W promieniach matczynej dobroci

Szczere nabożeństwo do Matki Bożej wyzwala w duszach złoża dodatniej energii. Człowiek kochający prawdziwie Najświętszą Pannę staje się szlachetniejszy, bardziej uprzejmy, wspaniałomyślniejszy wobec każdego człowieka. Niskie jego instynkty szlachetnieją, ulegają - jak to się mówi - sublimacji. Stąd już tylko jeden krok, aby stać się bratem dla każdego bliźniego.

Człowiek to takie dziwne stworzenie, w którego duszy zawiera się wiele różnych, często sprzecznych, napięć. Drzemią w nim dzikie instynkty, niskie popędy, zwierzęce odruchy, okrutne i nieokiełznane, czasem potworne siły. Ale obok tych czarnych i obrzydliwych mocy znajdują się w każdej duszy ludzkiej również piękne porywy, szlachetne pragnienia, wzniosłe dążenia, głód prawdy i dobra, wola służenia i poświęcania się dla słabych, biednych i nieszczęśliwych. Wszystko to tkwi w naturze człowieka, w jego [59]podświadomości, w najgłębszych pokładach duszy i czeka, by wydostać się w odpowiednich okolicznościach. Nigdy nie wykorzenimy całkowicie ani tych złych, ani dobrych skłonności. Najświętszy człowiek zachowuje skłonności do grzechu, a największy zbrodniarz nosi w sobie zarodki świętości.

O straszliwej pamięci Rudolfie Hössie, komendancie obozu zagłady w Oświęcimiu opowiadają, że: "Raz dwoje małych dzieci tak pogrążyło się w zabawie przed bunkrem gazowym, że nawet matka nie mogła ich oderwać od niej. Czas na zagazowanie naglił. Matka, przeczuwając co czeka jej dzieci, spojrzała błagalnie na Hössa. Zrobiła się przejmująca cisza. SS-mani czekali, czy odezwie się chociaż raz ludzki odruch u ich przełożonego? Tymczasem Höss władczym ruchem ręki skinął na podoficera służbowego, a ten wziął opierające się dzieci na ręce i zaniósł do komory wśród rozdzierającego płaczu matki idącej za nimi". Niestety, oczekiwany ludzki odruch nie nastąpił. Odczłowieczająca tresura zaszła zbyt głęboko i nie zaistniały jeszcze sprzyjające okoliczności. A jednak i u tego człowieka istniały zalążki lepszych pragnień. W dzieciństwie wielokrotnie powtarzał rodzicom: "Tatusiu, będę misjonarzem". A gdy czyta się jego ostatnie listy do rodziny, nie chce się wierzyć, że te słowa wyszły spod pióra jednego z największych zbrodniarzy świata. Po głębokim przemyśleniu swego życia szczerze potępił je jako niegodne, złe i zbrodnicze. Nie liczył na darowanie mu życia, nie chciał nawet prosić o łaskę, bo uważał, że po tym, co uczynił, żyć nie powinien. Ale o sobie samym tak napisał: "Niech opinia publiczna nadal widzi we mnie krwiożerczą bestię, okrutnego sadystę, mordercę milionów. Inaczej bowiem szerokie rzesze nie mogą sobie nawet wyobrazić komendanta Oświęcimia. Nigdy tego nie zrozumieją, że on także miał serce, że nie był zły". Tutaj Höss miał rację. On nie był zły, lub mówiąc inaczej, był zły w takim samym stopniu jak my. Mógł zostać nawet świętym, ale stał się największym zbrodniarzem. Za to, co się stało, najwięcej odpowiedzialności ponosi on sam, ale część winy ponoszą również jego wychowawcy i całe otoczenie. Błędy wychowawcze, specjalna tresura nazistowska sparaliżowały na długi czas jego wrażliwość na dobro. Sparaliżowały tylko, bo zupełnie nie zabiły. Dlatego gdy zaistniały odpowiednie okoliczności, odezwała się ponownie ta lepsza część jego psychiki. Na te sprzyjające okoliczności złożyło się wiele czynników, ale wskażmy tu na jeden moment. W tym celu odwołajmy się do samego Hössa. "Sumienie zmusza mnie - pisze on - do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkich zbrodni dopuściłem się przeciwko ludzkości. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu realizowałem część straszliwych, ludobójczych planów «Trzeciej Rzeszy». W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienie. Za odpowiedzialność moją płacę swoim życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, [60]traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie do głębi zawstydziło". "Nigdy nie zdecydowałbym się na to wynurzenie - kontynuował Höss na to obnażanie mojego najskrytszego ja, gdyby nie to, że spotkałem się tu z ludzkim stosunkiem, ze zrozumieniem, które mnie zupełnie rozbroiły, których przenigdy nie miałem prawa się spodziewać. To ludzkie zrozumienie wkłada na mnie obowiązek dołożenia wszelkich starań, aby w miarę możności oświetlić nie wyjaśnione okoliczności".

