Widział Boga w stworzeniach...

Święty Franciszek z Asyżu - dziś

(c. d.)

Jest rzeczą znaną, że Franciszek rozważał projekt spotkania z cesarzem, by nakłonić go, z okazji Bożego Narodzenia, do ogłoszenia dekretu, któryby zobowiązywał ludzi zamożnych do hojniejszych ofiar na rzecz ubogich, a zarządców zasobami zboża do rozsypywania ziarna ptaszkom, aby także i one mogły uczestniczyć we wspólnej radości, i właścicieli trzody chlewnej do przeznaczenia podwójnej porcji paszy dla osłów i wołów, których pobratymcy otaczali żłóbek Dzieciątka Jezus w Betlejemie (por. Zbiór asyski, nr 14).

Wreszcie ileż interwencji podjął w interesie swoich ukochanych "braci" i "sióstr", by zabezpieczyć im pożywienie, przywrócić wolność lub uchronić przed, tragicznym przeznaczeniem! Nie dyskryminował przy tym żadnej istoty, nawet tak odrażającej jak glista. Pamiętając o tym, co mówił o Mesjaszu psalmista: "Ja jestem robak, a nie człowiek" (Ps 22, 7), otaczał "wielką miłością" również dżdżownice. Gdy przypadkowo napotkał je na drodze, zbierał i przenosił na inne miejsce, w którym mogłyby pełzać bez narażania swego życia na niebezpieczeństwo (Życiorys pierwszy, nr 80).

Skąd u Franciszka tak "wielka miłość" do tych drobnych stworzeń, powszechnie uznawanych za odrażające i nędzne? Według badaczy franciszkańskich Święty spotykał się z Chrystusem ukrzyżowanym także i w cierpieniach zwierząt oraz w istotach zniekształconych i szpetnych. Dzięki temu potrafił uczestniczyć "w cierpieniach Odkupiciela, który w swoim sercu niósł cierpienie świata" (O. Schucki).

Podobnie i pszczoły, wzbudzające podziw techniką przy zbieraniu i gromadzeniu surowców pokarmowych, subtelnością instynktu i zdolnością orientacji, były przedmiotem troski Franciszka, który dostrzegał w nich odblask geniuszu Bożego. Wydawał zatem polecenia, aby w zimie dostarczano im miodu lub najlepszego wina, ubezpieczając je przed śmiercią z zimna lub głodu (Życiorys drugi, nr 165).

Dzięki interwencji Franciszka wolność, a może i życie, odzyskały pewne turkawki. Podczas pobytu w Sienie spotkał chłopca, który udawał się na rynek z tymi ptakami. Święty, widząc w nich biblijny symbol czystych i pokornych dusz, zaapelował do wrodzonej hojności młodzieńczego serca. Chłopiec bez cienia żalu turkawki ofiarował Franciszkowi, a ten swemu ofiarodawcy przepowiedział, że wstąpi do zakonu i będzie wiernie służył Chrystusowi. Turkawkom natomiast pobudował gniazda, gdzie spokojnie się rozmnażały i "okazywały wdzięczność swemu dobroczyńcy, i nie odlatywały nigdy, póki im Franciszek błogosławieństwem odlecieć nie pozwolił" (Kwiatki, s. 99-100).

Szczególnym jednak uczuciem płonął Święty do skowronków, bowiem dostrzegał w nich coś z idealnego zakonnika: "Brat skowronek ma taki kaptur jak zakonnicy. Jest również ptaszkiem pokornym, który chętnie lata po drodze, aby znaleźć sobie jakieś ziarenko, a chociaż je znajdzie w nawozie zwierzęcym, to wydziobuje je i zjada. Fruwając chwali Pana, jak dobrzy zakonnicy nie przywiązujący się do wartości ziemskich. Ich bowiem obcowanie jest w niebie. Oprócz tego jego odzienie, tj. jego piórka, są podobne do ziemi i dające przykład zakonnikowi, że nie powinien ubierać się w szaty barwne i miękkie, ale szare, na podobieństwo ziemi" (Zbiór asyski, nr 14).

Czułości franciszkańskiego serca doświadczają także niemi mieszkańcy wód otwartych i stojących. Pewien rybak z Rieti ofiarował mu lina, którego złowił w lagunie. Lin wił się jak piskorz wyrwany ze swego naturalnego środowiska, tak że Święty, zdjęty litością, wrzucił go ponownie do wody i - o dziwo! - ujrzał serię skoków, akrobatycznych zanurzeń i cudnych zręcznych manewrów pod powierzchnią wody, wykonanych właśnie przez tę rybę, jakby upojoną odzyskaną wolnością i na znak wdzięczności. I dopiero po błogosławieństwie-zezwoleniu swego wybawcy - jak zawsze w podobnych przypadkach - wypłynęła na pełną wodę (por. Życiorys pierwszy, nr 61).

Wzrusza nas do żywego epizod z zajączkiem, który został schwytany w sidła w pobliżu pustelni w Greccio. "Święty mąż, ujrzawszy go, wzruszył się litością: «Bracie zajączku, chodź do mnie. Dlaczego dałeś się pochwycić?» Puszczony przez brata, który go trzymał, zaraz uciekł do Świętego i przez nikogo nie przymuszony umieścił się na jego kolanach, jak na najbardziej bezpiecznym miejscu. Kiedy tam [244] nieco odpoczął, święty ojciec, głaszcząc go z matczyną czułością, puścił go, żeby wolny wrócił do gaju. On jednak, wiele razy zestawiany na ziemię, z powrotem uciekał na kolana Świętego, który wobec tego polecił braciom odnieść go do pobliskiego lasu" (Życiorys pierwszy, nr 60).

