Znalazłam radość

Nawet jako mała dziewczynka nie bardzo kochałam swoich rodziców. Czasami w ciągu dnia zostawiali mnie w domu babci, a ja zgadzałam się na to chętnie, bez płaczu i oporu. Nie byłam do nich przywiązana. Przypominam sobie jeszcze przerażony wyraz twarzy mojej babci, gdy pewnego razu w czasie kilkutygodniowego wyjazdu rodziców spytałam ją: "Czy tatuś i mamusia umarli?". Nie wiem, dlaczego taka właśnie byłam, przecież bardzo potrzebowałam uczucia. Może moi rodzice nie potrafili okazać mi swej miłości, przynajmniej zewnętrznie, i bezwiednie przyczyniali się do mego zamknięcia się w sobie, do izolacji.

Lata młodości wspominam jako okres urazów. Ostro przeżywałam typowe dla tego wieku problemy przeplatane kryzysami pełnymi smutku. W domu dręczono mnie ciągłymi zakazami i ograniczaniem wolności. Narzucane z góry reguły moralne odczuwałam jako nieznośny ciężar. Odczuwałam i podsycałam w sobie bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. (...)

Potem zapisałam się do liceum pedagogicznego. Środowisko to różni się bardzo od dawnej mojej szkoły. W klasie koleżanki "feministki", z którymi dyskutuję i do których próbuję się dopasować. Również chłopcy, których spotykam w holu instytutu, mają zdecydowane, ekstremistyczne poglądy polityczne.

Nie jestem jednak typem, który można "urabiać", nie idę też za większością siłą bezwładności. Nad każdym nowym poglądem, z którym się stykam, rozmyślam i długo go w sobie przetrawiam. Na tym tle przechodzę wewnętrzne kryzysy i bunty. Koleżanki może zdają sobie sprawę z tej mojej walki i osobistego niepokoju. Wybierają mnie na przedstawicielkę klasy. Znalazłam się w wirze zebrań i spotkań, w centrum ożywionych dyskusji, często bardzo zaciekłych.

Jestem dziwnie agresywna. Atakuję gwałtownie osoby, które myślą inaczej niż ja. Gdy jestem sama, widzę słabe punkty nierozwiązanych problemów, które mnie nurtują, a to sprawia mi ból.

W domu jestem na stopie wojennej. Rodzina nie akceptuje mojego stylu życia, moich przyjaciół i zapatrywań. Chciałaby mnie zamknąć w domu. Nie znoszę braku zaufania do mnie. Codzienne kłótnie stają się coraz gwałtowniejsze. Po lekcjach jestem praktycznie sama. Z nikim nie potrafiłam zawrzeć prawdziwej przyjaźni. Całe dnie spędzam zamknięta na klucz w swoim pokoju, jak w oblężonej twierdzy. Kurczy się też zakres moich ideałów; myślę tylko o sobie, inni nic mnie nie obchodzą.

Chociaż następnie zaczęłam uczęszczać na uniwersytet, ale obsesyjnie wprost myślę o poszukaniu sobie pracy i o jak najszybszym wynajęciu pokoju dla siebie. Nie chcę dłużej mieszkać w rodzinnym domu.

Tymczasem od kilku tygodni zaczęłam przygotowywać się do egzaminu z francuskiego razem z Letycją, dziewczyną poznaną na wykładach. Nie sądzę jednak, byśmy kiedykolwiek stały się przyjaciółkami. Jej poglądy prawie na wszystkie sprawy różnią się diametralnie od moich. Ma ona dziwny sposób dyskutowania. Zawsze spokojna, pogodna, jakby nie chciała zupełnie narzucać nic ze swych myśli i zawsze gotowa wysłuchać mnie z uwagą aż do końca.

Tak było również kilka dni temu. Być może, iż ona chciała się uczyć, ale ja zaczęłam dyskutować o przerywaniu ciąży i chciałam się dowiedzieć, co ona o tym myśli. Powiedziała mi parę bardzo prostych zdań, starając się wytłumaczyć swoją miłość do życia, a więc i do każdej ludzkiej istoty, która ma prawo do życia. Potem musiała wysłuchać mojego prawie dwugodzinnego ataku na jej poglądy i na nią samą. W dyskusjach z Letycją czuję się mocna.

Wyładowuję w ten sposób część mego napięcia. Gdy jednak ona odchodzi, czuję [154]się źle. Przykro mi, że w wirze dyskusji obrażam ją (...). Letycja w dalszym ciągu "znosi" moje wyskoki i pozwala mi wygadać się do woli. I to właśnie powoli wywołuje we mnie kryzys. Dlaczego tak postępuje? Jak ona to robi, że zawsze gotowa jest do niesienia pomocy?

