Młody Rycerz Niepokalanej (4)
Czy św. Maksymilian był człowiekiem smutnym? Pierwsza odpowiedź: oczywiście nie. Gdy przeglądamy jego zapiski, gdy czytamy o nim wspomnienia, przekonujemy się, że ten ciągle schorowany, nieraz plujący krwią i umęczony pracą człowiek był mimo wszystko człowiekiem radosnym.
10 stycznia 1937 r. wyznał gromadce współbraci zakonnych w Niepokalanowie: "żebyście wiedzieli, dzieci drogie, jaki ja jestem szczęśliwy! Serce moje jest przepełnione szczęściem i pokojem, jakim tylko człowiek może się cieszyć na tej ziemi". Był szczęśliwy, bo była przy nim zawsze Niepokalana, którą nazywał nawet w artykułach po prostu Mamusią Niebieską. Mamusia! - to słowo kochającego, radosnego dziecka...
Czy więc nie było smutku w życiu tego Świętego? Ależ był! - bo smutek czy może raczej cierpienie jest w życiu każdego człowieka, także świętego. Bo smutek był także w życiu Boga-Człowieka, gdy chodził po ziemi i powtarzał z bólem: "Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani!" (Mt 23,37).
A jaki to smutek świdrował serce Ojca Kolbego? Zupełnie taki sam, jak ten ewangeliczny smutek Jezusa Chrystusa, którego Święty był za sprawą Niepokalanej tak niezłomnym naśladowcą. Był to smutek człowieka, który widzi, jak ludzie odrzucają prawdę, jak gardzą miłością, zamykając sobie sami drogę zbawienia.
Mam przed sobą pamiętniki Ojca Kolbego: króciutkie, rwane zapiski z różnych czasów. Czytam pierwszą z nich - z 29 stycznia 1918 roku, z czasu jego pobytu w Rzymie: "Usłyszałem okropne bluźnierstwo przeciwko Najświętszej Maryi Pannie" - zapiska podkreślona dwukrotnie. Podobne pojawiają się dalej co i raz. 13 lutego tego samego roku: "O Boże, jak tu żyć między tylu i tak strasznymi bluźnierstwami. Biedne Włochy!" (podkreślone). 15 lutego: "Znowu bluźnierstwo". 16 lutego: "Bluźnierstwa pod oknem. Co za kraj bluźnierców!" Itd.
Widzimy stąd, co bolało najbardziej św. Maksymiliana już jako kleryka: brak czci dla Świętych Osób, zniewagi Im czynione. Grzechy ludzi. Napaści na Kościół ze strony jego nieprzyjaciół. Napatrzył się na to i nasłuchał tego wszystkiego aż nadto! Jako kleryk właśnie obserwował w 1917 r. antychrześcijańską burzę, jaka przeszła przez Rzym w związku z obchodami rocznicy Giordana Bruna (zarazem 400. rocznicy buntu Lutra i 200. rocznicy założenia pierwszej regularnej loży wolnomularskiej w Londynie). Wspominał to potem wiele razy: "W stolicy chrześcijaństwa, w Rzymie, mafia masońska, wielokrotnie piętnowana przez papieży, panoszyła się... coraz bezczelniej. Nie cofnięto się przed obnoszeniem w obchodach Giordana Bruna czarnej chorągwi z wizerunkiem św. Michała Archanioła pod nogami Lucyfera ani przed wywieszeniem oznak masońskich naprzeciw okien Watykanu".
Wiemy, że cały ten ból i smutek nie był bezowocny. Ojciec Kolbe przyjął go jako znak dla siebie: wobec tej fali zła poczuł się powołany do wzbudzenia fali dobra. Na ofensywę zła trzeba było koniecznie odpowiedzieć ofensywą dobra! Wiemy, jak wspaniałe dzieła przyniosła ze sobą ta ofensywa: Rycerstwo Niepokalanej, Niepokalanów i Mugenzai no Sono, wysokonakładowe wydawnictwa niepokalanowskie... A przede wszystkim rzeka codziennej modlitwy rycerzy, ich poświęcenie, które owocowało nawróceniami.
Wielkie dzieła nie rodzą się inaczej, jak z miłości. Ale nieraz miłość tę uświadamia sobie człowiek w szlachetnym bólu, cierpieniu, niepokoju o Miłość, która, jak mówił św. Franciszek, "nie jest kochana". Dzieło Maksymilianowskie wyrosło z wielkiej miłości Boga i człowieka, ale zdynamizował je ból z powodu zniewag czynionych codziennie Bogu przez tysiące nieświadomych Jego miłości ludzi.
A teraz zastanówmy się, co nas boli i smuci. Co jest naszą główną troską? Czy naprawdę troska o to, żeby Bóg nie był obrażany, żeby ludzie nie grzeszyli? Czy sensem naszego życia - nieusuwalnym, wzniosłym, ale i przynoszącym nieraz cierpienie - jest miłość do ludzi, w której znajdujemy zawsze miłość do Boga,
Czy umiemy wykorzystać nasze prawdziwe troski do podejmowania, wielkich dzieł? Czy odnajdujemy w naszych zabiegach to, co istotne?
Zawsze głęboko poruszał mnie obraz Pana Jezusa, który rozumiejąc doniosłość miłości, cierpiał i płakał nad ukochanymi ludźmi dlatego, że miłości podjąć świadomie nie chcieli... I tę troskę Zbawiciela zestawić trzeba z troskami ewangelicznej, zabieganej Marty, którą Pan Jezus zganił, bo nad miłość postawiła pracę i gospodarską zaradność (por. Łk 10,38-42).
Może więc ukształtowani przez konsumpcyjny wzorzec kultury troskamy się, "co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać?", zapominając, że gdy będziemy się najpierw starać o królestwo Boga - a więc gdy będziemy chronić miłość - "to wszystko będzie nam dodane" (por. Mt 6,25-34)?
Jakie więc są nasze troski? Które z nich wiążą się z najbardziej intensywnymi naszymi przeżyciami i tęsknotami? Czy możemy, jak Psalmista, powiedzieć umiłowanemu Bogu: "Gorliwość o dom Twój pożera mnie" (Ps 69,10)? Oto pytanie!