W całej hagiografii chrześcijańskiej Franciszkowe rozrzewnienie na widok owieczek i baranków jest wyjątkowe. Te wełniste zwierzęta wprowadzały go w ewangeliczny świat Jezusa, przypominały pokorę i łagodność Pana, a nade wszystko zawierały alegoryczne podobieństwo do Baranka Bożego. Pewnego dnia na drodze do Osimo natknął się na stado kóz i kozłów, wśród których była jedna owca spokojnie skubiąca trawę. Na jej widok Franciszek spontanicznie pomyślał o pokornym i cichym Jezusie w otoczeniu swoich rodaków, ludzi często obłudnych, nieufnych, więcej: otwarcie wrogich i agresywnych. Dzięki jałmużnie pewnego kupca, który akurat tamtędy przejeżdżał, wykupił owcę, aby ustrzec ją przed ewentualnymi prześladowaniami ze strony kozłów. Następnie powierzył ją mniszkom w klasztorze Św. Seweryna, które z jej wełny utkały mu tunikę (por. Życiorys pierwszy, nr 77-78).

Innym razem wykupił dwa baranki przeznaczone na rzeź. Ich bek tak rozczulił Franciszka, iż zaczął je głaskać, "jak to czyni matka wobec płaczącego syna", i przekonywać niemiłosiernego właściciela, by oddał mu te biedne stworzenia w zamian za nowy płaszcz. Pan chętnie przystał na taką transakcję, gdyż płaszcz przewyższał wartością kupiecką jego żywy towar. Wówczas Franciszek za radą swego towarzysza powierzył baranki temu samemu mężczyźnie, nakazując mu, aby ich nigdy nie sprzedawał, nic im złego nie czynił, ale karmił je i dbał o nie z miłością (por. tamże, nr 79).

Skoro Franciszek uznawał się za oddanego przyjaciela stworzeń nierozumnych, lepiej: za najczulszego brata, to na uwagę zasługują jeszcze inne wydarzenia z jego życia, aczkolwiek nie wszystkie dają się udokumentować historycznie: serdeczne powitanie ptaszków na Alwerni ofiarowanej mu przez Orlanda Cattaniego, hrabiego z Chiusi; żałobne korowody jaskółek nad, celką umierającego Franciszka w Porcjunkuli: subordynacja osła, który przeszkadzał ludziom słuchającym kaznodziei; posłuszeństwo żab, które swym skrzeczeniem zakłócały kazanie; karność jaskółek, które szczebiotały w podobnej sytuacji; zatrzymanie wystraszonego jelenia, który w końcu zasmakował w pieszczotach Świętego; kategoryczna odmowa bażanta, by odłączył się od Franciszka; troskliwość i subtelność sokoła, "tego świętego wigilansa", który swym głosem budził Świętego na jutrznię w stosownym czasie.

Nie chcemy przez to, broń Boże, powiedzieć, że jego zachwyt i sympatia do stworzeń czyniły go niezdolnym do obiektywnego myślenia i bezkrytycznego akceptowania lub spontanicznego utrzymywania, choćby w fałdach i szwach swego habitu, normalnie używanego także jako nakrycie podczas snu, takich pasożytów, jak wesz czy pchła. Poważniejszym problemem jest natomiast pewien brak konsekwencji, spoistości między proklamowanym wszędzie braterstwem Franciszka ze stworzeniami a jego ochotą, sporadyczną wprawdzie, na coś smacznego, a wówczas życie tracili właśnie oni, ci tzw. ukochani "bracia": ptaszki, rybki... To prawda, w wyjątkowych przypadkach, np. w czasie choroby Franciszka lub jego współtowarzyszy, w jadłospisie były dania z ryby i mięsa. Prawdą jest i to, że co roku Franciszek ofiarowywał benedyktynom na górze Subasio, tytułem wdzięczności za bezpłatnie otrzymaną Porcjunkulę, symboliczny kosz rybek do konsumpcji. Trzeba przyznać również, że jego bracia, chroniąc się przed zimnem, nie stronili od skór zwierzęcych. Na usprawiedliwienie można przytoczyć przede wszystkim to, że i dla świętych nie wygasa prawo ogólne: "Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce". Dalej, nie można im odmawiać, pod pozorem lub pretekstem humanizmu, prawa panowania i korzystania ze stworzeń niższych, przyznanego przez Stwórcę wszystkim bez wyjątku ludziom (zob. Rdz 1,26). Uniewinniając zatem Franciszka od insynuacji lub podejrzenia o czysto platoniczny i romantyczny humanizm i o egoistyczne podejście do zwierząt, trzeba stwierdzić, że jego wizja powszechnego braterstwa między wszystkimi stworzeniami, z którymi familijnie rozmawiał i chwalił z nimi "najwyższego, wszechmogącego i dobrego Pana", jest realistyczna i wciąż aktualna. Franciszek jest bowiem jednym z nielicznych którzy najlepiej uchwycili orędzie stworzenia i stworzeń, odczytali ich mistyczną symbolikę, odebrali i przekazali ich mowę, głosili i bronili ich praw. Nic więc dziwnego, że dnia 29 listopada 1979 roku papież Jan Paweł II ogłosił św. Franciszka z Asyżu patronem ekologii.

Jako katolicy dążymy do pokonywania zła dobrem i ocalania dobra przed ziem, a dobrem jest także przyroda, którą winniśmy ocalić dla tych, co przyjdą ocalić czystą wodę, zdrowe powietrze, dziki las, zwierzęta i ptaki.