Z naszych misji

List z Papui Nowej Gwinei

C. M. Wangoi, 22 sierpnia 1984

Droga Redakcjo "Rycerza Niepokalanej!".

Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby Czytelnicy "Rycerza Niepokalanej" mieli okazję za pośrednictwem Drogiej Redakcji zapoznać się z treścią niniejszego listu. To, czego w ostatnim czasie doznałem, zobowiązuje mnie do napisania nieco obszerniejszego artykułu.

Od 1974 roku pracuję na misjach w Papui Nowej Gwinei, a od dziewięciu lat na stacji misyjnej w Wangoi. Już wiele lat otrzymuję dzięki bezinteresownej życzliwości Drogiej Redakcji "Rycerza Niepokalanej". Muszę wyznać, że "Rycerz Niepokalanej" stanowi dla mnie bardzo pożyteczną lekturę, szczególnie tutaj, w tym zakątku świata, z dala od Rodaków i Ojczyzny.

Moim zdaniem, a myślę że i wszystkich Czytelników, "Rycerz Niepokalanej" jest redagowany wspaniale. Zawiera wiele religijnych, bardzo interesujących artykułów i rzeczywiście spełnia oczekiwania jego założyciela św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Jestem kapłanem Archidiecezji Gnieźnieńskiej i dlatego też wyjechałem z Polski na misje - że tak się wyrażę - jako ochotnik. Zdawałem sobie sprawę, że nie będąc członkiem żadnego Zgromadzenia, na misjach nie będę miał łatwej pracy. Ufny Bogu i Matce Najświętszej - mimo wszystko zadania tego się podjąłem. Marzeniem moim przed opuszczeniem Kraju było nie tylko głosić Dobrą. Nowinę, ale dać z siebie coś więcej. Pragnąłem tym ludziom, żyjącym jeszcze w epoce kamiennej siekiery, pomóc i w inny sposób, przyczyniając się do rozwoju królestwa Bożego poprzez budowę świątyń w buszu. Nie wiedziałem oczywiście, na ile będę w stanie swoje zamiary realizować.

Dziś, po dziesięciu latach misyjnej pracy, mogę tylko Bogu i Matce Najświętszej dziękować za to, że zamierzenia swoje nad miarę spełniam. W tym miejscu należy się szczególne podziękowanie wszystkim Dobrodziejom, którzy w dużym stopniu pomogli nam (tutejszym ludziom i mnie), czy poprzez modlitwę czy finansowo, w urzeczywistnieniu naszych pragnień. Zawsze byłem zdania, że budując świątynie - jako widzialny znak jedności chrześcijan w niej spotykających się na nabożeństwach - buduje się zarazem w każdym członku tejże społeczności, do której dany kościół należy świątynię Boga w jego duszy. I to napawa wielką radością każdego misjonarza.

Pierwszy kościół, który z pomocą tubylczych ludzi i Dobrodziejów wybudowałem w Giriu, na bocznej stacji mojej misji w Wangoi, otrzymał wezwanie Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata. Poświęcił go uroczyście w 1978 roku ordynariusz diecezji Goroka - bp John Cohill.

Zachęcony osiągniętym sukcesem i niebywałą radością tubylców, idąc za prośbą ludzi z innej stacji bocznej - postanowiłem rozpocząć budowę następnego kościoła w Pei. Niestety, po kilku miesiącach zabrakło funduszów, by budowę tę w pełni rozwinąć i doprowadzić do końca. Podobnie też było na innej bocznej stacji w Oulabole, gdzie parafianie zebrali nieco swoich oszczędności i na tej podstawie rozpoczęliśmy [58]wznosić następny kościół. Tymczasem materiały budowlane podrożały i trzeba było prace te rozłożyć na następne kilka lat. Nie mając w tym czasie żadnej pomocy z "zewnątrz", trudno nam było dokończyć zamierzonego dzieła.

I tak nadszedł rok 1982. Udałem się na wakacje do Polski. Będąc już w Kraju dowiedziałem się o kanonizacji bł. Maksymiliana Marii Kolbego, która miała dokonać się w październiku 1982 r. w Rzymie. Zatem postanowiłem w drodze powrotnej na Papuę Nową Gwineę zatrzymać się na kilka dni w Rzymie i uczestniczyć po raz pierwszy w życiu w tak podniosłej uroczystości.

Przyleciawszy do Rzymu miałem spore kłopoty z zakwaterowaniem. Wszystkie noclegowe miejsca były zajęte przez pielgrzymów z Polski i ze świata. Jednakże po wielu usilnych staraniach udało mi się zamieszkać na kilka dni w domu Jana Pawła II przy via Cassia. Byłem jednym z kilkuset pielgrzymów zamieszkujących w tym czasie ten dom i do tego będącym nieoczekiwanym gościem. Z tej też racji nie udało mi się uzyskać biletu wstępu na kanonizacyjne uroczystości. Było mi z tego powodu bardzo przykro. Mimo wszystko postanowiłem pojechać wcześniej do Watykanu autobusem liniowym i próbowałem przedostać się jak najbliżej poprzez tłum do ogrodzenia. Niestety, autobus się spóźnił, tak że dochodząc do Watykanu nie widziałem żadnych realnych szans przedostania się bliżej do barier. I wtedy właśnie, w tym uczuciu zawiedzenia, przyszła mi myśl - natchnienie. Powiedziałem sobie:

"Ojcze Maksymilianie - jeśli pomożesz mi, że będę naocznym świadkiem uroczystości twojej kanonizacji - przyrzekam, że jeden z rozpoczętych kościołów w buszu na Papui Nowej Gwinei otrzyma twoje imię!".

