Młody Rycerz Niepokalanej (11)
Chciałbym zacząć od słów twórcy logoterapii V. Frankla: "...każda epoka ma swoją neurozę...". O ile w czasach Freuda źródłem neuroz zdawała się być frustracja seksualna, a w czasach Adlera kompleks niższości, to w naszych czasach mamy do czynienia z frustracją egzystencjalną, ze społeczeństwem cierpiącym na odczucie pustki egzystencjalnej, tj. utraty sensu życia i działania, niewiary w tradycyjne ideały i wartości. I nie jest to udziałem, jak mogłoby się wydawać, tylko krajów zachodnich (wysoko rozwiniętych), których społeczeństwa cierpią na swego rodzaju przesyt, znudzenie, znużenie nadmierną ilością wszelkiego rodzaju dóbr cywilizacyjnych i kulturowych, lecz także krajów, którym daleko jeszcze do tego stanu.
W Polsce, gdzie nie ma i nie było do tej pory tej zgnilizny, jeszcze w roku 1980 K. Buchała, autor podręcznika dla prawników, pisał: "Narkomania nie jest w naszych warunkach zjawiskiem groźnym" (Prawo karne materialne, Warszawa 1980).
Należałoby zadać sobie pytanie, komu na tym zależało, aby ukrywać rzeczywistość całkiem inną i przerażająco rozwijającą się jak "plaga szarańczy". Obecnie w Polsce ludzie, którzy chcą prawdziwego dobra ojczyzny i społeczeństwa, podejmują coraz to nowe akcje i wysuwają różnego rodzaju programy walki z tą "chorobą", "plagą". Działalność owych ludzi skupiła się przede wszystkim wokół Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii (przew. Zarządu Z. Andrzejewska), MONARU (z Markiem Kotańskim) i wokół Kościoła, który włączył się również w ową akcję ratowania ludzkiego życia.
Na odbywającej się w dniach 28-29 grudnia 1983 r. Ogólnej Konferencji Duszpasterstwa Młodzieży Męskiej w Niepokalanowie ks. Prymas Kardynał Józef Glemp zwrócił szczególną uwagę na problem narkomanii wśród młodzieży. Mówił, że jest to plaga, której należy się z całą stanowczością przeciwstawić. Trzeba wypracować odpowiednio skuteczne środki zapobiegania oraz pomocy i leczenia już uzależnionych. Wypowiedź ta wypłynęła z głębokiej troski Kościoła o młodzież, jak również oznaczała podjętą już akcję wielu księży, którzy poświęcili się owej pracy.
Wniosek nasuwa się tu jeden, a mianowicie, że wyjście z nałogu narkomanii jest działaniem psychoterapeutycznym - może nim być np. oddziaływanie motywacji religijnej. Moc słowa Bożego, potęga modlitwy ludzi modlących się wywołuje więź, co może doprowadzić do tego, że narkoman będzie się mógł oprzeć na Chrystusie i Maryi, a nie na narkotyku. że tak się zdarza, świadczą dzieje nawróceń, zwycięstw nad grzechami i nałogami osiągniętymi w imię szczytnych haseł wiary, nadziei i miłości, bo przecież ludzie leczą, ale uzdrawia tylko jedyny Bóg. Św. Paweł stwierdza, że Ewangelia Jezusa jest mocą Bożą ku zbawieniu każdego człowieka, który wierzy (Rz 1,16).
Narkomana można wyleczyć pod warunkiem, że on sam tego zechce i znajdzie w sobie odpowiednią siłę ducha do oparcia się nałogowi. Skąd ma wziąć tę siłę? Trzeba przywrócić go wspólnocie ludzi, dla których Bóg jest najważniejszym autorytetem, wartością!
Powie ktoś, że jeszcze jedna demagogia, jeszcze jeden chwyt, bo jak to: bez szpitali psychiatrycznych, środków uspokajających, sal z drzwiami bez klamek i z kratami w oknach, jak bez tego wszystkiego można ratować?...
Jednak można, jest to nawet jeden z programów profilaktycznych, który całkowicie nie odrzuca środków farmaceutycznych, lecz łączy je z miłością Chrystusową i mocą Ducha Świętego. Ma on w obecnej sytuacji największe możliwości i szansę realizacji. Na spotkaniu u Prymasa z Zarządem głównym TZN mówiono o podjęciu prób zaangażowania w tę sprawę zakonów, o stworzeniu ośrodka rehabilitacji i resocjalizacji narkomanów pod auspicjami Kościoła. Ks. dr Cekiera w referacie wygłoszonym w Kurii Metropolitalnej w Warszawie oprócz innych konkretnych wniosków i propozycji podaje, że niektóre ośrodki mogłyby być umieszczone przy klasztorach.
Parę słów o ks. dr Picchio, którym interesował się osobiście Jan Paweł II. Metody Don Picchio są powszechnie stosowane w psychiatrii. Nowością w nich było to, że psychologię katolicyzmu, ukształtowaną za zasadach konfesji i medytacji, włączył do leczenia narkomanów. W praktyce jest to szukanie - przez rozmowy, rozważania, wspólne rozmyślania nad źródłami załamań psychicznych, jakie doprowadziły młodego człowieka do narkomanii - innego życia, czyli odnajdywanie jego motywacji i odbudowywanie osobowości.
