Teresa Strzembosz

(1930-1970)

Apostolstwo w środowisku społecznym, czyli kształtowanie w duchu chrześcijańskim sposobu myślenia, obyczajów, praw i struktury własnego środowiska, jest tak dalece obowiązkiem i zadaniem świeckich, że nigdy przez nikogo innego w odpowiedni sposób nie może być zrealizowane. Na tym polu apostołują świeccy jak równi z równymi. Tutaj uzupełniają świadectwo życia świadectwem słowa. Tutaj, na płaszczyźnie czy to pracy, czy zawodu, czy studiów korzystając ze zbliżenia, jakie daje wspólne mieszkanie, wspólnie spędzone wczasy czy też stosunki koleżeńskie--najskuteczniej nieść mogą pomoc własnym braciom.

("Dekret o apostolstwie świeckich", 13)

Wszystko rozpoczęło się, gdy czternastoletniej dziewczynce Teresie powierzono opiekę nad dziećmi, których matka zginęła w powstaniu. Rok 1944, a więc czas niezwykle trudny. Okupacja, ciężkie warunki materialne, cierpienie i bieda ludzka kształtowały charakter Teresy Strzembosz. To doświadczenie, tak ciężko zdobywane, zasiane w sercu kształtowanym treścią Ewangelii i otwartym na drugiego człowieka wydało owoc miłości. "Służenie Bogu" - mówiła, formułując swój życiowy program.

Swoją działalnością obejmowała wszystkich ludzi, którzy potrzebowali pomocy, niezależnie od ich światopoglądu, pozycji społecznej czy stanu moralnego. Ratowała szczególnie tych, którzy w oczach ludzkich byli moralnie poniżeni, a pragnęli odzyskać poczucie wartości i sensu istnienia. Taką działalność ułatwiała jej otwarta postawa i gotowość współpracy z każdym środowiskiem i każdą instytucją, która chciała pomagać człowiekowi.

Szczególnie pasjonował ją los młodych dziewcząt, uwikłanych w środowiska zepsute moralnie. Odwiedzała nieraz w towarzystwie milicji domy publiczne, by ratować to, co dało się jeszcze uratować. Samotnym matkom pomagała w przetrwaniu trudnego okresu ich życia. Stwarzała im warunki do tego, by mogły przezwyciężyć trudności i dziecku własnemu dać życie, a potem to dziecko odpowiedzialnie wychować. Udzielała im dachu nad głową, chleba, potrzebnej rady, a przede wszystkim życzliwej troski. Dzięki niej mogły rozwiązać swój dramat życiowy zgodnie z sumieniem i zachowaniem ludzkiej godności. Współpracowała czynnie z Komisją Episkopatu Polski do Spraw Duszpasterstwa Rodzin oraz z Komisją do Spraw Duszpasterstwa Świeckich. Źródło tragizmu, zwłaszcza dla dzieci i młodzieży, widziała przede wszystkim w rodzinach źle sytuowanych. Organizowała poradnictwo rodzinne w parafiach.

Pomoc matkom niezamężnym i rodzinom łączyła z troską o dziecko. Chociaż zajmowała się wielu dorosłymi, to dziecko było dla niej kimś, o czyje prawo do życia i szczęścia walczyła stanowczo z największą·nieustępliwością, a nawet bezwzględnością. Widząc dzieci skazane na społeczne sieroctwo i związane z nim kalectwo uczuciowe włączyła się w pracę Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, zajmując się głównie adopcją. Dążyła do tego, aby dzieciom osieroconym zapewnić normalne życie, a bezdzietnym małżeństwom dać szansę rozwoju ojcostwa i macierzyństwa.

Pracą charytatywną Teresa starała się objąć wszystkie beznadziejne ludzkie sytuacje. Człowieka potrzebującego nigdy nie zostawiła samemu sobie. Dlatego jej życiowym pragnieniem była pomoc chorym. Widziała nie tylko ich materialne potrzeby, ale wykazywała troskę o ich dobra duchowe i kulturowe. W tym celu organizowała corocznie dziesięciodniowe wczasy-rekolekcje dla ludzi nieuleczalnie chorych i unieruchomionych. Przyczyniła się również do powstania duszpasterstwa lekarzy i pielęgniarek.