Wstąpiły we mnie nowe siły i zacząłem przepychać się do przodu. Po kilkunastu minutach "ciężkiej pracy" znalazłem się całkiem przypadkowo przy bramie ogrodzenia przeznaczonej (jak później wywnioskowałem) dla dygnitarzy kościelnych. Strzegli jej funkcjonariusze watykańscy. Byłem już uradowany, bo z tego miejsca - wprawdzie jeszcze z daleka - mogłem już widzieć ołtarz i dokonujące się przy nim ceremonie.

Nie czekałem długo, bo zaledwie kilka minut później nadeszła delegacja z jakimś (do dziś mi nie znanym) kardynałem na cze[59]le i cała jego świta. Byli oni mocno spóźnieni. Służba porządkowa natychmiast zabrała się do otwierania bramki, a ja wykorzystując zamieszanie i zgiełk wcisnąłem się do środka tej delegacji. I tak wspólnie z nieznanymi mi duchownymi doszedłem bez najmniejszego problemu pod sam prawie ołtarz. Stamtąd już nikt nawet nie próbował mnie wyrzucić. Byłem szczęśliwy, że o. Maksymilian wysłuchał mojej prośby i mogłem być naocznym - z bliska - świadkiem dokonujących się ceremonii. Wtedy już postanowiłem definitywnie wybudować kościół pod jego wezwaniem.

Po uroczystościach kanonizacyjnych spotkała mnie jeszcze inna radość. Trafiłem na znanego mi i zaprzyjaźnionego przedtem Ordynariusza Diecezji Lublin ks. bpa B[olesława] Pylaka, który zaproponował mi następnego dnia pielgrzymkę jego samochodem do Asyżu. Oczywiście, z takiej wspaniałej okazji, by nawiedzić Grób św. Franciszka, nie mogłem zrezygnować. Ks. Biskup też załatwił mi bilet na polską audiencję w Auli Pawła VI z Janem Pawłem II. Już nie miałem słów na wyrażenie swojej wdzięczności Bogu i św. Maksymilianowi za wszystkie łaski, którymi mnie obdarzali.

I na tym jeszcze nie koniec!

Przyszedł czas odlotu z Wiecznego Miasta na PNG. Po szczęśliwym powrocie, zaledwie po dwóch tygodniach pobytu na stacji w Wangoi, otrzymuję list z Rzymu od Sióstr Św[iętego] P[iotra] Klawera, z którymi to Siostrami od samego początku mojej misyjnej pracy utrzymuję kontakt. W tym też miejscu muszę wyznać, że Siostry Klawerianki pomagają mi najwięcej - finansowo i modlitewnie - w mojej posłudze misyjnej. Tym razem otrzymałem list następującej treści:

"Jeśli Ksiądz łaskawie zgodzi się na wybudowanie kościoła, kaplicy pod wezwaniem św. Maksymiliana Marii Kolbego, proszę potwierdzić, a niezwłocznie prześlemy Księdzu potrzebne fundusze, które otrzymaliśmy na ten cel od amerykańskiego ks. Lipolda".

To, co się stało, nie wymaga komentarza. Każdy sam może sobie wyobrazić, jakiego uczucia szczęścia doznałem przeczytawszy kilkakrotnie (bo oczom swoim nie wierzyłem) ten list...

Dziś właśnie z radością pragnę wszystkich poinformować, że kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana Marii Kolbego został już z tych ofiar od podstaw wybudowany na bocznej stacji w Kuage i całkowicie wykończony. Dnia 1 sierpnia 1984 r. odbyło się jego poświęcenie przez miejscowego ordynariusza ks. bpa W. Kurtza. W tych samych dniach ks. bp Kurtz poświęcił inne dwa kościoły, już zaczęte przed kilku laty, które zostały wykończone dzięki dotacjom Dobrodziejów, otrzymanym również za pośrednictwem Sióstr Św[iętego] P[iotra] Klawera. Jeden z nich na bocznej stacji w Pei otrzymał wezwanie Matki Boskiej Częstochowskiej (Czarnej Madonny). Ofiarę na ten kościół złożyła p. Jasińska (serdeczne Bóg zapłać), a drugi w Oulabole otrzymał wezwanie św. Andrzeja Boboli (również składam staropolskie "Bóg zapłać!" Miss J. M. Lepak - za złożoną ofiarę).

Wszystkim zaś Dobrodziejom, szczególnie zacnym Siostrom św. Piotra Klawera, składam tą drogą wyrazy wdzięczności w imieniu moich podopiecznych parafian, jak i swoim, zapewniając Ich, że będziemy pamiętać o Nich we wspólnych modlitwach zanoszonych do Boga w nowo wybudowanych kościołach. Wierzę, że św. Maksymilian Maria Kolbe swoim wstawiennictwem u Boga wyprosił nam te wszystkie łaski i dary, bez których nie bylibyśmy w stanie dokończyć zamierzonego dzieła.

Łączę gorące pozdrowienia z głębi nowogwinejskiego buszu - modlitwom szczególnie polecam swoich tubylców siebie.

Grafika do art. Z naszych misji

[Fot. s. 58] Wizyta Ojca Świętego Jana Pawła II w Nowej Gwinei.