Druga Piesza Praska Pielgrzymka Rodzin na Jasną Górę
Moje uczestnictwo w tej właśnie pielgrzymce, której idea zrodziła się w środowisku Kościelnej Służby Porządkowej, skupionej przy parafii w Ząbkach, pod czujną i przyjazną opieką tamtejszego proboszcza, ks. kanonika Tadeusza Karolaka, było nieoczekiwane dla mnie samej. Przywykłam do akademickich "siedemnastek", tamtych braci i sióstr, tamtej trasy. Nad przyzwyczajeniem wzięło górę zainteresowanie grupą ludzi, o których mi mówiono, że są świetnie zorganizowani, idą "niewychodzonym" nowym szlakiem, są ciekawi jako zespól. Niebłahą rolę w wyborze odegrała stosunkowo niewielka liczba osób - było nas zaledwie 750, no i ta właśnie nowa trasa, a więc mijanie wsi, osiedli i miasteczek, których mieszkańcy jeszcze nie przywykli do pielgrzymek i nie są nimi znużeni, jak ci, których corocznie mija "wielka warszawska".
Dlaczego idziemy? Dlaczego odrywamy się na dziesięć dni od naszych wygodnych domów, ustabilizowanego życia, przyzwyczajeń, poświęcamy urlopy na podjęcie tego niesłychanego trudu, jakim jest codzienne pokonywanie dziesiątków kilometrów, jedzenie, co dobrzy ludzie podadzą, i spanie, gdzie dobrzy ludzie wskażą. Poobcierane, odparzone stopy, na każdym postoju opatrywane przez pełne poświęcenia pielęgniarki ze służby zdrowia, idące z nami w pełnym rysztunku, w fartuchach i czepkach, z torbami leków-i bandaży. Nie pozwalają się wyręczyć w noszeniu, mają w tym, widać, jakieś swoje intencje. Więc bolą nas nogi i wszystkie mięśnie, jesteśmy spaleni słońcem lub zmoczeni deszczem, często głodni, niedospani. Więc dlaczego idziemy? Nie narzekając - przeciwnie: wszyscy chętnie śpiewamy, jeszcze chętniej się modlimy. Codziennie w drodze trzy cząstki różańca, koronka do Miłosierdzia Bożego, Droga Krzyżowa, Anioł Pański i wiele, wiele innych modlitw.
Ksiądz przewodnik w jednej z konferencji powiedział, że atmosfera religijna jest gwarancją wewnętrznego spokoju, a pielgrzymka tę atmosferę zapewnia. Daje szansę spotykania się z Bogiem we wspólnocie. Wspólnota jest tam potrzebna, stwarza poczucie oparcia w drugim człowieku, w ludzkiej gromadzie. Chcemy Boga chwalić razem, chcemy w gromadzie dawać świadectwo naszej wierze, stąd - zdaniem księdza przewodnika - popularność pielgrzymek.
Myślę, że jest to trafienie w sedno. Każdy z nas wprawdzie idzie w jakiejś swojej własnej, prywatnej intencji, ale bycie razem, a przede wszystkim wspólna modlitwa, znaczą przecież o wiele więcej... Jest sierpień, miesiąc, w którym Kościół w Polsce szczególnie apeluje o otrzeźwienie narodu. Myślę o tym, pełna smutnych refleksji, słysząc czytane przez mikrofon, podawane tam na kartkach, modlitewne intencje. Co druga, co trzecia brzmi: "...żeby mój mąż przestał nadużywać alkoholu i był dla nas lepszy"; "...żeby moi trzej bracia zerwali z nałogiem pijaństwa i weszli na dobrą drogę"; "...żeby mój szwagier przestał pić wódkę i nie krzywdził swojej siostry". I tak dalej, i tak dalej. Teoretycznie problem jest mi doskonale znany, widzę zresztą, co się dzieje na ulicach, ilu ludzi się zatacza, pojedynczo, po dwóch, po kilku... Ale teraz oto stykam się niejako bezpośrednio z katastrofą, która pochlania tyle ofiar - czasem cale rodziny. Te praskie kobiety, tutaj idące matki, żony, siostry, [247]ci bracia i ojcowie i przede wszystkim ta siostra, która przemoczona po całodziennej ulewie - jak my wszyscy, ale tylko jej jednej przyszło do głowy by ratować się wódką - trafiła do wódczanej meliny, w obcym, nie znanym sobie miasteczku, i kupiła pół litra "na lekarstwo"! Był to dla nas wielki wstrząs. Nie mniejszy dla tych ludzi z zewnątrz, którzy przy całej swojej gościnności bacznie obserwowali nasze zachowanie. ("To z samej Warszawy idziecie? - pyta przed kościołem starsza kobieta. - Pani, jak oni się modlą! I to tacy młodzi! Żeby tak u nas..."). A więc ci wszyscy bracia i siostry szukający ratunku u Maryi z wiarą i ufnością, czy wiedzą także, czy dotarło to do nich (mówiło się o tym podczas pielgrzymki), jak wiele zależy od nich samych: żeby w domu nie było wódki ani tak zwanych "okazji" do niej, czy to "na lekarstwo", czy podczas imienin, świąt, a nawet Pierwszych Komunii św. dzieci? Jeśli wynieśli tę świadomość z pielgrzymki - wiele zyskali.
