Wrogowie dziecka

Minęły już te czasy, kiedy to w lutym 1943 r. w mroźną zimę, gestapo w Lubelskim porywało dzieci od matek i pakowało do przewiewnych bydlęcych wagonów, by je wywieźć niby w niewiadomym dla nikogo celu i kierunku. Widziano je w Warszawie na dworcu: część dzieci była zamarznięta w wagonach, a część przymierała z głodu i zimna. Ludność zaalarmowana tragicznym losem dzieci, rzuciła się na ratunek i w pierwszej chwili każdy, kto znalazł się przy nieszczęsnym pociągu, zabierał sieroty do swego domu, nie oglądając się, że u niego mogła być bieda. Ale brutalna ręka żołdaka wkrótce odsunęła Warszawiaków i transport ruszył w nieznane.

W czasie ostatniej wojny kilkaset tysięcy dzieci naszych znalazło się poza domem rodzinnym, na tułaczce, z dala od Ojczyzny. W bolesnych wspomnieniach matek nigdy nie zatrą się rysy ich dzieci, roztrzaskiwanych o bruk uliczny, rozstrzeliwanych przez hitlerowców, mordowanych nożem faszystów ukraińskich, palonych w krematoriach. Wzburza się również najtwardsze serce na myśl o mordzie milionów dzieci żydowskich.

Minęła już straszna i dla dzieci zmora hitlerowska, daj Boże, bezpowrotnie.

Ale czy hitleryzm był jedynym wrogiem polskiego dziecka? O nie! Nawet dziś, kiedy już skończyła się wojna, kiedy wszystko powraca do normy, dziecko w dalszym ciągu ma wrogów nawet wśród tych, od których stuprocentowe wsparcie mu się należy i to od chwili zawiązującego się życia.

Dopiero poczyna kiełkować życie dziecka, jeszcze jego serduszko maleńkie jak pestka wiśni tętni tętnem swej rodzicielki, a już czyha nań wróg. Zasadza się na nie matka-poronicielka, mord czyni lekarz, w tym wypadku szatański doradca i wykonawca, akuszerka zwyrodniała, farmaceuta zdeprawowany. Wszyscy oni usiłują zniszczyć życie w zarodku. Matka targa się na budzące się życie, bo się "boi" ciężarów matki, bo mówi sobie - dziś są ciężkie czasy, bo uroiła sobie i lekarz jej mówił, że to życie jej życiu zagraża itp. Lekarz, akuszerka, farmaceuta, kierują się "dobrocią" "humanitaryzmem" względem matki a nade wszystko korzyścią własnej kieszeni. Taka matka i jej sprzymierzeńcy w zbrodniczym czynie popełniają zabójstwo, mordując niewinną, bezbronną istotę, Używają gwałtu, przemocy, prawa pięści, zupełnie tak samo jak niedawno czyniło gestapo, Matka i jej sprzymierzeńcy w potocznym rozumowaniu swoim uważają za zbrodniarza każdego, kto odbiera życie drugiemu człowiekowi. I słusznie! Lecz gdyby ktoś zabił taką matkę, takiego lekarza, akuszerkę czy szatańskiego farmaceutę, mniejszą miałby winę niż oni co niszczą życie w zarodku, co sprawiają, że "dom nasz wyludnia się, staje się pustym".


Rycerz Niepokalanej 1/1946, grafiki do artykułu: Wrogowie dziecka, s. 12-13

Opisy zdjęć powyżej:
[z lewej] Gestapowiec roztrzaskuje niemowlę o bruk uliczny
[w środku] Gdy dziecko nie ma należnej opieki...
[z prawej] Propagandowy znaczek z tygodnia "Pomocy Dziecku"


Człowiek zaledwie poczęty ma takie samo prawo do życia jak każdy normalny, dorosły, obywatel. Owszem jako niewinny ma większe prawo do życia niż niesprawiedliwi napastnicy czyhający na życie zarodka. A jeśli w tym wypadku dziecko pada zawsze ofiarą we walce, to tylko dlatego, że jest bezsilne, bezbronne i zdane na łaskę i niełaskę zbrodniarzy, A tamci są uzbrojeni w złośliwość, perfidię, w siłę, chemikalia i różne narzędzia. Tu właśnie przemoc gwałci prawo do życia. Władze państwowe mogą i powinny ukrócić szkodników społecznych tego rodzaju.

Wrogiem dziecka są rodzice, którzy się rozwodzą, i ci, co im to ułatwiają. Bez serca matki, bez karcącej ręki ojcowskiej, nie zazna dziecko szczęścia, nie wyrośnie na dobrego Polaka.

Dalszym wrogiem dziecka, to brak opieki nad opuszczonymi dziećmi. W obecnych Niemczech powstała akcja opieki nad dzieckiem, zakrojona na szeroką skalę, pod nazwą "Rettet die Kinder", która ma na celu przyjście z pomocą wszystkim dzieciom niemieckim, by żadne z nich nie było głodne, by każde było ciepło ubrane i uśmiechnięte, A u nas? U nas Opieka Społeczna, "Caritas" oraz liczne zgromadzenia zakonne już bardzo dużo robią dla dzieci[1]. Ale do rozciągnięcia opieki nad wszystkimi dziećmi zabiedzonymi, zagrożonymi gruźlicą, opuszczonymi, daleko jeszcze a sprawa jest paląca i niecierpiąca zwłoki.

Dowiadujemy się, że w Kieleckim 35 tysięcy dzieci żyje w skrajnej nędzy, że to samo spotyka się tam, gdzie front zniszczył okolice; że w wielu szkołach nie ma szyb w oknach a dzieci muszą uczyć się po ciasnych chałupach, że wiele przytułków dla dzieci nie ma najprymitywniejszego zaopatrzenia, że dzieci jadą wśród mrozów ze Wschodu w nieopalanych wagonach i czekają po kilkanaście godzin na stacjach węzłowych. Konwojentka transportu dzieci lwowskich tak pisze po przyjeździe na Pomorze: "Początki mamy dość trudne. Dzieci gołe, bose, nie mamy na czym położyć prócz papierowych sienników. Po podróży mamy nędzę i brak pożywienia, niemowlęta zamierają. W ogóle dzieci chorują. Nie tracimy jednak nadziei, spodziewamy się, że będzie lepiej".

Dowiadujemy się, że w tym samym czasie powstają po miastach niezliczone lokale rozrywkowe; mają one i szkło do okien i opał bez ograniczenia i moc ubrań na odmianę. Dzieci mogą nie mieć, bo one są słabe, nie mają głosu ani pleców ani żadnego wpływu na polepszenie swego losu.

Od 2, do 9, grudnia urządzono tydzień dziecka pod hasłem: "Wszyscy na pomoc dziecku". Hasło to powinno przeniknąć wszystkie warstwy społeczne i nie na tydzień tylko, ale na zawsze powinno znaleźć oddźwięk miłosierdzia w najzawilszych zakamarkach wszystkich serc. A szczególnie, rodziców, lekarzy, przedstawicieli władzy i każdego kto tylko może pieniądzem lub pracą pośpieszyć dzieciom z pomocą.

W dziecku nasza przyszłość! W dziecku nasza siła!


[1] W Słupsku Gd. za inicjatywą ks. [Jana] Ziei powstał "Dom Matki i Dziecka", gdzie przyjmują kobiety spodziewające się dziecka a zostające w trudnej sytuacji życiowej, dlatego kuszone do zabicia w sobie poczętego płodu.