U polskich franciszkanów w Boliwii

Na wodach jeziora Titicaca zobaczyliśmy dwie łódki z sitowia. Jak przed wiekami. Prom przewiózł nasz samochód na drugi brzeg, byśmy mogli przez góry, nad przepaściami dojechać do Copacabany - boliwijskiej Częstochowy, bo wizytację u polskich franciszkanów na boliwijskiej ziemi słusznie było rozpocząć od oddania hołdu jej Patronce.

Kaplica z cudowną figurą Matki Bożej Boliwijskiej znajduje się w pięknej bazylice po drugiej stronie głównego ołtarza. Jak na Jasnej Górze, modlą się tutaj bezustannie ludzie. Przeważają ci o śniadej twarzy, takiej, jaką ma Ona na wizerunku. O naszej Pani z Copacabany głosi kazanie w czasie koncelebrowanej Mszy św. o. Stanisław Olbrycht, proboszcz i gwardian franciszkańskiego klasztoru w Quintanilli, sąsiadującej z Cochabambą. Polskiego franciszkanina słuchają z uwagą Indianie przybyli z rozrzuconych po górach wiosek oraz mieszkańcy La Paz, Santa Cruz, Montera, Potosi; słucha też jakiś biskup z Chile, którego tu przywiózł biskup z La Paz.

Franciszkanie polscy duszpasterzują w trzech parafiach należących do diecezji Cochabamba, Santa Cruz (w Montera) i Sucre. W Quintanilli o. Stanisław ma pod opieką kościół i aż 21 kaplic w terenie, pomaga bowiem w pracy sąsiadującym proboszczom. Na misjach trwa już siedem lat.

Nie przyjechał do Polski nawet na pogrzeb matki. "Ale ona - moja matka - przyszła do mnie, tu do Boliwii" - mówi mi bardzo poważnie. Nie śmiem go pytać, jak i kiedy to było. "Przyszła i powiedziała mi, abym jeszcze gorliwiej czcił Matkę Bożą." Można zauważyć, że o. Stanisław posłuchał wskazania matki. Po każdej Mszy św. odmawia z wiernymi Witaj, Królowo, Matko Miłosierdzia. Urządził odwiedziny figury Matki Bożej w każdym domu swojej parafii. Sam przychodził wszędzie, by wyspowiadać, odprawić Mszę św. i odmówić różaniec.

[108]

Teraz buduje powoli wspaniały kościół ku czci Tej, którą Indianie nazywają "Mateczką Groźną". Figura Jej stoi na poczesnym miejscu wznoszonej świątyni. Rosną już potężne wieże, on marzy o trzech dzwonach. Jeden z dzwonów poświęci św. Maksymilianowi. Wielki obraz św. Maksymiliana znajduje się w kaplicy jemu poświęconej na Pacata Alta. Obok jest punkt sanitarny również imienia św. Maksymiliana i klasztor sióstr służebniczek dębickich. Wkrótce będzie tu nowicjat dla boliwijskich kandydatek do polskiego zgromadzenia.

W Montero, pierwszej placówce franciszkańskiej, założonej w 1976 r., pracują o. Szymon Chapiński, przełożony misji i administrator parafii, i o. Peregryn Ziobro, zasłużony zwłaszcza przybudowie kościołów i klasztorów, oraz jeden brat zakonny. Wspierają ich siostry sercanki z Krakowa. O. Peregryn wybudował dla nich klasztor i przedszkole. Mają też pod opieką drugie przedszkole, obok placu, na którym stanie wspaniały kościół ku czci Niepokalanie Poczętej.

Franciszkanie polscy w Boliwii marzą o swoim seminarium. O. Stanisław ma już upatrzony plac pod jego budowę w Chiacocollo. Na zakupienie placu potrzeba 12 tysięcy dolarów. Tymczasem pięciu młodych franciszkanów, rodowitych Boliwijczyków, studiuje w Argentynie. W tamtejszym franciszkańskim seminarium panuje duch św. Franciszka, ale wszyscy wiedzą, że będzie lepiej, gdy misjonarze dla Boliwii będą się przygotowywać na ojczystej ziemi, wśród przybyszów z Polski, z którymi im przyjdzie żyć w zakonnej wspólnocie. Może doczekają się polscy franciszkanie w Boliwii własnego seminarium, bo słychać o nowych powołaniach. W tej chwili nowicjat odbywa dwóch Boliwijczyków. O. Władysław Piejko mówi mi, że wśród jego grupy młodzieży, którą prowadzi w Sucre, ma jedno powołanie do zakonu. O. Franciszkowi Dryhuszowi zgłosiło chęć pójścia za św. Franciszkiem czterech uczniów ze szkół średnich w Montero, w których jest katechetą. Jest on również kapelanem wojskowym. Odprawia dla boliwijskich żołnierzy Mszę św., przygotowuje ich do sakramentu Bierzmowania, a zdarza się, że także i do Chrztu św.

