Wspomnienie słonecznych dni

Młody Rycerz Niepokalanej (12)

Przeoraliśmy rok 1938/9 do czerwca. Jakoś w wakacje padła myśl, żeby odwiedzić Niepokalanów.

Sprawę dotarto. Wycieczka-pielgrzymka stanęła. Dnia 2 sierpnia wyruszyliśmy. Grupa chłopców - około dwudziestu kilku. Miałem ją prowadzić od Warszawy aż do Niepokalanowa. Ludwik miał dojechać.

Raniutko z małymi pakuneczkami dojechaliśmy ze Strugi do stolicy. I już między godziną 4 a 5 po południu wchodziliśmy w opłotki Niepokalanowa.

Niepokalanów. Jak opisać ciebie, miejsce kochane, które jesteś, jak byłaś, choć niewiele z ciebie takiego, jak byłaś, pozostało?...

Pierwsze najmocniejsze wrażenie - to wszędzie tarcica nieheblowana, proste szopy, baraki, i wszędzie Niepokalana, Jej figurka. A potem młode twarze w czarnych habitach. Tylu młodych i tak serdeczny ich bezgłośny uśmiech.

Już nas porwali. Mycie rąk i zaraz jakieś wnętrze z tartych desek, przed nami figurka Niepokalanej, proste sosnowe stołki, zapach żywicy i w zwykłych dzbankach pełno białej kawy, i kiełbasa, i chleb, i pomidory, i ogórki, i ćwikła.

To nieważne, że jest jakiś wychowawca. Chłopcy są ich, donoszą dzbanki, dolewają. Boże, aż wstyd, jak ci chłopcy łapczywie jedzą. Jak im smakuje ten uśmiech do białej kawy.

A potem odpoczynek i kolacja, i spoczynek nocny w jakiejś nowej sali, nie pamiętam na czym. To wiem, że odmawiamy pacierz, że prowadzimy jeszcze przyciszoną rozmowę. Nie ma żadnej musztry. Jest rodzina chłopców.

Zresztą oni sami są tak przejęci, tak zalani ludzką dobrocią, że nie potrzeba żadnego rygoru. Taki, jaki jest potrzebny, stwarza się sam.

Coraz mniej głosów bierze udział w rozmowie, zasypiają jedni po drugich. Śpią.

Słychać ich miarowe oddechy. Moja czeladka. Przyprowadziłem ich do Niepokalanej. Oni Ją odczuli. Maryjo, nie dopuść, ażeby moje własne błędy zaciążyły na ich rozwoju duchowym...

Nie mogę spać. Wychodzę. Księżyc sieje srebrną poświatą - w jego blasku cały Niepokalanów jest uciszony, święty. Tu gdzieś czuwa serce Ojca Maksymiliana.

Zrobiłem jeszcze dwa kroki i nagle wprost do nóg przypadają mi dwa olbrzymie kudłacze, powietrzem wstrząsa ujadanie, odbija się głośnym echem po wszystkich uliczkach. I jednocześnie pośpieszny młody głos:

- Chodź tu, chodź tu, nie rusz!... - Stanęły złowrogo.

- Do budy, leżeć!...

Podchodzi do mnie i patrzy się ktoś młody w czarnym habicie.

- Dobrze, że zdążyłem, pogryzłyby.

- Bardzo jestem wdzięczny bratu i przepraszam za kłopot. Brat mnie nie zna, jestem wychowawcą z tą wycieczką chłopców. Śpią tutaj. Nie mogłem zasnąć i tak sobie wyszedłem trochę pochodzić, porozmyślać o tym Niepokalanowie.

- Tak się zaraz domyśliłem - mówi brat.

Psy się pokładły, dyszą ciężko.

- Już jest późno, o jedenastej psy wypuszczamy.

Rozmowa schodzi na Niepokalanów. Dowiaduję się, że w tej chwili jest tu 650 braci zakonnych i kandydatów, i to sami młodzi.

