Te wspomnienia o Karolu Wojtyle, kiedy nie był jeszcze duchownym, i potem o kard. Karolu Wojtyle spisuję na prośbę "Rycerza Niepokalanej". Czynię to tylko dlatego, że "Rycerzowi" nie mogę niczego odmówić, szczególnie jako Przewodniczący Papieskiej Akademii Niepokalanego Poczęcia.
Za wydobywanie na światło dzienne z głębi serca wspomnień bardzo osobistych, bardzo drogich, płaci się "cenę wzruszenia, czasem aż do łez", a z drugiej strony obawiam się, że ten, którego dotyczą, to znaczy nasz ukochany Ojciec Święty Jan Paweł II, może nie być z nich zadowolony, nie lubi bowiem, kiedy się o nim mówi. Pocieszam się jednak nadzieją, że przez ostatnie dziesięć lat, w ciągu których nieustannie mówi o nim cały świat, przywykł on do tego i pogodził się z tym, że w jakiś sposób należy to do jego misji, albowiem przepowiadanie o Piotrze stanowi niejako część przepowiadania Kościoła powszechnego. A przecież Piotr to nie tylko ten, który wkłada mitrę podczas watykańskich uroczystości, ale także Karol Wojtyła, urodzony w Wadowicach, w cudownej, chrześcijańskiej rodzinie, o której wciąż wiemy jeszcze za mało. Nigdy nie zapomnę spontanicznej reakcji jednej z Sióstr Sercanek, która czytając o ojcu Papieża, wykrzyknęła: "Dlaczego tego człowieka od razu nie beatyfikują?" Tak, z tych wspomnień wyziera człowiek prawdziwie święty. Nie jest więc dziwne, że z takiej rodziny wyszedł taki człowiek.
"Bratniak"
Pierwsza część tych wspomnień będzie dotyczyła współpracy w "Bratniaku". Co to był "Bratniak"? Podczas wojny Uniwersytet Jagielloński pracował w konspiracji. W przypadku odkrycia tej działalności, profesorów i studentów czekał obóz koncentracyjny. Miałem zaszczyt należeć do tego Uniwersytetu jako student prawa. Kiedy potem, w roku 1945 Uniwersytet wyszedł na światło dzienne, okazało się, że należało doń tysiące studentów z różnych części Polski. To wielkie bogactwo, jakie stanowili ci ludzie, znalazło dla siebie ramy organizacyjne w wywodzącej się jeszcze sprzed wojny organizacji Bratniej Pomocy Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Organizacja posiadała swoje domy studenckie. Najważniejszy znajdował się przy Błoniach. Właśnie tam mieszkałem ze starszym bratem, [148]studentem rolnictwa. Któż tam nie mieszkał... Byli ludzie z całego kraju, różnych orientacji politycznych, bardzo wielu z podziemia, z tajnych organizacji: ze wsi, związani z Batalionami Chłopskimi, narodowcy związani z Narodowymi Siłami Zbrojnymi i większość wywodząca się z Armii Krajowej. Wielu było wojennych inwalidów. Mieszkał z nami np. weteran Powstania Warszawskiego z bohaterskiego batalionu Parasol, Andrzej Klimowski - beznogi.
Istniała stara tradycja, że wiceprezesem Bratniej Pomocy zawsze był student wydziału teologii. Do pełnienia tej funkcji kard. Sapieha wyznaczył alumna Karola Wojtyłę. Było to dowodem wielkiego zaufania. Bardzo wówczas surowy regulamin seminaryjny nie dopuszczał takiej możliwości, by kleryk w nocy przebywał poza domem. Było to wprost nie do pomyślenia. A tymczasem nasze zebrania niejednokrotnie przeciągały się do godziny drugiej i trzeciej nad ranem. Właśnie wtedy miałem szczęście spotkać po raz pierwszy Karola Wojtyłę. Potem, jako przewodniczący Papieskiej Komisji Środków Przekazu, podróżowałem po wielu krajach i poznałem tysiące osób, wyznam jednak, że wśród spotykanych przeze mnie w życiu ludzi najwyżej trzy osoby wywarły na mnie wrażenie, które pozostanie na zawsze. Do tych właśnie spotkań zaliczam pierwsze spotkanie z Karolem Wojtyłą. Nie tylko dlatego, że jako członek zarządu Bratniej Pomocy potrafił on zawsze zabierać głos niepolemicznie i znaleźć wspólny mianownik wszystkich słusznych racji, które zostały wyłożone, ale także i nade wszystko dzięki rozmowom osobistym. Rozmowa z nim zawsze budowała. Nie chciałbym tu wchodzić w tajniki duszy Karola Wojtyły, który już wtedy był uważany za świętego (ks. Boniecki w Kalendarium Karola Wojtyły wspomina, jak jeden z kolegów napisał na drzwiach jego pokoju: "Karol Wojtyła, przyszły święty" - dziś możemy powiedzieć: nie "przyszły", ale obecny...). Takie wrażenie się odnosiło, zwłaszcza wtedy, kiedy rozmawiało się z nim o Bogu. Były to rozmowy porywające, niekiedy przeciągające się do późna w noc. Wiele z nich wynieśliśmy wszyscy, ale szczególnie ci z nas, których Bóg miał poprowadzić drogą swoich powołań.
