Tęsknota za Jezusem Eucharystycznym

W dniu 1 sierpnia 1939 roku rozpoczęłam pracę w szpitalu w Łucku na Wołyniu.

Jakżeż ciężko było mi pogodzić się z tym, że nie mogłam przyjmować codziennie Komunii świętej. Pierwsza Msza św. w katedrze łuckiej odprawiała się o godzinie 6 rano (wieczorem wówczas nie odprawiano jeszcze Mszy), a ja również o godz. 6 rano musiałam być już w szpitalu...

Trwało to cały miesiąc. Jakiż ogromny głód duszy trawił moje wnętrzności. Któregoś dnia wybrałam się w godzinach popołudniowych do katedry, odległej od - szpitala około pół godziny drogi. Pragnęłam chociaż pomodlić się przed Panem w Najświętszym Sakramencie. Niestety, katedra była zamknięta. Wracałam ze smutkiem i nowym bólem w duszy.

Pracująca razem ze mną Helena Kodłubowska, widząc mnie wciąż popłakującą, powiedziała do mnie: "Ja zostanę dłużej na dyżurze, a Pani niech rano idzie do kościoła". Radość moja była ogromna. Pochwaliłam się tym i otrzymałam polecenie: "Pójdziesz do kuchni, zastąpisz tam pracujące dwie osoby, a one pójdą do kościoła".

Polecenie spełniłam, ale bardzo boleśnie to przeżyłam, tym bardziej, że w cerkwiach prawosławnych bez przerwy dzwonili wzywając wiernych na modlitwę, a ja nie mogłam pójść do swego kościoła. Myślałam z żalem, że uschnę jak trawa na ugorze.

1 września 1939 roku wybuchła wojna. Nieoceniony ks. Pośko przyszedł do szpitala odprawić dla nas łącznie z chorymi Mszę św. Mimo grozy wojny - radość ogromna, po upływie bowiem miesiąca mogłam uczestniczyć we Mszy i przyjąć Komunię świętą.

*

Zmieniły się władze. Zmieniono godziny pracy: rozpoczynano dyżury o godz. 7 rano. Mogłam więc bywać na Mszy św. o godz. 6 i zdążyć jeszcze do pracy.

Natomiast bardzo biedni byli chorzy. Usychali z tęsknoty za Komunią świętą, Jedna z chorych tak gorąco pragnęła przyjąć sakramenty święte, a niestety, nie można było spełnić jej prośby.

Opowiadała mi ta chora, jak w swym gorącym pragnieniu wzięła lekarza za księdza i zapytała go: "Czy mi ksiądz przebaczy?" "Przebaczę ci, dziecko, przebaczę", odpowiedział lekarz. Wówczas poznała po głosie, że to był doktór Zaleski, Ukrainiec. Zawstydziła się swoją pomyłką, a pragnienie jeszcze bardziej wzmogło.

Opatrzność Boża przyszła nam z pomocą. Z powodu natłoku chorych opróżniono parterowy domek znajdujący się na terenie szpitala i tam urządzono oddział aseptyczny dla ciężko chorych, a do obsługi przydzielono mnie i jeszcze dwie Polki.

Umówiłyśmy księdza Pośko...

Następnego dnia przygotowałam chorą i wzięłam ją na ręce jak dziecko, przeniosłam na salę opatrunkową i ułożyłam na stole. Gdy zabierałam chorą, leżąca obok pacjentka zapytała: "Kuda wy ją nosiecie?" "Na pierewiazku odrzekłam - Si czas pryjdiot wracz" (lekarz).

I przyszedł wracz - lekarz duszy. Ubrany był skromnie, w jakiejś jesionce z wyprutym rękawem, z którego wyłaziła watolina. A na sercu przyniósł Pana Zastępów. Udzielił sakramentów świętych i wyszedł. W niespełna godzinę po jego wyjściu chora oddała Bogu duszę. Zarówno chora, jak i ja przeżyłyśmy wielką radość i wdzięczność dobroci Bożej.

*

I znowu zmieniły się władze.

Biegłam do katedry, mimo grozy i padających bomb, po gruzach i szkłach z powyrywanych okien, po księdza, bo już miał wstęp do szpitala. I znów przyszedł nieoceniony ks. Pośko. Bałyśmy się ogromnie, czy ksiądz zdąży wrócić potem do domu przed godziną policyjną, Wielka radość i wdzięczność Bogu - bo ksiądz doszedł szczęśliwie,

I jeszcze nawiążę do mojej tęsknoty za Komunią świętą. Szpital w Łucku przeniesiono na Krasne. Ogromny kawał drogi do katedry znajdującej się wówczas przy ul. Królowej Jadwigi. Dyżury były w szpitalu dobowe, a więc ogromne zmęczenie, złe odżywianie, brak sił fizycznych. Post eucharystyczny obowiązywał od godz. 12 w nocy. Rano nie jadłam w szpitalu śniadania, bo żal mi było Komunii świętej. Szłam do katedry ostatkiem sił. Idąc myślałam: - jeszcze krok, jeszcze dwa, a upadnę. Zdążyłam zaledwie na ostatnią Mszę św. o godz. 10. Dopiero około godziny 12 mogłam zjeść śniadanie, ale radośnie gościłam mego Pana w sercu, nie czując już zmęczenia.