W świetle tych wypowiedzi wolno przypuszczać, że gdyby Höss wcześniej spotkał się z prawdziwym dobrem, inaczej zapewne potoczyłyby się dzieje jego własne i milionów ludzi, których on zgładził.

Wielkiej więc wagi jest sprawa, abyśmy. się wszyscy starali rozbudzać w sobie i u innych te ukryte w duszach złoża dobra. Żadne dobro spełnione nie pozostaje bez śladu, lecz powoduje właściwe dla siebie skutki. Ktoś porównał je do fal wywołanych na powierzchni wody rzuconym kamieniem. Kamień dawno już spoczywa na dnie, ale na powierzchni rozchodzą się kręgi coraz szerzej i szerzej.

Najmocniej na ludzkie serce działa dobroć matki. Dobra matka wywiera na duszę dziecka cudowny wpływ. Jeśli nasze matki naturalne przejawiają tyle dobroci, to o ileż więcej przejawia jej Matka, którą przygotował Bóg swemu Synowi Jezusowi Chrystusowi. Zbawiciel umierając na krzyżu oddał swoją Matkę nam. Z woli Chrystusa więc Maryja jest Matką naszą, Matką naszą najlepszą. Ale nie wszyscy Ją znają. Jedni nigdy jeszcze o Niej nie słyszeli, inni już zapomnieli, jeszcze inni znają Ją za mało. Wszystkim więc trzeba mówić i przypominać, że mają Matkę, która ich kocha, o nich się troszczy, pragnie im pomóc w osiągnięciu wiecznego zbawienia. Czy potrafimy sobie wyobrazić, ile uniknęlibyśmy cierpień, zła, bólu, smutków, gdybyśmy wszyscy poznali należycie Niepokalaną i starali się Jej służyć podobnie jak bł. Maksymilian Kolbe? Czy Höss zostałby stracony jako zbrodniarz, gdyby go wychowano w duchu głębokiej czci dla Matki Bożej? Ojciec raz zawiózł do Lourdes przyszłego komendanta Oświęcimia, aby tam prosić o opiekę Niepokalanej nad nim. I wtedy ojciec, stary żołnierz, zapłakał tam przed grotą. N a pytanie zaskoczonego tym syna, dlaczego płacze, odrzekł: "Kochany synku, taki dziwny niepokój ogarnął moje serce o ciebie. Nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Błagam Matkę Bożą, abyś został szlachetnym człowiekiem". Nieszczęsny ojciec! Otrzymał znak, że jego syn jest w niebezpieczeństwie. Zrozumiał znak. Modlił się za syna. Był to krok we właściwym kierunku. Nie czyniąc zarzutu ojcu, ubolewać trzeba, że młodego Hössa nie stawiano częściej przed obliczem Matki Bożej, tego Tronu Łaski. Przyszłość wykazała, że modlitwa ojca, zaniesiona wtedy do Niepokalanej, była owocna. Rudolf nawrócił się przed śmiercią i wyspowiadał szczerze. Ale to jest równocześnie znakiem, że można było uprosić więcej. Fatalizmu przecież nie ma. Höss nie musiał zostać zbrodniarzem. On mógł stać się najuczciwszym człowiekiem. Łaska dla niego była. Bóg był skłonny jej udzielić. Ale o nią trzeba było prosić w myśl nauki Pana Jezusa: "Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam". "A kto posiada wiarę i powie górze: «Podnieś się i rzuć się w morze!», a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie".

Błogosławiony to trud, gdy staramy się prowadzić ludzi do Niepokalanej. Im więcej doprowadzimy ludzi do Niej, im więcej odda się na Jej bezwarunkową służbę, tym mniej będzie na świecie zła, a więcej dobra, miłości wzajemnej i szczęścia. Warto więc wszystko czynić, aby dowiedzieli się o Niepokalanej ci, którzy Jej jeszcze nie znają, więcej usłyszeli, którzy już Ją znają, przybliżyli się do swej Matki ci, którzy Jej służą. A najgoręcej należy polecać Niepokalanej tych, którzy, może podobnie jak młody Höss, zagrożeni są szczególniej przez zło. Tych trzeba polecać specjalnie, aby dusze ich ogrzały się w promieniach miłości naszej najlepszej Matki, by zło drzemiące w ich sercach zamarło, a co dobre i piękne rozwinęło się i wspaniale rozkwitło.