Rycerz Niepokalanej (2)
Nie wiedziałam, co to znaczy wierzyć. Byłam po prostu przez pewien czas ateistką, bo tak było mi łatwiej. Po wielu niepowodzeniach, po rezygnacji ze szkoły średniej w mieście rodzinnym Lęborku, wyjechałam do Trójmiasta.
Naukę rozpoczęłam w technikum, a domem stał się dla mnie internat. Moje życie było bardzo szare, więc postanowiłam rozjaśnić je sobie. Zaczęłam szukać odpowiedniego towarzystwa. W Trójmieście nie jest to zbyt trudne. Wkrótce znalazłam wymarzoną "paczkę". Zaczęłam wieść życie typowe dla młodzieży naszych czasów. Często powtarzałam, że świat jest różowy, bo mam przyjaciół, mogę uczestniczyć w wesołych imprezach, gdzie leje się alkohol, a to było dla nas najważniejsze, przecież żyje się tylko raz, więc trzeba się wyszumieć. Szalałam 3 lata i było mi z tym dobrze. Skończywszy szkołę, powróciłam do domu. I tu, aby nie być samą, znalazłam doborowe towarzystwo, co też nie przyszło mi trudno. Wszystko wróciło do normy, a nawet jeszcze lepiej niż do normy, bo teraz miałam większe możliwości: zaczęłam pracować i miałam własne pieniądze, które w bardzo "umiejętny" sposób wspólnie traciliśmy.
Pewnego listopadowego wieczoru poznałam przypadkowo w lęborskiej "karczmie" młodych ludzi należących, jak się później okazało, do ruchu oazowego. Po spędzeniu miłego wieczoru rozeszliśmy się. Myślałam, że więcej się nie spotkamy. Ale stało się inaczej. W mojej duszy zaszły pewne zmiany; obudziła się chęć dalszego spotykania się z nimi. Spotkania przebiegały w atmosferze ciągłych dyskusji, czasem wręcz kłótni na temat Boga i religii. Usilnie broniłam zdania, że Bóg nie jest dla wszystkich i że wierzyć trzeba tylko nauce.
Pewnego razu zaproszono mnie na spotkanie modlitewne do domu jednej z nowych koleżanek. W modlitwie udziału nie brałam, byłam raczej ciekawym obserwatorem tego, co się wokoło działo. Później Bóg sprawił, że poproszono mnie o wzięcie udziału w rekolekcjach w Wejherowie. W dniu wyznaczonym przyszłam na dworzec i wsiadłam do pociągu z zamiarem opuszczenia go przed odjazdem. Moja duma osobista nie pozwalała mi wysiadać na oczach całej grupy. Chciałam wyjść innymi drzwiami. Przeszłam do innego wagonu, szarpnęłam drzwi, ale te nie otwarły się; były zatrzaśnięte. W tym czasie pociąg ruszył i tak wbrew chęci pojechałam. Pod wpływem rekolekcji zaczęłam się po raz pierwszy głębiej zastanawiać nad sensem wiary. W dalszym jednak ciągu nie byłam przekonana do oaz i zachowywałam się jako obserwator. Z czasem w mojej świadomości zaczęło wzrastać przekonanie o istnieniu Boga, o Jego potędze i skuteczności modlitwy. Umocnił mnie w tym drobny szczegół. W grudniu 1982 r. wróciłam do domu ze spotkania oazowgo. Tu zastałam wszystkich zaangażowanych w rozrywkowej zabawie. Przed odejściem do domu obiecałam wspólnocie oazowej, że o godz. 22 złączę się z nimi duchowo we wspólnej modlitwie. Warunki zastane w domu nie {48} sprzyjały wykonaniu przyrzeczenia. O godz. 21.45: zawołałam w głębi duszy: "Boże, jeżeli jesteś, jeżeli jestem Ci bliska, zrób coś, abym mogła modlić się razem ze wszystkimi! Bardzo o to proszę!". Tuż przed godz. 22 goście moich rodziców opuścili nasze mieszkanie, mimo iż nie było późno i stół nie był pusty. Uklękłam, by się modlić. Modlitwę przerwał mi ojciec. On, który był dla mnie uosobieniem siły, twardości, mocy, wytrwałości, zaczął prowadzić ze mną rozmowę na temat sensu życia i zaczął też inaczej patrzeć na swoje dotychczasowe postępowanie.
A ja, wstrętna egoistka, samolub dostrzegający tylko siebie, w owym dziwnym dniu, udałam się do mamy, aby w skrusze i pokorze przeprosić ją za to, że tak często nie potrafiłam jej okazać dobroci i miłości. Potem powróciłam do pokoju, uklękłam do modlitwy i zalałam się gorącymi łzami radości, że stałam się innym człowiekiem. Zrozumiałam wtedy, że Bóg istnieje, a ja jestem Jego dzieckiem, które On kocha i zabiega o jego miłość.
Pozostały jeszcze różne pokusy i alkohol. Należało się z tym rozprawić, życie zmienić, poprawić, a to nie było łatwe.
Zwrotnym momentem w tych zmaganiach było podpisanie Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Kilkakrotnie brałam deklarację do ręki, kilka razy porwałam ją, aż któregoś dnia podpisałam na jeden rok. Na jeden rok wyzwoliłam się od alkoholu.
Podczas wakacji członkowie Ruchu wyjeżdżają na rekolekcje oazowe. Bardzo chciałam wziąć w nich udział, jednak nie mogłam dostać urlopu, gdyż pracowałam dopiero pół roku. Postanowiłam jednak spróbować; napisałam podanie, nie licząc zbytnio na pozytywną odpowiedź. Pięć dni przed rozpoczęciem turnusu otrzymałam wiadomość: Mam 15 dni urlopu, mogę jechać.
Bóg ukazał mi prawdziwych przyjaciół i wyznaczył drogę, po której mam kroczyć. Z drogi tej, mimo trudności, nie chcę zrezygnować.
Życie, które dał mi Bóg, jest obecnie pełne harmonii, pokoju, a przede wszystkim nabrało głębokiego sensu.
Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie
Św. Augustyn [s. 48]