Dawid Wilkerson przekonuje, że każdy uzależniony musi sobie uświadomić, że znajduje się w nałogu, w wielkiej niewoli, z którą sam sobie nie może poradzić. Trzeba mu w dalszej kolejności uświadomić, że jedynie nagłe zerwanie i odrzucenie narkotyku doprowadzi go do wyzwolenia, gdyż powolne zrywanie jest utopią i oszukiwaniem samego siebie. Trzeba odseparować się od dawnych przyjaciół i otoczenia. Można to osiągnąć wówczas, gdy otworzymy serce przed Bogiem bardziej niż przed psychologiem czy psychiatrą i powierzymy mu swoje problemy, mówiąc do Niego, choćby po tysiąc razy dziennie, w chwilach depresyjnych (głodu narkotycznego), prosząc o modlitwę wstawienniczą do Tego, który wszystko może (duże efekty daje wtedy modlitwa wspólna).
Wszystkie te praktyki w mniejszym lub większym stopniu coraz częściej wykorzystują księża w Polsce. Ks. Andrzej Szpak uważa za podstawę pracy z narkomanami tzw. "bycie w środowisku", czyli indywidualną pracę. Stwierdza, że wielkie programy i wielkie środki nie potrafią objąć każdego człowieka, a rozmiar problemu wynika jedynie stąd, że jest on sumą tysięcy indywidualnych spraw. Na pierwszym miejscu stawia pracę w małych grupach, pomagających samym sobie. Według niego duszpasterstwo musi dojść do drzwi domu, w krąg rodziny jako zwiastun prawdziwej miłości Chrystusowej.
We wspólnocie w Lipniu stawia się na akt nawrócenia - uwierzenia prawdziwie i bezkompromisowo w Boga i potęgi modlitwy. Wielu na tej drodze wyzwoliło się z więzów nałogu. Natomiast ks. Józef Walusiak z Bielska-Białej propaguje pracę indywidualną "...trzeba każdemu poświęcić całe godziny rozmów, płakać z nim, słuchać i nigdy nie powiedzieć: przyjdź jutro, dziś nie mam czasu, bo jutra nigdy nie będzie...".
Z pewnością wszystko to, co starałem się przedstawić, nie wyczerpuje tematu. Każdy musi sam sobie wymodlić i prawdziwie zapytać Chrystusa przez Niepokalaną, co w danej sytuacji ma uczynić. Sprawą nie pozostawiającą żadnych niedomówień jest to, że trzeba tych ludzi, naszych braci i siostry, RATOWAĆ! Traktować ich jak traktował Chrystus, Franciszek. Jak w Ewangelii, gdy jedna ze stu owiec stada zaginie, to zostawić stado i szukać tej jednej. Musimy naśladować Chrystusa.
Jezus Chrystus żył dla innych, angażował się dla grzeszników (Mt 9,13). Syn człowieczy nie przyszedł zatracać dusze, ale je zbawiać (Łk 9,56). Celem Jego przyjścia jest filowanie innych. Czy naszym zadaniem, ludzi, którzy poszli za Nim, jest inny cel niż ratowanie? Maryja prawie w każdym swoim objawieniu wzywa nas do ratowania i modlitwy za grzeszników. Jak my Jej odpowiadamy?
Kończę te refleksję wypowiedzią jednego z tych, którzy "brali": "...Całe życie oszałamiamy swój strach... Im jest on większy, tym mocniejszy używamy oszałamiacz. Wszystko, co robimy, jest kolejną próbą wyjścia z tej «zabawy». Ale działanie oszałamiaczy kończy się wzrastaniem strachu. Oszałamienia zamuleniem, lekarstwami, alkoholem, narkotykami będzie się nasilało z dnia na dzień, z roku na rok i zakończy się dopiero w momencie śmierci. Musimy brać, aby o tym nie myśleć. Musimy umierać, żeby nie bać się śmierci....
Ilu umarło, nikt tego nie policzy. Bo oficjalne statystyki obejmują tylko tych, którzy przedawkowali, u których sekcja wykazała śmiertelne zatrucie. Bywa, że zatruje się przypadkowo, bywa, że jest to «złoty strzał» - przedawkowanie rozmyślne - odejście tych, którzy dłużej nie mogli. Znacznie więcej jest takich, których serce nie wytrzymało już nawet zwykłej dawki. Wtedy sekcja stwierdza śmierć z powodu niewydolności układu krążenia. Więcej jest tych, którzy «naćpani», wpadli pod samochód, wyskoczyli oknem, podcięli sobie żyły lub otworzyli gaz. Wtedy nazywa się to «wypadek». Wielu jest takich, którzy zabijali się w abstynenckiej depresji. To też nazywa się wypadkiem. Sporo jest takich, których organizm po prostu nie wytrzymał braku środku[a] i umarli z abstynencji. Wtedy też jest «niewydolność». Nie wierz w statystyki... Ile ja pamiętam śmierci. Umarł Gruby, już dawno. Podcięła sobie żyły Mila. Przedawkował Czarek, chyba specjalnie. Miał już dość. Wyskoczył oknem Brat. Tych znałem, a słyszałem o wielu innych. Nie słyszałem natomiast o takim, który brał i żył dłużej niż 35 lat. Może zdarza się, ale ja takiego nie znam".

