Zrobiłam karierę...

Wszyscy rodzice marzą o lepszym losie dla swego dziecka niż ich własny. Już od urodzenia, jeśli nie wcześniej, snują w związku z nim plany. Kolorowe i ambitne. Wpatrując się w najpiękniejsze według nich maleństwo, myślą z dumą, co to też z niego nie wyrośnie. Wróżą mu... a kiedy podrasta, widzą w nim... czegóż oni w nim nie widzą? Serce matki, wola ojca odpowiedziałyby Wam.

Moi rodzice nie byli inni. Wiązali ze mną nadzieje. I rzeczywiście, gdy chodzi o mnie, zrobiłam karierę, jaka mi się przez długie lata nawet nie śniła. A tym bardziej moim rodzicom.

- Ale o cóż właściwie chodzi? - O pozycję, naturalnie. A po prostu, to o tego Jedynego, Wybranego, Przyjaciela, z którym związałam się już węzłem dozgonnym. Widzę Wasz znaczący półuśmiech i słyszę pytanie: - Kiedy? Dwa miesiące temu? Pół roku? Dwa lata? Posłuchamy cię innym razem, za lat kilkanaście. - Otóż, Kochani moi, już świętowaliśmy Srebrny Jubileusz. A to inna sprawa - słyszę - to może być nawet interesujące, choć dziś już niemodne. Choć właściwie - jeżeli ci zapewnił pozycję... ona cię trzyma, nie on. - Przepraszam Was bardzo, do mnie możecie się zwracać przez "ty", ale moim jest "On". I przyznać muszę, że lata wspólnie przeżyte nie zatarły mego zdziwienia, że On mnie chciał. Bo uczciwie przyznać muszę, że jestem prostą, wiejską dziewczyną, niczym szczególnym się nie wyróżniam, chyba że małym wzrostem i zamiłowaniem do muzyki. Właśnie to moje zamiłowanie ukrywałam od czasu, kiedy zaczęła się we mnie dokonywać ewolucja - za Jego sprawą.

Chodziło o mój stosunek do sióstr zakonnych. Psychicznie ich nie znosiłam. Takie to zakapturzone, obandażowane, tajemnicze, wyobcowane. Poza pobytem w szpitalu w czwartym roku życia nie miałam z nimi - nie chciałam mieć - żadnego kontaktu. A z tamtego czasu pozostały mi niemiłe wspomnienia, silnie zresztą utrwalone przez atmosferę rodzinną. Kiedy na ulicy mijałam siostrę zakonną, przechodziłam na drugą stronę. Dziś jeszcze czuję, jak odpychające było to uczucie. Kiedy więc na mej drodze stanął Pan Jezus z zaproszeniem: - jeśli chcesz, możesz, było to dla mnie wstrząsem. Wewnętrznie buntowałam się: - nie, nie, nigdy! ja, zakonnicą??? Ale On wiedział, że mój bunt nie jest żadnym argumentem. Czekał, łagodnie powtarzając propozycję. Wtedy jeszcze nie rozumiałam zaszczytu, a On nie zniechęcał się moim protestem. Poradził sobie przecież z Szawłem, nie poradziłby sobie ze mną?!

Szaweł, pałający nienawiścią do chrześcijan, stał się jednym z nich, ja zaś, mimo że żywiłam do sióstr zakonnych uczucie antypatii, pewnego dnia, kiedy Bóg dokonał we mnie ewolucji, stałam się jedną z nich.

Czy zburzyłam plany rodziców związane z moim życiem, zawiodłam ich oczekiwania? Może tak myślieli [myśleli], i to długo. Ale czy mogli sobie wymarzyć lepszą dla mnie partię? - Zrobiłam karierę. A oni mają w niej swój udział. Mam nadzieję, że znaczny.