Rycerz Niepokalanej (6)
Podajemy ten autentyczny list-pamiętnik uczennicy szkoły średniej Agaty. Zapewne niejeden z Was mógłby i we własnym życiu odnaleźć podobną sytuację. Dlatego zapraszamy Was do wypowiedzi na ten temat: czy zawsze tak trudna bywa droga przyjaźni? Jak należy budować przyszły wspólny dom (jedynie) na skale Bożej? Czy Jacek jest pozytywnym, przykładowym bohaterem? Czy ostatecznie zostanie kapłanem, a Agata znajdzie sobie kogoś innego na towarzysza życia? Pomyślcie o tym i napiszcie do redakcji. Postaramy się te glosy nie tylko uważnie przeczytać, ale i wyzyskać w miarę możliwości w "Rycerzu".
Postanowiłam napisać do kogoś, kto może mógłby z czasem stać się moim przyjacielem. Nie wiem, dlaczego z wielu możliwych w czasopismach młodzieżowych wybrałam jego adres. Dziś śmiem przypuszczać, że była w tym ręka Boga, dobra, pomocna ręka, którą mocno pochwyciłam. O tym wiem dzisiaj; wtedy, przed czterema laty, było inaczej.
Pisząc list, wkładając go do koperty, a potem adresując ją, włożyłam w to całą swoją wielką nadzieję.
A potem przyszły dni oczekiwania - odpisze?... nie odpisze?... W chwili, gdy coraz bardziej gasła moja nadzieja, odpowiedź nadeszła. List byt krótki, dość oschły, zatytułowany - Droga Koleżanko Agato.
A przecież cieszył mnie, cieszył mnie niezmiernie. Potem przychodziły inne listy. Początkowe były trochę dziecinne, nic zresztą dziwnego, bo oboje kończyliśmy VII klasę.
Nawiązała się przyjaźń, która z czasem zaczęła przeradzać się w przyjaźń taką przez duże P, taką jedyną, niepowtarzalną, coraz mocniejszą.
Któregoś dnia przyjechał do mnie. Trudno jest mi pisać o tym spotkaniu, ponieważ ono właśnie sprawiło, iż zaczął upadać nasz mały, szczęśliwy światek. Całą winę biorę na siebie, ponieważ wiem, że stało się to tylko przeze mnie, przez moje wygórowane marzenia.
Listy, które przychodziły po owym niepotrzebnym - jak mówiłam - spotkaniu, jakże różniły się od tamtych pierwszych, z samego początku. Różniły się, ale tylko z mojej strony. On nadal był bardzo serdeczny, to tylko ja pisałam oschle listy. Z jego słów przebijał smutek, wówczas jednak nie umiałam, a może raczej nie chciałam tego zobaczyć.
Potem - jeżeli można tak napisać - wróciłam do niego. Był mi bardzo potrzebny, bardziej niż zwykle, bo przeżyłam wówczas dosyć trudne chwile. Później, gdy wszystko było już dobrze, sytuacje powtarzały się kilkakrotnie.
W którymś liście zadałam mu pytanie: czy wierzysz w Boga? Odpowiedzią na to mogła być lekcja czytana przez Jacka podczas transmitowania Mszy św. odprawianej przez naszego Ojca św. Dowiedziałam się później, że jest członkiem rodziny prawdziwie chrześcijańskiej. Fakt ten jakoś nas zbliżał, choć oboje chyba nie zdawaliśmy sobie z tego jasno sprawy.
Spotykaliśmy się bardzo rzadko. Były tylko listy, na które z niecierpliwością się czekało. Wydawało się, że nareszcie zapanował spokój, że przyjaźń nasza dobiła do spokojnej przystani, że ucichły wszystkie burze. Jakże bardzo się myliłam!
Któregoś zimowego wieczoru przyjechał do mnie, a ja... ja zamieniłam z nim dosłownie kilka słów i zamknęłam drzwi... Nie mam dla siebie żadnego [176]usprawiedliwienia, bo takie usprawiedliwienie istnieć nie może. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, nie potrafię tego zapomnieć. Tam, za drzwiami, na mrozie został on, człowiek, w którym miałam zobaczyć Chrystusa...
Potem przyszedł list, smutny list, w którym pisał m.in.: "Jestem skłonny do podania ręki... choć podświadomie widzę zamykające się drzwi". Och, jakże było mi przykro... Ale wybaczył mi, po raz któryś wybaczył, a ja po raz któryś obiecywałam sobie poprawę.
I znowu przychodziły listy.
Jakże bardzo cieszyła mnie biała koperta ze znajomym, drogim mi pismem. Żyliśmy według czasu znaczonego przez korespondencję - od jednego listu do następnego... I tak w kółko.