Wśród nas są bracia i siostry szczególni. Do nich należy brat Stanisław. Stoi na czele komitetu pielgrzymkowego, który wytyczył trasę, dokładnie ją spenetrował i teraz codziennie nas informuje, gdzie przejście trudniejsze, gdzie łatwiej, którędy omijać rozlewiska, jak mobilizować siły na jutro. Przestrzega, by godziny wymarszu, wypoczynku, dojścia do bazy odbywały się zgodnie z planem, bez opóźnień, a więc bez dodatkowego zmęczenia i niepotrzebnego zdenerwowania. Jak mu się udało zachować tę niesłychaną punktualność - pozostanie jego tajemnicą.
Jest też brat Tadeusz, który w naszej niebieskiej grupie przewodzi śpiewom, a nierzadko, jak nie ma chętnych, śpiewa sam, żeby nam się lepiej szło. Czasem przychodzi mu w sukurs brat Andrzej, zwłaszcza wtedy, kiedy już całkiem ustajemy. Więc żeby raźniej i głośniej - najlepiej coś rytmicznego, może "Nigdy z królami nie będziem w aliansach" albo "Już różaniec, różaniec, różaniec wytaczają żołnierze na szaniec". No i my wytaczamy resztki energii, byle tylko do końca etapu. Brat Tadeusz jest młody, ma niewiele ponad dwadzieścia lat, tokarz z zawodu. Jak zaczął śpiewać w Warszawie na Ostrobramskiej, tak skończył w Częstochowie. W innych grupach śpiewaków było po kilkoro, u nas tylko on... Bracie Tadeuszu, myślę, że Twoje zmęczenie było szczególnie miłe Bogu, boś nam wszystkim pomagał pokonywać trudy [248]tej drogi. Więc dziękujemy ci i do zobaczenia za rok!
Brat Andrzej, archeolog, idzie sam. W domu została żona i dwójka dzieci. Żona jeszcze dość daleko od religijnego zaangażowania, komplikuje to bratu Andrzejowi koncepcje wychowawcze wobec dzieci, ale wierzy on, że cierpliwością i przykładem osiągnie to, czego pragnie. Brat Andrzej w drodze, słuchając i śpiewając, szlifuje kamyki na paciorki różańca. W Częstochowie ma ich już trzy dziesiątki. Robi to dalej, kiedy trzy godziny czekamy w straszliwym upale pod szczytem Jasnej Góry na wejście do kaplicy z Cudownym Obrazem. Przepuszczamy piętnastotysięczną pielgrzymkę z Wrocławia...
Ksiądz przewodnik mówi o liturgii w rodzinie. O znaczeniu wspólnej modlitwy i jej wychowawczym oddziaływaniu. Gdy skończył, do mikrofonu podchodzi brat Jan. Jest pracownikiem dużego zakładu przemysłowego. Opowiada, jak on i jego koledzy [----] [Ustawa z dn. 31 VII 81 r., O kontroli publikacji i widowisk art. 2 p. 2 i 8 (Dz.U. nr 20 poz 99, zm. 1983 Dz.U. nr 44 poz. 204)] swoją chrześcijańską postawą potwierdzają dobrą pracą: ani sekundy spóźnienia, nigdy żadnej fuszerki to, co wychodzi z ich rąk, jest bez zarzutu. Więc trzeba ich tolerować. Oddziaływanie na załogę widoczne. Przystał nawet do nich taki jeden kolega, dotychczas prowodyr awantur i handlarz wódką w zakładzie. Sukces? Brat Jan się uśmiecha. "Łaska Boża" -mówi.
