom, mimo że wszyscy wzbraniali się przyjąć, wiedząc, że to był chleb o. Maksymiliana wydzielony mu na cały dzień następny.
Po złożonych życzeniach imieninowych mówił o. Maksymilian braciom o Niepokalanej, o Jej matczynej dobroci: "Ona i te okoliczności, pozornie przeciwne, potrafi na większe dobro obrócić. Oddaliśmy się Jej, chcemy dla Niej zdobyć wszystkie dusze, więc używa nas jako swej własności; my zaś powinniśmy być Jej za to wdzięczni, iż nas raczy używać. Pewnie, jesteśmy teraz potrzebni tu, a nie w Niepokalanowie. Jaka jest Jej dobroć. Przywieźli nas tu darmo i barak jakiś jest, i co zjeść. A - dla wielu ludzi może to jedyna okazja, by uporządkować swe sprawy z Panem Bogiem albo by wzbudzić większe zainteresowanie się religią, która daje siłę, by spokojnie, a nawet ze śpiewem pieśni znosić tak przykre dla natury warunki życia. Inni się gniewają, przeklinają, a patrząc na braci zmieniają się na lepszych ludzi. Gdybyśmy tu chcieli przyjechać, ile by poczynić trzeba starań o dokumenty i nie pozwolono by nam na taką misję. Teraz mamy dobrą okazję. Wykorzystajmy ją, bo to się skończy. Gdybyśmy tak mogli i na wschód pojechać... Pewnie i tam pojedziemy, bo trzeba wszystkie dusze dla Niepokalanej pozyskać. Nie trzeba się zniechęcać. Trudności i cierpienia zawsze będą. Nieraz i w klasztorze może przyjść większe cierpienie, prześladowanie, smutek...".
Po tej i wielu innych podobnych konferencjach, które po wieczornym apelu odbywały się w baraku obok posłania o. Piusa Bartosika, bracia czuli się wtenczas jakoś radośniej. Z większym spokojem modlili się grupkami, wspólnie czytywali książkę, gdyż więcej książek - zdaje się - nie mieli, a niektórzy śpiewali pieśni. O. Maksymilian często przechadzając się sam lub z braćmi, którzy się do niego przyłączali, odmawiał różaniec lub pojedyncze Zdrowaś Maryjo albo Dozwól mi chwalić Cię, Panno Przenajświętsza...
O. Maksymilian powiedział też między innymi: "Także dzięki tym cierpieniom znoszonym z miłości do Niepokalanej z braku Mszy św., Komunii św., wiele dusz może Niepokalana ratować czy to pogan, którzy nie znają nawet imienia swego Ojca i Stworzyciela ani Matki Niebieskiej i Pośredniczki do Niego, czy to z herezji lub obojętności. Gdy Niepokalana zechce, wrócimy, będziemy pracować jak przed wojną i wyjeżdżać również będziemy do innych krajów. Nie chciejmy Jej woli uprzedzać, owszem, pragnijmy nawet tu umrzeć, choćby innych zwolniono, jeśliby taka była wola Niepokalanej".
Często mówił, kim jest Niepokalana w stosunku do Przenajświętszej Trójcy i do ludzi. Nieraz mówił na temat bieżący o cierpieniach, które bracia wówczas mocno odczuwali... zimno... głód... i różną nędzę...
Na podstawie relacji ustnej br. Rufina Majdana i innych napisał brat z Niepokalanowa o nie ustalonym nazwisku (11 X 1939).
Duch nieugięty
List okólny wysłany przez o. Maksymiliana do braci przebywających poza Niepokalanowem w czasie okupacji niemieckiej.
Niepokalanów, styczeń 1941
Maryja!
Drogie Dziecko!
Zapewne jesteś ciekawy, co teraz słychać w naszym miasteczku. Więc budynki na ogół mało ucierpiały od działań wojennych, choć były częste naloty i padały bomby. Zostały tylko częściowo zburzone parterowe mieszkania - obok domu MI (furta), a w większości innych powypadały szyby. W miejscowym klasztorku był w tym czasie tylko gwardian (o. Maksymilian) i wikary oraz około 30 braci, którzy nieśli pomoc rannym i biednym uchodźcom cywilnym. Później, tj. 19 IX 1939, zostali oni wywiezieni do obozów dla internowanych, z wyjątkiem Witolda, Cyriaka i Tymoteusza, przeznaczonych do opieki nad rannymi, oraz kilku tych, którzy byli w domu zdrowia z o. Antoninem. Powrócili dopiero 9 grudnia 1939 r. W czasie nieobecności opustoszały mieszkania z odzieży, obuwia, sprzętów, maszyn zecerskich i płaskich oraz różnych narzędzi. Jednak nie zniechęcili się tym, ale ufni w pomoc swej Właścicielki i Opiekunki, z zapałem zabrali się do wytężonej pracy, zwłaszcza w niesieniu pomocy biednym i opuszczonym, dzieląc się z nimi, czym tylko można: mieszkaniem, opałem, resztkami odzieży, obuwia i pożywieniem. Wprowadzili również stałą, całodzienną adorację Najświętszego Sakramentu. Zwiększona modlitwa i ofiarna praca wydały błogosławione skutki, bo wkrótce - mimo wszystko - zapełnił się braćmi cały refektarz (dawny), a także stara kaplica, tak że ostatnio powiększono ją o dawny magazyn. Dużo jednak nie może jeszcze powrócić z powodu dzielących ich granic i obecnie jest zaledwie ¾ poprzedniej liczby, są przeważnie najstarsi. Chodzą nadal w habitach i spełniają normalnie wszystkie swoje, praktyki zakonne (...).