On coraz więcej czasu poświęcał na opowiadanie o rekolekcjach czy oazach, na które jeździł. Pisał mi dużo o Bogu, o swojej miłości do Niego, o corocznych pielgrzymkach na Jasną Górę. Podobało mi się to i szczerze mówiąc zazdrościłam mu, bo nie potrafię kochać Boga, Matki Najświętszej w taki sposób, jak on, Jacek, uczył mnie tego, a ja poddawałam się jego nauce. Bardzo podobało mi się w nim to, że wie, czego chce, że ma sprecyzowany pogląd na świat, że potrafi uparcie dążyć do celu. Imponował mi też swoim zachwytem nad górami, zwłaszcza w późniejszym czasie więcej mi o nich pisał i ja... ja też pokochałam te "jego" góry.
Pokochałam je i wówczas zrozumiałam, ile prawdy mieści się w tych jego słowach, iż "warto często nawet samemu zaszyć się na jakimś szczycie górskim, skąd nie widać nic, oprócz cudów przyrody. Można znaleźć wtedy ciszę, spokój - i duszy, i ciała, doszukać się piękna w tym wszystkim, odnaleźć Boga. Wtedy można odszukać także i... siebie wśród tych milionowych warstw zwątpienia".
Któregoś dnia napisał mi, że obecnie w swoim życiu stawia na dwie rzeczy - na Boga i... na mnie. Albo kapłaństwo, albo małżeństwo. Czas okaże... Dziwiłam się, że w taki sposób stawia sprawę, z czasem jednak moje zdziwienie przeszło w ogromny podziw, uznanie i... chyba też zrozumienie.
Po wielu słowach zachęty, po różnych namowach i opowiadaniach pojechałam z nim na rekolekcje. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że jeszcze przed wyjazdem, przed wyrażeniem zgody przeze mnie i moich rodziców on był tu, w naszym małym kościółku i modlił się, prosząc naszą Matkę Bożą, abym mogła pojechać - "jeżeli taka będzie Twoja wola, to ze mną"... Spotkaliśmy się już tam, na miejscu...
Były to rekolekcje "poezji", pierwsze rekolekcje w moim życiu. Nie znajduję słów, doprawdy brak mi słów na opisanie tego cudownego tygodnia. To trzeba po prostu przeżyć. W przedostatni dzień doszło do poważnego nieporozumienia między mną i Jackiem. Oczywiście przeze [177]mnie. Czułam, że wali się dom, który zaczęliśmy budować, że pękają fundamenty, a ja nie potrafię tego zmienić - co więcej - to ja go burzę...
Po południu jedliśmy wszyscy obiad. Jacek nie przyszedł... Zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić. Jedzenie nie chciało mi przejść przez gardło. Czułam, że jednak muszę coś zrobić. Dlatego poszłam go szukać.
W pokoju nie było nikogo; po chwili rozmyśliłam się, poszłam do kaplicy, otworzyłam drzwi... przy ołtarzu klęczał Jacek, było w nim wówczas tyle bezradności, tyle bolesnej bezradności, a przecież - wiedziałam to - nie poddawał się. Nie odwrócił głowy, gdy weszłam, nawet nie poruszył się. Uklękłam obok niego, potem wstałam, położyłam mu rękę na ramieniu i powiedziałam po prostu, żeby przyszedł na obiad.
Początkowo unikał mojego wzroku, potem jednak popatrzył mi prosto w oczy. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Nie było w nim ani odrobiny żalu, tylko smutek, olbrzymi smutek i wielkie cierpienie. W jego oczach odbijały się wszystkie nieszczęścia świata i Chrystus niosący krzyż na górę Kalwarii. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że w tamtej chwili wszystkie moje dotychczasowe NIE zamieniają się w jedno zdecydowane TAK, że ono zaczyna rosnąć, że będzie rosło z każdym dniem, z każdą chwilą, że na tym NIE - wypowiedzianym TAK - Jezus Ukrzyżowany pomoże nam od nowa rozpocząć budowanie.
Na rekolekcjach szczególnie wspaniała była ostatnia Msza św., już po północy. Była ona najbardziej uroczysta; Komunię świętą przyjmowaliśmy pod dwiema postaciami, potem łamaliśmy się chlebem. Gdy po Komunii św. klęczałam obok Jacka, po policzkach spływały mi łzy, nie robiłam nic, żeby je powstrzymać. To były łzy szczęścia, szczęścia takiego, jakiego życzę każdemu.
Z rekolekcji wyjechaliśmy z całkowitym przekonaniem, że "człowiek zawsze na nowo odnajduje człowieka - przez miłość".
Płakałam odjeżdżając i obiecałam sobie, że to nie był ostatni raz. Jeżeli Bóg pozwoli, słowa dotrzymam.
Przeżyłam te rekolekcje całą osobą, całym swoim sercem i duszą. Były one dla mnie troszkę trudne, może dlatego, że pierwsze, ale przecież czułam się tam szczęśliwa, aż za mocno szczęśliwa. I wszyscy ci, których poznałam, też podzielali moje odczucie.
Dziś wiem, że szczęście to Bóg, to Jezus Chrystus umęczony na krzyżu, to stojąca pod krzyżem Jego Matka, po której policzkach spływają łzy, gorzkie, ludzkie łzy. Cierpiącego Jezusa oraz Jego i naszą Matkę trzeba odnajdywać w każdym człowieku i pamię[178]tać, że każde takie spotkanie jest spotkaniem z Nimi...
