Młody Rycerz Niepokalanej (10)
Igoji, 21 IV 1985 r.
Drogi i Czcigodny Ojcze Proboszczu!
Dopiero teraz zabieram się do napisania choćby krótkiego listu. Nawet nie spostrzegliśmy się, a tu upłynęły już 4 miesiące naszego pobytu w Kenii. Czas płynie szybko, gdyż jest wypełniony po brzegi. Wprawdzie dla miejscowej ludności czas nie istnieje wcale, nam jednak wciąż go brak. Kenijczycy nie spieszą się z niczym i do niczego. Nawet na swych autobusach wypisali dziwne hasło: "W Afryce nie ma pośpiechu". I rzeczywiście, widać to na każdym kroku. Nas to kosztuje wiele cierpliwości. Gdyby ktoś chciał nauczyć się cierpliwości, niech przyjeżdża do nas znajdzie tu najlepszą szkołę. Powoli jednak wrastamy i w to. W ogóle muszę powiedzieć, że w Kenii można się zakochać. Otacza nas cudowna tropikalno-górska przyroda, obecnie bardzo zielona i pełna kwiatów, gdyż wróciła pora deszczów. Mimo przebiegającego przez naszą okolicę równika, nie ma tu upałów. Można cieszyć oko nawet śniegiem, który pokrywa szczyty górskie, a zwłaszcza najwyższy szczyt Góry Keni, który do niedawna uważany był za dom Boga. Była to święta góra, przed którą miejscowa ludność składała ofiary z najdorodniejszych zwierząt. Jeszcze najstarsi Kenijczycy pamiętają te zwyczaje i z wielkim uczuciem je opowiadają. Nie wolno było na tę górę nikomu wejść. Obecnie jednak wielu zdobywa ten wspaniały szczyt. I nawet Dominika i mnie kusi taka wyprawa. Pewnie ulegniemy tej pokusie, gdy tylko ustanie pora deszczów.
Można zakochać się nie tylko w przyrodzie, ale także w ludziach, a zwłaszcza w małych Murzyniątkach, które są niezwykle cudowne. Ludzie są bardzo prości, w większości bez jakiegokolwiek wykształcenia. Ale muszę przyznać, że trzeba nam wiele się uczyć od nich. Można tu przeżyć i niejako dotknąć prawdziwej Ewangelii. Chyba tak musiała wyglądać pierwsza gmina chrześcijańska. I tutaj bowiem łączy ich jeden duch, jedna wiara. Potrafią dzielić się wszystkim, co posiadają. Ileż razy przychodzą z bardzo daleka z jednym jajkiem, kilkoma szyszkami kukurydzy czy jakimś owocem. Tak często przypomina mi się ewangeliczny wdowi grosz. Często odwiedzam miejscową ludność w ich lepiankach z gliny, krytych trzciną lub trawą. Nie ma w nich nic prócz kilku mat do spania, kilku garnków i paleniska. Ale ludzie ci są zawsze radośni, uśmiechnięci i bardzo życzliwi i szczerzy. Przebywanie z nimi to najprawdziwsza i najgłębsza radość, zwłaszcza gdy maleństwa przychodzą i tulą się z takim zaufaniem, jak byśmy znali się już wiele lat.
Nie widać tu zazdrości, mściwości czy plotek. Każdy bowiem posiada to samo - skrajne ubóstwo. Ale za to, co mają, potrafią wielbić Boga. Np. za bardzo monotonne pożywienie, jakim jest codzienna kukurydza - wielbią Pana, bo był czas, że zabrakło nawet tego. Teraz cieszą się i radują, bo tegoroczne zbiory są bardzo udane. Nawet mi przyniesiono podczas ofiarowania 2 worki kukurydzy jako [253]dar za moje pierwsze kazanie w ich języku, tzn. "kimeru".
Do kościoła przychodzą bardzo chętnie. We Mszy św. biorą żywy udział, zwłaszcza poprzez śpiewy i tańce, które bardzo kochają. Wielu spośród nich przynosi instrumenty, by wybijać rytm, co dla nich jest bardzo istotne. Instrumenty te to przede wszystkim jakieś puszki z kilkoma ziarnkami fasoli czy grochu, patyki z blaszkami, którymi można wydzwaniać, itd. Tylko niektórzy mogą pozwolić sobie na prawdziwe bębenki czy cymbały. Msza św. trwa prawie 2 godz., a czasem i więcej, nikt jednak nie czuje się znużony, jest ona bowiem pełna radości i ruchu. Spontanicznie wyrażają swą radość poprzez klaskanie w dłonie, okrzyki czy taniec, bardzo rytmiczny. Zda się wówczas, że cały kościół faluje jak zboże kołysane wiatrem na polskich polach. Podczas ofiarowania podchodzi do ołtarza nie kończąca się procesja ofiarnicza. Każdy coś niesie i składa przed ołtarzem. Tworzy się sterta darów złożonych nie tylko ich dłońmi, ale przede wszystkim ich sercami. To wszystko jest cudowne. Chętnie też przychodzą na różaniec św., każdego dnia odmawiany w naszym kościele przez niewidome dzieci. Często modlą się za naszą Ojczyznę, gdyż wiele opowiedziałem im; o naszej polskiej drodze krzyżowej i o wyczekiwanym przez wszystkich zmartwychwstaniu.
Trudów jest wiele, ale jeszcze więcej prawdziwej, ewangelicznej radości.
Od, czerwca pragniemy rozpocząć naszą nową misję, a więc nowy Niepokalanów pierwszy na Czarnym Lądzie. Ufamy, że św. Maksymilian, który tak doskonale wie, co to misja, będzie z nami we wszystkich naszych poczynaniach. Pragniemy tak jak on wydawać "Rycerza", by zapalać miłość do Niepokalanej we wszystkich sercach Afrykańczyków. Ma to być misja - wotum wdzięczności za kanonizację św. Maksymiliana. Ufamy więc, że Niepokalana, której tak zaufał i przez którą chciał zdobyć cały świat dla Chrystusa, otoczy nas swą macierzyńską troską i opieką.
Prosząc o modlitwy, zapewniam ze swej strony nieustanną pamięć u stóp Niepokalanej.
Wdzięczny za dobroć -
Rajmund

