Matka Boża w moim życiu (37)
We wczesnych latach młodzieńczych była "Dzieckiem Maryi". W swoim kościele parafialnym nosiła różaniec, a jej ufna dziecięca wiara zdawała się być autentyczna.
Ale przyszły lata próby, wiedza religijna i wiara stanęły w miejscu, potem były już jej obojętne. Pochłonęła ją szalona, niezdrowa miłość. W siedemnastym roku życia została matką, a za trzy lata przeprowadziła z mężem - pijakiem rozwód. Niedługo potem wyszła drugi raz za mąż. Zawarcie jedynie przecież możliwego kontraktu cywilnego i życie u boku męża - ateisty zupełnie oddaliły ją na całe 15 lat od Boga.
Ale przyszedł czas, kiedy Matka Najświętsza postanowiła ratować swoje dziecko. Przecież kiedyś nosiła Jej różaniec... Przemiana, jaka miała się dokonać w tej jeszcze młodej, ślicznej, pełnej życia kobiecie, okupiona została jakże wielkim, wielomiesięcznym cierpieniem. Niespodziewana choroba nowotworowa, operacja, a potem już tylko czekanie na koniec.
Byłam jej sąsiadką. Chociaż do tej pory nie utrzymywałyśmy ze sobą bliższych kontaktów, czułam, że w tej sytuacji muszę coś robić. Zaczęłam ją odwiedzać. Byłam powolnym narzędziem w rękach Tej, która chciała ratować zagubioną córkę. Któregoś dnia dałam chorej Cudowny medalik Matki Bożej Niepokalanej. Przypięła go sobie do koszuli. Od tego dnia nigdy się już z nim nie rozstawała. Codziennie, kiedy zmieniała bieliznę, stanowczo prosiła, by jej przypiąć medalik. Musiał to nawet robić mąż - ateista, który był zresztą dla niej bardzo serdeczny.
Powoli zaczęłam z nią rozmawiać na tematy religijne, przynosiłam taśmy z nagraniami religijnych piosenek. Jakby na to czekała.
Wreszcie zgodziła się na spowiedź św. i Komunię św. Zdążyła przed śmiercią jeszcze 3 razy przyjąć Pana Jezusa do swego serca.
Od momentu nawrócenia zaczęła swoje cierpienia przekładać na modlitwę. Na moich oczach dokonywał się coraz silniejszy proces oddziaływania na chorą Ducha Świętego. Zdawała sobie sprawę ze swego zmarnowanego życia religijnego i z tego, że nie wychowała w wierze swojej 17-letniej córki. Tak bardzo chciała teraz okupić swoją ofiarą cierpienia tamte jałowe lata. A cierpiała potwornie. Rak atakował kolejno cały organizm.
Najbardziej wzruszyło mnie jej zachowanie na 2 dni przed śmiercią. Była wtedy rocznica ich ślubu i mąż ofiarował chorej przepiękny bukiet z bardzo cennych kwiatów. Tego dnia przyjechali jej rodzice, ale na dwa dni chcieli jeszcze wrócić do swego domu, bo mieli przyjmować u siebie Obraz Nawiedzenia Matki Bożej.
Chora prosiła, by cały ten bukiet zapakować i tam, w domu rodzinnym postawić przed Obrazem Nawiedzenia. Przedtem jeszcze kazała sobie go podać do łóżka i całując każdy kwiat, modliła się wzruszającymi, z serca płynącymi słowami prosząc Matkę Bożą, by przyjęła ten jej dar wraz z ofiarą cierpienia.
Rodzice pojechali. Mieli wrócić za 3 dni. Ale chora już nazajutrz umarła. Miała 33 lata. Kiedy włożono ją do trumny, jej córka przypięła jej do sukni cudowny medalik.
Ponieważ gorąco wierzę, że to on właśnie był narzędziem Matki Bożej na drodze nawrócenia mojej sąsiadki, dlatego mam obowiązek dać świadectwo prawdzie.