Po przyjeździe z rekolekcji było mi dosyć trudno żyć znowu zwykłym, szarym życiem, pełnym zmartwień i kłopotów. Gdy płakałam, gdy było mi niewypowiedzianie smutno, klękałam przed obrazem Matki Bożej i modliłam się gorąco, tak po prostu, jak umiem. Dzięki przeżytym rekolekcjom, które wciąż we mnie trwały, nauczyłam się pamiętać o tym, że nigdy nie jestem sama... Często zdarzają mi się upadki na drodze mojego życia, ale kiedy powstaję, to czuję, że jest w moją stronę skierowana ręka KOGOŚ, kto nieustannie niesie mi pomoc. Jacek powiedział mi, że "kochać to znaczy powstawać", więc w chwilach zwątpień, w chwilach rezygnacji i załamań powtarzam słowa tej pieśni i z wszystkich sił powstrzymuję napływające łzy, no bo właśnie... kochać to znaczy powstawać.
Naszym marzeniem - Jacka i moim - była pielgrzymka na Jasną Górę, do Najświętszej Panny, która tak troskliwie się nami opiekuje, która wciąż podaje nam swoje dłonie. Marzenie to spełniło się. Którejś niedzieli pojechaliśmy do Częstochowy i mimo tłumów ludzi udało nam się dotrzeć przed sam Cudowny Obraz. Choć modliliśmy się po cichu, była to nasza wspólna modlitwa, wspólnie zanoszona do tronu Matki Najświętszej. Z całego serca dziękowaliśmy za to, co było, i prosiliśmy o to, co ma być... Patrzyły na nas ciche, spokojne oczy...
Nie wiem, jak potoczą się dalej nasze losy, nie wiem, czy dane nam będzie zawsze być razem, ale skoro Bóg sprowadził nas ku sobie, może nie pozwoli nas rozłączyć?
Chwilami boję się, że stanęłam Jackowi na drodze do kapłaństwa, ale jeżeli jest mu przeznaczone, ufam, że On mi o tym powie. Na razie jesteśmy wystawieni na próbę czasu, na olbrzymią próbę, z której tak bardzo chcielibyśmy wyjść "obronną ręką"... Próba ta nie jest bez sensu.
"Trzeba miłość budować na skale..."
A my wierzymy, że dom nasz na skale będzie stać, zawsze stać, mocno stać... My wierzymy, że nasz dom na skale musi stać, bo stawiamy go z pomocą Bożą, stawiamy go na krzyżu, a on jest najmocniejszym, niezachwianym fundamentem. Jak będzie - zadecyduje czas. I Ona, nasza Matka. Przede wszystkim Ona. 4, 5, 6, 7... lat. "Ale trzeba. Musi to być. Nie będziemy żałować tego czasu. On nie jest i nie będzie absolutnie stracony"...
Podstawą uczucia, które jest między nami, była przyjaźń budowana z trudem kawałek po kawałeczku, dzień po dniu, chwila po chwili - nieustannie. Bóg przeznaczył każdemu z nas jakieś zadanie do spełnienia. Staramy się - każde z osobna i razem - pamiętać o tym, spełniać to zadanie, jedyne, nieporównywalne.
"Jest to zadanie ogromne. Między innymi dlatego, że dzielą nas kilometry, a my musimy być sobie wierni, trwać razem mimo dzielącej nas odległości".
I znowu przychodzą listy... Białe koperty ze znajomym, kochanym pismem. Nie jest łatwo. Wręcz przeciwnie. Są często chwile zwątpień, gdy czuję się bardzo samotna, gdy po policzkach płyną łzy, gdy tak ciężko nieść Chrystusowy krzyż...
I tak już cztery lata...
Klękam wtedy w swoim pokoju przed obrazem Matki Bożej i z wielką ufnością powtarzam słowa modlitwy Pod Twoją obronę...
I tak mijają dni, a ja wciąż wędruję, wciąż z innymi ludźmi, pamiętając o tym, że
"wieczność nam kroki odmierza,
nigdzie nie trzeba się śpieszyć;
kochać i służyć, śmiać się trudzić -
trzeba się drogą nacieszyć"...
Zakony franciszkańskie
żeńskie
Kandydatki mogą się zgłaszać pod jednym z podanych adresów:
kontemplacyjne
SS. Klaryski ul. Bandurskiego 6 33-346 STARY SĄCZ
SS. Klaryski ul. Grodzka 54 31-044 KRAKÓW
czynne
SS. Franciszkanki Orlik 21 89-633 LUBNIA
męskie
Kandydaci mogą się zgłaszać pod adresem:
duszpasterstwo - misje - apostolstwo prasowe
Kuria Prowincjalna OO. Franciszkanów ul. Zakroczymska 1 00-225 WARSZAWA
Kuria Prowincjalna OO. Franciszkanów Pl. Wiosny Ludów 5 31-004 KRAKÓW
Klasztor OO. Franciszkanów Niepokalanów 96-515 TERESIN
[s. 176-177]