W związku z potrzebami okolicznej ludności: rozwinęły się teraz w naszym miasteczku różne warsztaty pracy, jak: tartak, elektrownia, dział napraw rowerów i zegarków, rzeźbiarnia, mechaniczny z kuźnią i blacharnią, jak również krawiectwo, szewstwo. Jest też poradnia lekarska i mleczarnia okręgowa (...). W budynku za dawnym internatem jest też schronisko PCK (Polski Czerwony Krzyż), w którym przebywa kilkunastu b[yłych] żołnierzy polskich inwalidów. Opiekę nad nim ma o. Fulgenty Bąk przy pomocy Euzebiusza Abramowicza, Jerzego Dudka i Szymona Jankowskiego. W grudniu [1981] r. wyszedł też po długiej przerwie miesięcznik "Rycerz" na grudzień-styczeń. [218]Następny numer i coś w rodzaju kalendarza są w przygotowaniu (...). Pracy jest obecnie bardzo dużo i na bezrobocie nikt nie może narzekać. Z wyżywieniem i przyodziewkiem też jeszcze można wytrzymać. Czas wojenny jak zwykle wprowadza pewne ograniczenia. Poza tym jest zupełny spokój.
Z Mugenzai no Sono z Japonii otrzymaliśmy kilka listów, w których donoszą, że stanowią teraz osobny komisariat. Pisma na razie nie wydają z powodu ograniczeń papieru, bo i tam spokoju nie ma. Muszą teraz liczyć na samowystarczalność. Miejscowi katolicy i inni wspomagają ich, jak tylko mogą. Br. Zenon nadal apostołuje, zwłaszcza przez pożyczanie dobrych książek (...).
Maksymilian
Podjąłem jego śpiew
Dnia 28 maja 1941 r. esesmani zabrali z warszawskiego więzienia zwanego Pawiakiem 320 więźniów. Wtłoczyli nas do wagonów towarowych, aby przewieźć do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcim). (...) zapanowało ponure milczenie. Gdy pociąg ruszył, wtedy ku mojemu zdumieniu i ku mojej wielkiej radości zaczął ktoś śpiewać pieśni religijne i narodowe, które wielu spośród nas podchwyciło. Zainteresowałem się inicjatorem tego śpiewu i dowiedziałem się, że jest nim o. Maksymilian Kolbe, franciszkanin, założyciel Niepokalanowa. Ponieważ lubię śpiewać, pierwszy podjąłem jego śpiew, więc też on zainteresował się moją osobą, a ja nim. Tłok i brak powietrza w wagonie spowodowały straszną duszność. Ponadto przeświadczenie, że wiozą nas do obozu koncentracyjnego, wpływała na nas przygnębiająco. Mimo to pod wpływem śpiewu i opowiadań o. Maksymiliana ożywiliśmy się po pewnym czasie, zapominając o naszej niedoli (...).
Zeznanie br. Władysława Święsa, pallotyna (6 II 1947)
Ostatni list
Oświęcim, 15 VI 1941
Moja kochana Mamo!
Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu.
U mnie jest wszystko dobrze. Kochana Mamo, - bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim.
Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie, ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę.
Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami
Kolbe Rajmund
Widziałem rzecz nie do wiary
Do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu zostałem przywieziony w transporcie z Warszawy 15 sierpnia 1940 r. (...) zamieszkałem na bloku 14 A, zamienionym później na 19 A. Parter miał numer 14, a piętro 14 A. Miałem numer obozowy 1982. Na tym bloku w pierwszych miesiącach letnich 1941 r. zetknąłem się z o. Maksymilianem Kolbem, mającym numer 16 670, zamieszkałym na tym samym bloku, tj. 14 A.