Już wtedy, w czasach Bratniej Pomocy, Karol Wojtyła widział jasno problem, który dziś jawi się coraz wyraźniej i który można odnaleźć w wielu przemówieniach papieskich, a szczególnie w cudownej encyklice społecznej Sollicitudo rei socialis - problem solidarności. Bratnia Pomoc była jakby pierwszą szkołą przemyślenia sprawy solidarności. Typowe dla Karola Wojtyły było to, że nie szedł on za doraźnymi potrzebami czy za naciskiem chwili, ale każdą chwilę umiał wykorzystać jako znak czasu, i to, że dla każdego problemu znajdował rozwiązanie w świetle Ewangelii i w świetle swego głębokiego życia duchowego. Myślę, że już wówczas, w taki właśnie sposób dojrzewała w nim myśl o tym wielkim pojęciu solidarności, które dziś dla Polaków jest czymś zrozumiałym i oczywistym, ale dla świata jeszcze wciąż pozostaje tajemnicą, na co wskazują niektóre echa prasowe po ostatniej encyklice: nie wszyscy zdołali zrozumieć, o co w niej rzeczywiście chodzi. Już wtedy Karol Wojtyła, student filologii słowiańskiej, a potem pierwszych lat teologii, miał dojrzałą świadomość tego, że w świecie wstrząsanym skutkami II wojny światowej, co odczuwało się także w tej ogromnej zbieraninie; jaką była Bratnia Pomoc ujawnionego uniwersytetu, potrzebna jest jakaś nowa idea, potrzebne jest nowe rozwiązanie, nowe formy wcielenia Ewangelii w rzeczywistość. Wiedział, że owo wcielenie musi się dokonać nie tylko według zasad sprawiedliwości, ale tak, aby miłość górowała nad sprawiedliwością. I tą nową formą jest właśnie solidarność - solidarność międzyludzka, w której już nie osobisty interes, nie walka klas decydują o rozwiązaniu problemów konkretnego bytowania, ale prawo Ewangelii, mówiące o tym, jak jeden człowiek może się poświęcić dla drugiego, by wypełnić swoją własną misję i misję społeczności, w której się znajduje.
Seminarium Duchowne
Drugi rozdział - to Seminarium Duchowne. Dzieliła nas rzeczywiście różnica wieku i różnica poziomów. Kiedy wstępowałem na pierwszy rok, Karol Wojtyła był już na czwartym, czyli na ostatnim. Niezależnie jednak od tych różnic wszyscy klerycy, a było nas już wte[149]dy dużo, poszukiwali jego towarzystwa. Kiedy nadchodziła chwila odbywającej się co dwa tygodnie przechadzki, na którą rektor wyznaczał "trójki", to jest skład 3-osobowych grup udających się razem na spacer, każdy starał się dostać do trójki z Karolem Wojtyłą. Było bowiem wiadomo, że z każdej przechadzki można wynieść coś niezapomnianego. Nawet z krótkiej przechadzki z nim po seminaryjnym ogródku czy tzw. "Zaolziu", to jest terenie przyłączonym do ogrodu seminaryjnego, uprzednio należącym do dawnego klasztoru Karmelitów, potem przerobionym przez Austriaków na więzienie. Wszyscy też starali się obserwować, którego z 10 czy 15 spowiedników seminaryjnych wybiera Wojtyła. Wiadomo było bowiem, że ten wybór jest trafny i że warto iść w jego ślady. W Seminarium Krakowskim nad kaplicą znajduje się balkonik, rodzaj chórku. Tam za naszych czasów lubili się modlić ci, którzy z niechęci do ostentacji woleli nie być widziani z kaplicy. I było wiadomo, że zawsze zastanie się tam klęczącego z pochyloną głową, zatopionego w modlitwie Karola Wojtyłę. A także Franciszka Macharskiego...