Pewnego dnia pytam ją o to wprost, chciałabym bowiem wiedzieć coś więcej o jej życiu. Opowiada mi więc o swym spokojnym dzieciństwie, potem o twardym zetknięciu się z rzeczywistością, jak również z egoizmem pewnych przyjaciół, o nieufności, o odrzuceniu wszystkich i o swojej samotności. "Wszystko mogło się tylko na tym zakończyć - mówi mi - tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot. Nowi koledzy wprowadzili mnie w świat doświadczeń z zakresu życia chrześcijańskiego. Było to prawdziwe zaangażowanie, nie potrafię zresztą wytłumaczyć tego słowami. Postanowiłam wspólnie z nimi przeżywać je i to powoli zmieniło moje życie. Co więcej obdarzyło mnie nowym, pełnym życiem. Wszystko sprowadzało się do tego, by żyć Ewangelią". Mówi o tym z pasją, z przekonaniem.

Nigdy dotąd nie widziałam jej takiej. Czuję, że jest szczera. A ja - dziwna rzecz - nie mam ochoty na repliki, nie chcę przekreślać jej szczerości. Czuję się wzruszona, trochę wstrząśnięta.

Przed odejściem Letycja wyciąga z torebki karteczkę: "Tu jest zdanie z Ewangelii, z komentarzem ułatwiającym wprowadzenie jej w życie. Spróbuj przeczytać".

Gdy zostaję sama, czytam tę karteczkę. Zdanie zapisane na niej brzmi: "Kochajcie nieprzyjaciół waszych". Moimi nieprzyjaciółmi są: mój ojciec, matka, czasami również mój brat. Jest to najbardziej bolesna strona mego życia, moich dni, nie mogę zaprzeczyć. Właśnie ich mam kochać, ale dlaczego? Nie wierzę w Boga, nie wierzę, by to były Jego słowa, choć mają pewien urok. Być może, że gdyby człowiek uczynił jakiś zasadniczy zwrot w rozumowaniu, coś rzeczywiście mogłoby ulec zmianie. Może właśnie tak było z Letycją. Myśl ta prześladuje mnie również wieczorem, gdy kładę się do łóżka i nie mogę zasnąć.

Następnego dnia budzę się na długo przed dzwonkiem budzika. W końcu na przekór mej rosnącej niedoli, na przekór memu nieustannemu niezadowoleniu postanowiłam spróbować wprowadzić w życie te słowa.

Od wielu miesięcy nie rozmawiałam z moją matką. Znajduję ją teraz w kuchni. Siadam, by wypić z nią kawę. Powinnam powiedzieć coś, ale czuję, że mam sparaliżowany język. Wreszcie udaje mi się wykrztusić: "Dobrze spałaś?" Dwa słowa jedynie, a jednak przez cały ranek w czasie wykładów czuję się lepiej, lżej. Może to tylko tak mi się wydaje, nie wiem.

Po południu przychodzi do mego pokoju brat. Chce pożyczyć sweter. No tak, ten chłopak zawsze tylko wymaga czegoś. Miałam już gotową odpowiedź, ale ta karteczka leży jeszcze na biurku i mój wzrok zatrzymuje się na niej. "Otwórz szafę mówię - wybierz sobie, jaki chcesz". Odchodzi ze swetrem, a ja wcale nie czuję się wyprowadzona w pole, tym bardziej że nieoczekiwanie, wychodząc z pokoju, powiedział: "Dziękuję".

Dwa pozornie nic nie znaczące fakty, a jednak czuję się teraz trochę inna. I pragnę w ciągu następnych dni dalej tak postępować, wśród niepewności i nagłych decyzji.

Pewnego wieczoru czekam na powrót ojca z biura. Chcę z nim pomówić. Serce bije jak oszalałe. Kontakty z ojcem zawsze były najtrudniejsze. Czujemy się zupełnie obcy dla siebie. A jednak po kolacji, z ogromnym wysiłkiem woli, wchodzę do jego pracowni i znajduję siły, by zadać mu kilka pytań dotyczących jego pracy i zdrowia. On również jest zmieszany i zaskoczony, prawie nie wie, co ma odpowiedzieć. W końcu życzy mi dobrej nocy. Co wieczór robię bilans mych postępów: należą do nich słowa zamienione z moimi [155]bliskimi, małe gesty gotowości w stosunku do nich, zrezygnowanie z obiadu w stołówce, by wrócić do domu. Trudno to wytłumaczyć, ale coś w moim wnętrzu zmienia się.

