Znam całą litanię ludzi niewierzących, wierzących-niepraktykujących i wierzących tylko z tradycji. Co gorsza, ta litania wciąż się powiększa. Więc modlę się do dobrego Boga, by w swoim miłosierdziu zmiłował się nad tymi ludźmi i dał im łaskę głębokiej wiary.
Problem wiary - niewiary jest mi bardzo bliski. Sama przed laty przeżyłam kryzys, a jedną z przyczyn byli właśnie niewierzący. Gdy pewnego wieczoru napotkałam człowieka mocno odurzonego alkoholem, pomyślałam sobie Kim jest dla ciebie Bóg? Co On znaczy w twoim życiu? Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, że wielu ludzi nie wierzy w Boga, a jeśli nawet wierzy, to zapomina o Nim w życiu codziennym. Czy to możliwe, żeby Boga w ogóle nie było? Jak wygląda świat, gdy się przyjmie, że nie ma Boga? Szybko się przekonałam, że - wygląda on okropnie. To, co przeżyłam, było jednym wielkim koszmarem. Zwątpiłam w istnienie Boga i w rezultacie wszystko przestało mieć dla mnie sens. Od razu pojawił się też problem śmierci: skoro Boga nie ma życie kończy się w chwili śmierci. Uświadomienie sobie, że po prostu mnie nie będzie, napawało mnie paraliżującym strachu. Żyłam jakby obok świata, obok rzeczywistości, która mnie otaczała. W moich oczach wszystko straciło wartość. Po co się uczyć, skoro z chwilą śmierci wszystko się kończy? Po co mi to, skoro po śmierci nie ma nic? Przez cały ten okres nie porzuciłam praktyk religijnych i w zasadzie bardzo pragnęłam znów wierzyć. Mogę się założyć, że nikt mojego stanu nie zauważył. Zresztą jako animatorka ruchu oazowego co tydzień - o ironio! - mówiłam na spotkaniu ludziom o wierze, o konieczności naśladowania Chrystusa. Nie ustawałam jednak się modlić: "Jeśli jesteś, Boże, pomóż mi wierzyć!"
Teraz znów jestem wierząca, z wyboru, z przekonania, choć borykam się z wielu wątpliwościami. Od czasu mojego kryzysu ludzie niewierzący stali się mi szczególnie bliscy. Bardzo często rozmawiam z nimi na temat wiary. Jakoś nie umiem o tym nie mówić. Gorąco chciałabym im pomóc, gdyż widzę, jak bardzo są oni biedni, jak wiele spraw mogliby rozwiązać, ile zyskaliby spokoju i radości, przełamując wewnętrzne zahamowania... Zyskaliby przede wszystkim Ojca - nieskończoną Miłość, najlepszego Przyjaciela Nie próbuję ich [107]jednak nawracać wbrew ich woli. To może uczynić tylko Pan. Jeżeli On zechce wybrać mnie sobie _za narzędzie, będę dumna:
Często się zastanawiam nad przyczynami niewiary ludzkiej i nad formą pomocy ludziom niewierzącym. W ostatnio przeczytanej książce pt. Wiara - niewiara ks. J. Pałygi znalazłam - kilka wskazówek metodycznych, które - jak sądzę - będę mogła wykorzystać w przyszłości. Najbardziej odpowiada mi wizja tworzenia pewnego rodzaju wspólnot niewierzących, wątpiących itp. Można w nich wspólnie szukać Boga, a ci, którzy Go odnaleźli, mają okazję podzielić się swoim bogactwem z tymi, którzy są jeszcze w drodze. Oto jedna z notatek, jaką zrobiłam w czasie czytania tej interesującej książki:
"Bóg dla tych ludzi nigdy w zasadzie nie był kimś w pełni realnym. Wierzyli, że jest, lecz traktowali Go jako, rzeczywistość nie swoją, a więc obcą, nie zaakceptowaną.
Nigdy Go nie przyjęli, nie odkrywali w sobie, nie pokochali, nie był nigdy im bliski i drogi. Nie poznawali Jego, - ale «ideologię». Stąd nie poznany Bóg, nienamacalny, nie doświadczony osobiście, nie przeżyty stał się rzeczywistym mitem. Ludzie, którzy odrzucili Boga, nigdy Go nie przyjęli jako swojego Boga. Ich poznanie stanęło na etapie nakazów i zakazów, które mają być przecież pomocą w realizowaniu swojej osobowości, swojej świętości, a nie ograniczeniem wolności przez «okrutnego, mściwego Boga». Bóg nigdy nie jest przeszkodą, ale zawsze pomocą. Jest przecież Miłością i pragnie naszego szczęścia. Chce żebyśmy byli do Niego podobni, a więc żebyśmy byli Bogami. Chce dać nam «raj», ale oni o tym nie wiedzą, i oni Go nie znają, oni nie chcą Jego «raju». Jednocześnie tak bardzo chcieliby być szczęśliwi, i wolni".