Podziwiam Ojca Maksymiliana i mówię, że to tylko on potrafi to zrobić przez Niepokalaną. A na to brat:

- Tak, tylko on. Zdarzył się u nas niedawno taki fakt. W naszej elektrowni motor się rozpędził, [369]koło pasowe się rozbiło, dynamo się popsuło, przez co wynikły duże szkody dla klasztoru. Brat, który obsługiwał elektrownię, był wprost w rozpaczy. Idzie do ojca gwardiana, melduje mu to, oskarża się i prosi o "kulpę".

O. Maksymilian stanął zmartwiony, ale już w następnej minucie mówi:

- Słuchaj, bracie, przecież ty nie chciałeś tego, nie martw się, bądź spokojny.

- Nie chciałem, proszę ojca, ale może nie tak jakby należało, czuwałem nad motorem.

- A czy to myślisz, mój drogi, że ja już nic złego w życiu nie zrobiłem? Ile dobrodziejstw Bożych w życiu namarnowałem. Idź do kaplicy, odmów "Zdrowaś Maryjo", będzie to większy zysk niż strata, jakąśmy ponieśli. Potem przyjdziesz do mnie i pomyślimy o naprawie...

Stałem zdumiony i zachwycony... No i jak tu Niepokalana miała nie czuwać sama nad swym dziełem?...

Nazajutrz modlitwa w kościółku klasztornym. Klęczymy na prostej podłodze, tuż nad głowami sufit z prostych desek, okna wpuszczają świeże powietrze. Ogarnia nas urok szopy betlejemskiej. Msza święta. Wszyscy przystępują do Komunii świętej nasi chłopcy i tamci, prawie ich rówieśnicy, w czarnych habitach.

Bóg w sercach... "Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą".

Uliczkami Niepokalanowa wjeżdżają i wyjeżdżają ciężkie auta, przywożą i odwożą tak wiele. "Mały Dziennik" i ten najpiękniejszy "Rycerz Niepokalanej", chyba jedyne w kraju pismo o takim nakładzie. Idzie masowo. Kto go nie zna? Kto go nie czyta w Polsce?

Najnowsze maszyny rotacyjne, najnowsze linotypy. I wszędzie ta symbioza współczesnej techniki z tartą deską. Najnowocześniejsze razem z tym, co jest odwiecznie proste.

I wszędzie Niepokalana.

Trzeciego dnia powrót.

Ustalamy z Ludwikiem, że ja zbiorę chłopców, a on pójdzie zapłacić Ojcu Gwardianowi i podziękuje mu serdecznie od nas wszystkich.

Poszedł. Chłopcy są już gotowi do drogi. Mamy wracać pieszo. Aż żal odchodzić...

Po kilku minutach wraca Ludwik dziwnie wyglądający.

- Wiesz, nie zapłaciłem. Nie chciał za nic przyjąć. W końcu wziął mnie w ramiona i powiada: "Zmówcie za nas «Zdrowaś Maryjo», to będzie dla nas większą zapłatą".

Zamyśliłem się chwilę... Kierujemy się do bramy. Bracia żegnają nas, coś mówią do chłopców, uśmiechają się. Naraz podjeżdża ktoś rowerem do mnie.

- Ojciec Gwardian prosi, żebyście się zatrzymali, nasi bracia jadą samochodem do Warszawy, to was podwiozą.

Zatrzymujemy się. Warczą już samochody, są tuż. Chłopcy ładują się na nie. I znów ktoś nowy staje w bramie.

To sam Ojciec Kolbe.

- Chłopcy - wołam - na cześć Ojca Gwardiana: "Chociaż każdy z nas jest młody". Chłopcy podrywają pełną piersią.

Ojciec Kolbe wyciąga do nas ręce, jest cały promienny. Wozy ruszają, wierzby mazowieckie zdają się powtarzać refren: "Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec...". A on wciąż stoi i macha wyciągniętymi rękami... To samo robią bracia.

Zapadają nam w serca te ich ręce...

Pierwszy raz w życiu i ostatni widziałem tego świętego...