Brat Henryk, politolog, na zmianę z księdzem przewodnikiem wygłasza konferencje.
Ksiądz przewodnik o rodzinie, brat Henryk o naszych postawach społecznych. Ma uważnych słuchaczy, a i chętnych do wymiany zdań. Jednym z bohaterów jego konferencji jest arcybiskup Feliński, wielu pielgrzymom zapewne mało znana, choć niezwykle ciekawa postać z naszej historii XIX wieku, przy tym kandydat na ołtarze. Brat Henryk mówi z zapałem, chce nas przekonać do swoich racji, jest urodzonym dydaktykiem.
W naszej grupie jest kilka rodzin z dziećmi, również w wózkach. Na trudniejszych etapach do tych wózków zaprzęgają się dobrzy bracia, żeby pomóc opadającym z sił rodzicom. Dzieci wesołe jak szczygły, właściwie nie słychać popłakiwania. Jesteśmy właśnie podczas południowego odpoczynku w pobliżu kościoła. Po nawiedzeniu Najświętszego Sakramentu kościół opustoszał, zostałam w nim sama. I oto widzę, że jeden z naszych czterolatków z powagą maszeruje środkiem kościoła, klęka na stojącym przed ołtarzem klęczniku, robi zamaszysty znak krzyża świętego, chwilę coś szepcze, po czym wstaje, kłania się i wychodzi. Sam, bez matki, która gdzieś tam pewnie, niedaleko, przygotowuje posiłek. Nie wie, że jest obserwowany. Myślę, że ten mały pielgrzym będzie się już zawsze umiał modlić, a kościół będzie mu drugim domem. A więc czy warto zabierać z sobą na pielgrzymkę dzieci? Widać, że warto.
Tak jak radośnie, bez narzekania i grymasów, z kilkugodzinnym tylko kryzysem zmęczenia, przeszła całą drogę dziewięcioletnia Anetka, towarzysząca swojej cioci, pogodnej i przyjacielskiej siostrze Marysi. Wprawdzie, jak mógł, pomagał im i wszystkim naokoło brat Kazik nosząc chlebaki, torby, podsuwając zaczerpniętą z wiader wodę czy kompot, ale siostrzyczka Anetka na nogach musiała biec sama...
To my. A ludzie, których spotykamy po drodze?
Są niezwykli! Wynoszą nam tę wodę i kompot, podsuwają na tacach kanapki i ciasto, wsuwają do rąk owoce. W czasie południowego odpoczynku zapraszają do domów na obiad. Pan Mieczysław Klimas z Sygontki zagarnął nas dziesięcioro. Przed domem na trawniku stół nakryty obrusem, kwiaty w wazonie. On, żona i ich koleżanka uwijają się koło nas przynosząc zupę, drugie danie, deser. Po obiedzie biorą koc i prowadzą na łąkę nad rzeczkę, żebyśmy dobrze wypoczęli przed dalszą drogą, a żegnając, każdemu wciskają do plecaka butelkę z kompotem. Nie wiemy, jak im dziękować. Takich domów jest wiele. W innych miejscowościach goszczą nas przy zastawionych stołach w remizach strażackich. Podtykają, troszczą się, czy smaczne, czy wystarczy. A wieczorami czekają przy kościołach, wychodzą po nas całymi rodzinami, zabierają na nocleg, odstępują własne łóżka czy tapczany, jak chociażby ci mili państwo Miękusowie w Warce czy tamci w Białobrzegach, Odrzywole i Ogonowicach... Dźwigają nasze bagaże, częstują kolacją, rano śniadaniem. Traktują jak upragnionych, długo oczekiwanych gości. Nic nie pomagają nasze protesty, że przecież mamy śpiwory, że wystarczy podłoga lub stodoła. Nie, to oni na podłodze - my na tapczanie. I w ten sposób uczestniczą w naszej pielgrzymce, biorą na siebie część jej trudów, w zamian prosząc tylko o modlitwę. Modlimy się za nich, wdzięczni za tę lekcję miłości bliźniego, której nam udzielili. Jeśli jej nie zapomnimy, to obok tego, cośmy sobie zdołali przyswoić z konferencji, będziemy mogli uznać, że nasz trud pielgrzymkowy do tronu naszej Matki i Królowej Polski nie był daremny.