Rozmawiałem z nim kilkakrotnie. Ze względu na odległość czasu nie mogę dziś dokładniej przypomnieć sobie treści rozmowy. Pamiętam tylko to, że o. Maksymilian Kolbe był dobrze znany wśród współwięźniów jako człowiek mający dobry wpływ na innych.
Tragiczny apel, na którym odbyła się wybiórka na śmierć dziesięciu więźniów za ucieczkę jednego, odbył się na ulicy przed blokiem 14 i 17 w końcu lipca 1941 r. Więźniowie stali dziesiątkami. Na apelu z władz obozowych byli: Lagerführer Fritzsch, jego zastępca, Rapportführer Palitzsch, Blockführer i esesmani. Stałem w jednym szeregu z o. Maksymilianem Kolbem, od którego dzieliło mnie tylko dwóch więźniów. Apel odbył się po pracy pomiędzy godziną osiemnastą a dziewiętnastą. Już było wiadomo, że jeden z więźniów uciekł. Pracowałem wówczas na Bauhofie. Uciekinier pracował w rolniczym komandzie. Wybiórka odbyła się w ten sposób, że Fritzsch z esesmanami przechodził przed jednym szeregiem i wybierał więźniów na śmierć. Szereg, przed którym Fritzsch przeszedł ze swą świtą, posuwał się o mniej więcej dziesięć kroków naprzód, a Fritzsch przechodził znowu przed dalszym szeregiem i wybierał aż do liczby dziesięciu więźniów. W pewnym momencie wybrano na śmierć głodową do bunkra Franciszka Gajowniczka oznaczonego numerem 5 659, który rozpaczał, mówiąc, że osieroci żonę i dzieci. Jęki i szlochy wydawali również inni skazańcy. Wyłączonych z szeregów skazańców Rapportführer zabierał na przeciwną stronę.
Po wybraniu dziesięciu więźniów wystąpił z szeregu o. Maksymilian Kolbe, zdjął czapkę i stanął na baczność przed komendantem obozu Fritzschem. Ten odezwał się do o. Kolbego tymi słowami: Was will dieses polnische Schwein?, tzn. "Co chce ta polska świnia?" O. Maksymilian Kolbe wskazał ręką na wybranego na śmierć Franciszka Gajowniczka i odpowiedział Fritzschowi: Ich bin ein polnischer katholischer Priester, ich bin alt und will für ihn sterben, denn er hat Frau und Kinder... tj. "Jestem katolickim księdzem polskim, jestem stary, chcę umrzeć za niego, bo on ma żonę i dzieci..." Fritzsch chwilę się zastanowił, był jakby zaskoczony tym wypadkiem. Potem ruchem ręki i wyrażeniem heraus kazał Franciszkowi Gajowniczkowi zająć opuszczone miejsce w szeregu. Miejsce zaś skazanego zajął o. Maksymilian Kolbe. Odległość pomiędzy mną a Fritzschem i o. Maksymilianem Kolbem wynosiła mniej więcej około trzech metrów. Po niedługiej chwili wszyscy skazańcy odmaszerowali do bloku śmierci oznaczonego numerem 11, przedtem 13 (numeracja bloków ulegała zmianom).
(...) Ofiara o. Maksymiliana Kolbego wywarła duże wrażenie w całym obozie.
Zeznanie Niceta Franciszka Włodarskiego (17 V 1954)
Smucić się nie mamy prawa
Zduńska Wola, 20 IX 1941
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Kochana Mamo!
Ostatni list napełnił mnie serdecznym bólem. A tak bałem się, że on tego nie przetrzyma, lecz wierzyłem, że gdy dotychczas cudem istniał na tym świecie, to go Niepokalana i nadal utrzyma, by dalej prowadził Jej dzieło. Widocznie jednak Bóg chciał inaczej... widocznie dopełnił na świecie swojej świętości i posłannictwa, więc musiał pójść po nagrodę, która już na niego czekała. Mamo, jemu lepiej niż nam, bo celu dopiął i to w ten sposób, o jakim marzyła! Smucić się nie mamy prawa, najwyżej pałać świętą zazdrością i cieszyć się, że mu się udało. Z drugiej strony ból dokucza, ból egoizmu, a właściwie wspólnoty krwi. Rodzina to przecież jedno ciało o kilku członkach i gdy się jeden członek odetnie, musi całe ciało boleć. Co do narzędzia, które tego dokonało, będzie ono osądzone.
Msza św. za Mundzia odbędzie się dopiero z końcem miesiąca lub dopiero z początkiem października, bo ksiądz ma pełno terminowych intencji mszalnych (...).
Franuś
[Kolbe Franciszek, rodzony brat o. Maksymiliana. | Zginął w obozie koncentracyjnym Mittelbau 23 I 1945]