Gdy spotykam się z Letycją, opowiadam jej o wszystkim, o poczynionych krokach i ich skutkach. "Wiedz jednak, że w Boga nie wierzę" - dodaję ciszej. Ona nie wydaje się być tym zmartwiona. Zachęca mnie tylko do dalszej pracy. Z czasem w mojej rodzinie coś zaczyna się zmieniać.

Pewnego dnia mój brat Mauro, wcale - nie proszony o to, przychodzi i proponuje, bym i ja jeżeli mam ochotę, nosiła jego swetry. Potem siada na fotelu i mówi: "Słuchaj, mam pewien problem" i zaczyna zwierzać się. Również i on przeżywa kryzys, buntuje się przeciwko rodzicom, chciałby opuścić dom, poznał pewną dziewczynę.

Rozmawiamy długo ze sobą i to tak, jak nigdy dotąd - nie robiliśmy tego. I oto ja, która przez lata "nienawidziłam" rodziców, próbuję ukazać mu również ich dodatnie strony. Proszę, by nie załamywał się, staram się zrozumieć jego dramat. W końcu dziękuje mi. Czuje się podniesiony na duchu. Potem rozmawiam z matką, aby i ona mogła mu pomóc, przybliżyć się do niego.

Idę do Letycji uczyć się. Czuję się po raz pierwszy szczęśliwa. Miłość, jaką zaczynam obdarzać innych, nie może pochodzić tylko ode mnie, to nie ja ją stwarzam, nie ja zmieniam stosunki. Może ta radość jest Bogiem, który wkracza w moje życie, właśnie tam, w tym moim ślepym wysiłku, by kochać. Może to On jest tą miłością.

Ta kiełkująca dopiero we mnie wiara popycha mnie do pogłębienia mego doświadczenia. W następnych miesiącach dążę do lepszego poznania Ewangelii i pragnę wprowadzać ją codziennie w życie, zaczynając wszystko od nowa, gdy zajdzie pomyłka, przerwa, chwila zwątpienia. I w Jezusie, w Jego słowach powoli odkrywam wcieloną Miłość, tę samą, jaką odczułam pamiętnego dnia. Odnajduję Boga, który stał się człowiekiem z miłości.

To bardzo pomaga, sprawia, że moje zaangażowanie się w sprawy innych ludzi staje się wreszcie odważniejsze i bardziej konsekwentne. Również na uniwersytecie w stosunku do znanych od dawna kolegów - zaczynam postępować inaczej. Pomagam im, wysłuchuję ich problemów, staram się przede wszystkim przyjaźnie odnosić do każdego, bez względu na odczuwaną sympatię czy antypatię.

Pewnego wieczoru zdarzyło mi się, że telefonując do Heleny, niedawno poznanej dziewczyny, opowiedziałam jej o moich doświadczeniach z takim zapałem, z jakim Letycja przed miesiącem rozmawiała ze mną.

Mój ojciec słyszy fragment rozmowy i interpretuje ją niewłaściwie. W jadalni czeka na mnie ogromnie zdenerwowany. Wybucha, obrzuca mnie wyzwiskami i na koniec uderza mnie w twarz.

Zamykam się w pokoju zupełnie zdruzgotana. Co się stało? Staram się uspokoić, a jednak w tym momencie, jak gorzkie wspomnienie powraca dawny projekt: uciec z domu. Ale te sprawy wydają mi się jakieś dalekie, niepotrzebne. Przebaczam mu... jutro pomówię z nim znowu.

Zapada noc. Ktoś puka do mego pokoju. To ojciec. "Nie mogłem spać" - mówi potem całuje mnie serdecznie. "Przebacz mi! Gdy dziś wieczorem telefonowałaś, opacznie, w sposób najgorszy, zinterpretowałem twoje zdanie: «pragnę kochać wszystkich» Dopiero teraz zrozumiałem, że chciałaś przez to wyrazić coś wielkiego. Wytłumacz mi, proszę...". Staram się więc wytłumaczyć mu, co więcej zwierzam się mu z wielu aspektów mojego obecnego życia. Po raz pierwszy widzę, jak mój ojciec płacze. Potem i on opowiada o sobie, podaje nie znane mi szczegóły, trudności, jakie przeżył z matką. Rozstajemy się późno w nocy, związani ze sobą nowym węzłem, by od jutra wspólnie pracować nad sobą.

Z książki Nowe rodziny 1982.