Z o. Dryhuszem jedziemy do sąsiedniej parafii w Saavedra, bo 5 sierpnia 1985 roku parafia została osierocona - utraciła proboszcza. Był nim padre Santiago Courneen. Zawsze powtarzał, że chciałby umrzeć w święto Matki Bożej. Odszedł w uroczystość Patronki Boliwii wtedy, gdy wraz ze swoim przyjacielem doktorem Jakubem Bramhamem runął z wysoka na ziemię, bo zawiodła awionetka, którą objeżdżał najbiedniejszych parafian, niosąc im pomoc duchową i materialną. Teraz pod murami kościoła w Saavedra dwie mogiły zasypane mnóstwem kwiatów.

Obaj pochodzili ze Stanów Zjednoczonych. Ks. Courneen trudził się w Boliwii od roku 1952, początkowo w Cotoca, a potem przez 19 lat w Saavedra. Dokonał tu wspaniałego dzieła. Wybudował szkolę, szpital, aptekę, sklepy. Był cudownym organizatorem. Założył coś w rodzaju spółdzielni. Dzielił wsie na sektory, każdemu sektorowi wyznaczał odpowiednie zadania. Uczył hodowli, ogrodnictwa, uprawy ziemi. Zorganizował też 39 klubów matek po 50 osób w każdym klubie. Dokształcał je w różnych dziedzinach.

Prawie każde wakacje poświęcał o. Santiago na akcję leczenia oczu. Robił to wraz z doktorem Bramhamem. Bramham, prezbiterianin, przez cały rok zbierał ofiary, gromadził leki, okulary, oszczędzał pieniądze, by w czasie wakacji móc pojechać do Boliwii, swojej drugiej ojczyzny. Przyjeżdżał tu przez 16 lat. Na kurtce miał wyszyte słowa: "Bóg jest miłością". Jego miłość do Boliwii była odblaskiem Bożej miłości. Poprosił kiedyś żonę, aby zostawiła jego ciało w Boliwii, gdyby tam umarł. Spełniła życzenie męża.

Boliwijczykom potrzeba Bożej i ludzkiej pomocy. Bożą pomoc chcieliby sprowadzić na wszystkie swe rzeczy i sprawy. Do zakrystii kościoła franciszkańskiego w Sucre przyszedł z dalekich gór Indianin. Utrudzony i pokryty kurzem uklęknął na posadzce. Zdjął z pleców chustę. W chuście była ziemia, zwyczajna ziemia. Indianin błagalnym okiem popatrzył na o. proboszcza. Nie mówił nic, bo nie znal hiszpańskiego, ale kapłan zrozumiał. Począł się modlić i błogosławić ziemię, a potem ją obficie skropił święconą wodą. Indianin nabożnie zawiązał chustę z poświęconą ziemią i odszedł z powrotem do swojej wsi z nadzieją, że wraz z po[109]święconą ziemią przyniesie do swego gospodarstwa błogosławieństwo Boże. Innym razem młoda jeszcze Indianka przyszła do kościoła z czworgiem swoich dzieci. Ustawiła je z boku ołtarza, z zakrystii przyniosła kubeł święconej wody i czerpiąc tę wodę dłonią polewała nią głowy swych dzieci i dawała im pić. Czyniła to z przedziwnym nabożeństwem.

Boliwia jest krajem maryjnym. Każda prawie osada ma swoją figurę lub obraz Matki Bożej. Raz w roku zamawiają Mszę św. w kościele. W uroczystej procesji, z orkiestrą, w odświętnych strojach, z kwiatami i tańcem pielgrzymują ze "swoją" Matką Bożą do kościoła. Jej wizerunek stawiają na ołtarzu, by była blisko Jezusa Eucharystycznego. Czasem natarczywie domagają się, by kapłan odprawił Mszę św. w ich domu przed figurą domowej Matki Bożej. Niekiedy dla Matki Bożej budują prywatną kaplicę, okazalszą niż ich rodzinny dom. Boliwijczycy bardzo uroczyście obchodzą odpusty w święta maryjne. Widzieliśmy wracających pielgrzymów z odpustu Matki Bożej Wniebowziętej w Cochabambie. Jechali w przystrojonych samochodach i autobusach, rozradowani i rozgadani. Nawet czasem rzucali jałmużnę żebrzącym przy drodze dzieciom indiańskim. I wiejskie psy kładły się w kurzu górskiej drogi i cierpliwie czekały na łaskę pielgrzymów.

Polscy franciszkanie w Boliwii cieszą się sympatią. Boliwijczycy znają i kochają postać św. O. Franciszka i św. Maksymiliana. Sprawia im to ogromną radość, gdy o jakimś polskim franciszkaninie mogą powiedzieć, że żyje i misjonarzuje jak św. Maksymilian.

Grafika do art. U polskich...

[Fot. 1, s. 107] Misjonarze z Boliwii: o. Władysław Pado i dwie siostrry służebniczki dębiskie na procesji rodzinnej z wizerunkiem Matki Bożej.

Grafika do art. U polskich...

[Fot. 2, s. 108] Padre Santiago przy swojej awionetce.