Autorką tego autentycznego pamiętnika jest francuska wieśniaczka, żyjąca w czasach nam współczesnych. Nie znamy jej nazwiska, jedynie symboliczne imię - Ancilla. Swoje notatki i myśli - według jej własnych słów - kreśliła urywkowo, naprędce.
Jest w tych notatkach i myślach zawarte takie piękno i taka głębia przeżyć, że warto poświęcić kilka chwil na ich przeczytanie i jeszcze kilka na zastanowienie się nad nimi.
* * *
11 wieczorem...
Od samego rana pragnęłam, tak bardzo pragnęłam móc pomodlić się. Ale ledwo wstałam pierwsza w całym domu, trzeba było: wygotować smoczek Jacka, który płakał, umyć i przebrać Andrzejka, któremu przytrafiło się nieszczęście, nanosić i nagrzać wody na przepierkę... Dzwoniono na Mszę świętą. Ale dziś, jak i wczoraj, nie było nawet co marzyć o wykradzeniu pół godziny, kiedy cały dom, ludzie i zwierzęta czekają na mnie.
Chciałam móc skupić się na chwilę po śniadaniu - taka chwila wytchnienia byłaby mi wygładziła duszę niespokojną w zmęczonym ciele. W ciszy byłabym Cię może odnalazła, Panie.
Ale Jan czekał na mnie, by iść wiązać snopy. Nie mogłam mu odmówić. I tak pracowaliśmy bez przerwy, aż do chwili, kiedy zmordowani wróciliśmy do domu.
Po kolacji chętnie poszłabym z Janem do miasteczka na zebranie. Ale nie. Dzieciaki ociągały się z pójściem spać. Kasia rozdarła fartuszek, który trzeba było koniecznie załatać na jutro, bo tamten po praniu jeszcze nie wysechł i nie miałaby co włożyć do szkoły...
Kiedy wszyscy zasną, czyż będę mogła nareszcie uklęknąć, by złożyć ci, Panie, w ofierze całe moje wyczerpanie i mój trud? Jeszcze nie. W ciszy, która spowiła dorn, muszę jeszcze poustawiać naczynia, sprzątnąć bieliznę, żeby móc bez zaległości rozpocząć jutrzejszy dzień, gdy poranne prace wyrwą mnie z łóżka, nim zdążę się wyspać... Aż w końcu, bardzo późno, obszedłszy jeszcze wszystkie łóżeczka, oto staję, cała połamana ze zmęczenia, przygnieciona widokiem rzeczy niewykonanych. Chociaż nie mogłam, Panie, ani na chwilę wyplątać duszy z tej gmatwaniny trosk, w które jestem uwikłana. I wtedy takie oto przychodzą mi myśli: Zakonnica, klauzurowa zakonnica ma swoje godziny i "godzinki", swoje modlitwy, swoje rachunki sumienia i swoje milczenia, i swoją kaplicę. A od czasu do czasu ma swoje dni skupienia i rekolekcje.
A ja jestem zamknięta w klauzurze, lecz nie mam żadnego z ułatwień klasztornych. Choć dusza moja dusi się i wśród tego wszystkiego bez ustanku wzywa Ciebie, Panie.
A moi bliscy tak bardzo i to w każdej chwili oczekują ode mnie czegoś więcej, niż ·ty1ko cielesnego pożywienia.
Czyżby to była klauzura bez wyjścia? Czyżby w moich trudnościach nie było sposobu znalezienia drogi wzwyż?
To wszystko, co w mojej domowej pracy pochłania czas i siły, skłonna jestem uważać za przeszkody uniemożliwiające życie wewnętrzne czy apostolską postawę. Jakież to nierealne podejście do prawdziwej duchowości! Przecież nie jestem ani kapłanem, ani zakonnicą... Toteż zadaniem moich wysiłków jest dopracować się nowej, swoistej świętości, świętości żony i matki. Tu nie ucieczki potrzeba, lecz umiejętności ożywienia, przepromieniowania wszystkiego od wewnątrz. Moja praca i moje trudy, cóż to za cudowna modlitwa. Gdybym się na nich modlić umiała. Cały mój dzień ofiarowany Bogu, cóż to za zjednoczenie z kapłanem we Mszy świętej. Cisza pól i skupienie mojej duszy - to moje godziny milczenia, wszyscy moi domownicy - to wspólnota zakonna, z którą mam wielbić Boga. Wyrzeczenie, jakiego żąda ode mnie moja praca - to będzie moje apostolstwo; a kaplica? To dom mój, gdzie moja czujna obecność będzie niby lampką bezustannie płonącą przed ołtarzem.
Czy raczysz, czy zechcesz, Panie, pomagać mi z dnia na dzień w odnajdywaniu szlaku, który pnie się ku Tobie, i podsycać płomień lampki, by świeciła wszystkim, którzy są w tym domu?