Z Soboru i z Synodu Biskupów
Mieszkając w hospicjum Św[ietej] Marty, gdzie zbierały się prawie wszystkie komisje przygotowujące Sobór, jako jeden z niestety nielicznych polskich teologów (periti) miałem zaszczyt czasem uczestniczyć w tych zebraniach. I wtedy mogłem widzieć, jak komisje, jedna przez drugą, zabiegały o obecność w nich, jak sobie wydzierały młodego, nikomu nie znanego wikariusza kapitulnego z Krakowa, który nawet wobec takich czczonych przez wszystkich wielkości jak biskup Helder Camara, zawsze potrafił zabrać głos i we właściwy sposób, bez żadnych polemik - ciekawy dar antypolemiczności - tak wyjść naprzeciw każdego, kto miał inne zdanie niż on, że ten rozbrojony sam odkrywał słabe punkty swego rozumowania i potrzebę uzupełnienia własnej argumentacji argumentami biskupa Wojtyły. I tak jednym z polskich Ojców, który miał wpływ na dokumenty soborowe, był biskup Wojtyła. Dziś można wręcz ustalić, w którym dokumencie soborowym i jakim rozdziale pewne zdania powstały dzięki niemu. Nic też dziwnego, że od chwili poznania go Ojciec Święty Paweł VI liczył się z jego zdaniem. Nie było ważniejszego kościelnego dokumentu, na którego słynnej okładce papierowej w, pokrytej tajemniczymi znakami czynionymi przez kolejne dykasterie, nie znajdowałaby się adnotacja: Mons. Wojtyła, cosa ne pensa? ("co myśli o tym mons. Wojtyła?"). Wiadomo było, że dokument nie otrzyma swej ostatecznej formy, dopóki nie zjawi się mons. Wojtyła i dopóki jego zdanie nie będzie przedstawione Papieżowi. Trudno mi było patrzeć na to bez wzruszenia, gdyż jako jedyny przez długi czas Polak w Kurii boleśnie odczuwałem nie tylko naszą nieobecność, ale i jakiś brak uznania dla tego, czym jest wkład Polski w historię świata i Kościoła. To było wspaniałe, że z Polski, która była "zamkniętą butelką", ten tak ogromnie ceniony człowiek przyjeżdżał tu mimo wszystko.
Mimo wszystko, albowiem w kraju przychodziło mu staczać ciężkie boje, jak choćby po ogłoszeniu słynnego Orędzia do Biskupów Niemieckich. Dawni koledzy z fabryki, podjudzeni, wyrzucali mu w otwartym liście, że tego rodzaju dokument mógł podpisać. W Polsce na wszystkich murach pojawiły się napisy "Nie przebaczymy!". A przecież wierzący wie, że jeśli nie przebaczy, musi zaprzestać odmawiania Modlitwy Pańskiej, albowiem wymawiając jej słowa w takim stanie, wyprasza sam dla siebie przekleństwo. Rozumiał to kard. Kominek, który jako Ślązak zdawał sobie sprawę z ważności utrzymania wspólnoty pomiędzy dwoma wielkimi narodami chrześcijańskimi i z tego, że nie można dopuścić, by wewnątrz Kościoła katolickiego istniało rozdarcie. Rozumiał to Karol Wojtyła, czuł to, bo wiedział, w jaki sposób Ewangelię aplikuje się w świecie.
Inna, niełatwa sprawa. Kard. Wyszyński zdecydował się na Tysiąclecie chrześcijaństwa ofiarować Polskę i Polaków w niewolę miłości Matce Najśw. za wolność Kościoła. Słowo "niewola" ma zawsze dla Polaków nieprzyjemny wydźwięk. Trudno się wiec dziwić, że projekt napotkał na trudności. I dopiero kard. [150]Wojtyła wyjaśnił rzecz biskupom i społeczeństwu tak, jak sam będąc jeszcze robotnikiem nauczył się od błogosławionego wówczas, dziś świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort, jak nauczył mnie, kiedy byłem klerykiem, za co do dziś jestem mu niezmiernie wdzięczny. Czas kończyć te wspomnienia. Chociaż są one fragmentaryczne i niepełne, być może dopomogą czytelnikom "Rycerza Niepokalanej" lepiej rozumieć Ojca Świętego i uczynią go jeszcze bardziej bliskim.
Kardynał Andrzej Maria Deskur
Przewodniczący Papieskiej Akademii Niepokalanego Poczęcia, Watykan

