Zagrożenia duchowe
Gdy swego czasu oglądałem Chłopów w telewizji, przyszła mi refleksja, jak bardzo zróżnicowana była ta wieś reymontowska. Był tam chłop gospodarz, był i parobek, była żebrająca biedota i bogatsi wieśniacy, których stać było na jałmużnę, był kowal, młynarz, stolarz, był tartak, był organista, był ksiądz, był dziad kościelny, ale zarazem znachor i masarz, wreszcie był dziedzic we dworze, a przy nim dworscy o różnych funkcjach.
Jakie to wszystko zróżnicowane, wzajemnie powiązane, pouzależniane. Jak dla każdego było jego miejsce, jak w każdej sprawie było do kogo się zwrócić. Wieś żyła pełnią życia, bogactwem form, obyczajów, spraw.
A co mamy dzisiaj? Zwykle tylko gospodarze o podobnej zamożności. Każdy z innym fachem ucieka do miasta. Tu i ówdzie jest jeszcze ksiądz na wsi. Ale nauczyciel znika wraz ze zbiorczą szkołą gminną. Kowala nie ma już dawno. A młyn, tartak, warsztaty naprawcze, to wszystko coraz dalej, zwykle w mieście. Jeżeli wieś jest przy szosie, to zdarzy się warsztat samochodowy - ale głównie dla przejezdnych. Dziedzica zastąpił dyrektor PGR, który ciągle się zmienia. U niego są robotnicy rolni, bezrolni. Z nimi ten i ów pohandluje czasem czymś kradzionym w państwowym gospodarstwie - i na tym się współzależności kończą.
Kiedyś dwór to był pewien ośrodek kultury na wsi. Poprzez dwór szły nowe metody gospodarki rolnej. Szła wiedza o świecie. Panienki z dworu bywały nauczycielkami wiejskich dzieci. Była tradycyjna więź inteligencji z ziemią. Dziś PGR roli tej nie spełnia. Nikt z PGR’u metod agrotecznicznych nie zapożycza, nie podpatru[136]je. PGR nie jest ośrodkiem ani kultury, ani tradycji, ani więzi osobowej z ziemią.
Dziś integracja (zespolenie się) wsi jest prawie żadne. Sołtys mało komu jest potrzebny chyba jako posiadacz telefonu. Administracja i pracownicy leśni żyją w mieście. Rolnik coraz rzadziej dorabia w lesie. Karczma zniknęła - to może i dobrze - ale jakoś mniej wódki się nie pije. By się zabawić, potańczyć, poznać, to trzeba do miasta jechać. Życie kulturalne jest żadne, folklor zanika, został tylko telewizor.
Wieś stała się pustynią. Rozwój kraju poszedł w kierunku ucieczki ze wsi. Przedsiębiorczy element z reguły idzie do miasta. Większość dziewczyn też. Iluż to teraz rolników pozostających na ojcowiźnie szuka żony i znaleźć nie może, bo panny pouciekały do miejskiego życia.
Kiedyś wieś była przeludniona - teraz jest wyludniona. Czas by pomyśleć, jak proces ten odwrócić.
Uprzemysłowienie kraju i koncentracja przemysłu zostawia na wsi pustynię - pustynię, w której młodzież się dusi. Jest to nie tylko polskie zjawisko. Na całym świecie miasta rosną jak molochy, a wieś pustoszeje.
To wcale nie znaczy, że wzrosła intensywność życia w mieście. I tam wionie pustką. Każdy żyje sobie, sąsiadów nie zna, unika. W zakładach usługowych sami urzędnicy - nie zatroszczą się o zmartwienia klienta, załatwiają bezosobowo, w imieniu firmy, a nie swoim, mechanicznie. W sklepie to samo.
W miasteczku, gdzie mieszkam, jest jeszcze fryzjer, którego zakład jest organizmem, a nie mechanizmem. On klientów zna, wie, jakiego pragną ostrzyżenia, zagada. Do niego coraz to ktoś wpadnie: - "Zostawię torbę z zakupami i skoczę na górkę - o 10-ej mam autobus, to zabiorę". "Proszę bardzo, niech pani zostawi". "Tu żona zaraz będzie o mnie pytać, to niech pan powie, że poszedłem do GS’ów".
I tak cały dzień. Taki zakład fryzjerski przez to, że prywatny, z tradycją - jeszcze cementuje miasteczko, jeszcze funkcjonuje osobowo, organicznie. Ale to ginące placówki. Miasto też stało się pustynią. Wraz z jego wzrostem wszelkie kontakty międzyludzkie stały się służbowe, urzędowe.
Z czego to wszystko wynika? Dlaczego nasze życie zbiorowe zatraca duchową treść?
Wydaje mi się, że ma to związek z coraz dalszym odrywaniem się od ziemi, od własności prywatnej. Natomiast ziemia łączy. Sąsiedzi w bloku się nie znają. Ci sarni ludzie na ogródkach działkowych pożyczają sobie grabie i dzielą rozsadą. Oby jak najwięcej mieszczan miało takie działki!
O ile szczęśliwsza jest wieś, z której fabryka autobusem zabiera robotników, a po pracy odwozi. Ci ludzie to nie plebs miejski, ale mali gospodarze, chłoporobotnicy. Gdy ich fabryka zwolni, to jednak nie są zupełnie na lodzie, nie stają się proletariuszami - mają ten kawałek ziemi, z którego skromnie, ale da się żyć. A tak na co dzień to przynoszą miejskie umiejętności na wieś, a nie odwrotnie. Przez nich jest kontakt ze światem, z pracownikami fabryki, ze zróżnicowanym życiem zawodowym, związkowym, politycznym.
Rozwój wsi poprzez małe zakłady, młyn czy cegielnię, warsztat czy sklep, podnosi teren zarówno gospodarczo, jak i duchowo. Wzbogaca życie lokalne, różnicuje je. Dla ogólnego rozwoju kraju większy pożytek z naprawcy telewizorów, który osiedli się na wsi, niż z chłopa, który idąc za pracą proletaryzuje się na miejskim bruku.
Dziś, kto się wykształci, na ogół na wieś do ojcowizny nie wraca - a szkoda. Szczególnie ci, co służą wsi, winni się na wsi osiedlić. Stamtąd· tak samo daleko, zwykle samochodem czy motorem, do innych wsi, jak i do miasta. Dlaczego ludzie wsi mają szukać warsztatu w mieście, a nie miastowi na wsi? A już zupełnym bezsensem są wyjazdy ludzi ze wsi do miasta po zakup produktów rolnych.
Myślę, że czas już, by przepisy podatkowe uczyniły zakładanie warsztatów czy placówek handlowych na wsi bardziej opłacalne. Ale i bez zachęt finansowych, sama jakość duchowa życia winna ciągnąć na wieś, do natury, z dala od zgiełku. To zdrowy kierunek ruchu ludności.
Im więcej będzie na wsi małych zakładów, małego przemysłu, małych mleczarni czy cegielni, tartaków czy przechowalni, stolarni czy przetwórni, tym kraj będzie bogatszy, odporniejszy na wstrząsy gospodarcze i kryzysy polityczne.
Trwajmy na wsi, w krajobrazie, na ojcowiźnie, bodaj jedną nogą oparci o ziemię, a duchowo będziemy zdrowsi.
A kto już żyje w mieście, niech chociaż działkę wydzierżawi. To i zdrowo, i pożytecznie, i jest gdzie się ukryć od miejskiej wrzawy.