Chociaż z całym zaangażowaniem walczyła z ludzkim cierpieniem, to sama zrozumiała jego wartość i umiała ukazać prawidłowy sposób, w jaki winno być ono przyjęte. Osobiście bowiem doświadczyła wielu niepowodzeń, na przykład dopiero po sześciu latach usilnych starań dostaje się na studia medyczne. Gdy spełnia się jej szczytowe pragnienie, po pół roku z własnej woli rezygnuje ze studiów. Tę pozornie nierozsądną i dla wielu niezrozumiałą decyzję tłumaczą jej słowa: "Nigdy nie potrafiłam modlić się o to, żebym była przyjęta. Prosiłam tylko, bym mogła służyć ludziom cierpiącym w takiej formie, w jakiej Pan Bóg będzie tego chciał". Słowa te potwierdziła życiem. Rezygnacja ze studiów wyrażała szczególny akt wyboru przekreślający spełnienie marzeń całego życia, własną pozycję społeczną i sukcesy osobiste.

Osobiście Teresa doświadczyła cierpienia podczas swojej choroby nowotworowej, która wyrwała ją z pełni zaangażowania. Po ludzku sądząc, mogło to prowadzić do buntu, szczególnie, gdy się weźmie pod uwagę fakt, że jako trzydziestodziewięcioletnia kończyła swoje życie. W stosunku do tej "tragicznej rzeczywistości" wykazała zadziwiająco dojrzałą postawę, która ujawnia się w słowach: "Ja przecież zdaję sobie sprawę z tego, że byłam potrzebna. I jeżeli zostawiłam ją [pracę społeczną], to dla czegoś ważniejszego. Więc trzeba, żeby to było rzeczywiście ważniejsze, żeby to cierpienie, które jest, było potrzebne, żeby było dla Boga. Żebym tego nie spartaczyła".

W miarę rozwoju choroby mijało szczęście, które odczuwała na początku. Przeżywała bowiem bolesne męki i walki wewnętrzne; denerwowała się w oczekiwaniu na zastrzyk znieczulający. To zniecierpliwienie wkrótce przeradza się w ufność i poddanie się temu, czego chce Pan. Mówiła bowiem: "Chcę cierpieć tak długo, jak Ty zechcesz, ale nie umiem. Pomóż, żebym umiała". To poddanie się woli Bożej, tak w działaniu, jak w cierpieniu, wyrastało u Teresy z życia Ewangelią, z zażyłego kontaktu z Chrystusem. Mimo ogromu pracy od szesnastego roku życia codziennie uczestniczyła we Mszy świętej i przyjmowała Komunię świętą. Miłość do Chrystusa stanowiła również fundament, na którym wyrosła świadoma rezygnacja z założenia własnej rodziny.

Dzięki umiejętności zaufania drugiemu człowiekowi nie przyjmowała śmierci jako tragedii, ponieważ wierzyła, że inni mogą ją zastąpić. Chętnie przyjmowała nie tylko pomoc, ale całkowite zastąpienie siebie przez kogoś innego, jeżeli tylko pracę wykona dobrze. Do współpracy z sobą angażowała przede wszystkim zakony żeńskie, przed którymi otwierała szerokie horyzonty nowych form pracy, nowych dróg prowadzących do pomocy człowiekowi cierpiącemu. Niejeden klasztor otwierał gościnnie drzwi dla różnych bied ludzkich przez nią zgłaszanych. Niejedna zakonnica oddawała się pracy przez nią zainicjowanej. Uczyła również duchownych dostrzegać pozamaterialne potrzeby ludzkie.

O tym, jak nadzwyczajne było życie Teresy Strzembosz, świadczy jej niecodzienny pogrzeb. W dniu 10 czerwca 1970 roku kościół w Warszawie przy ulicy Piwnej szczelnie zapełnili wierni, a ołtarz otoczyli biskupi z kilku diecezji. Sama Teresa zażądała białych szat podczas liturgii pogrzebowej, aby w ten sposób dać znak wiary w radość spotkania z Panem, w radość śmierci. Słowo Boże wygłosił kardynał Stefan Wyszyński. Dzięki jej wierze w prawdy Ewangelii i ufności w drugiego człowieka mógł nad jej trumną powiedzieć: "Tereso, zaufaj! Sprawy, którym służyłaś i które kochałaś, będą obsłużone. Te sprawy i my także mamy w sercach i kochamy je. Zapewniamy, że prace przerwane będą dalej prowadzone".

Grafika do art. Teresa Strzembosz

[Rys. s. 205: Teresa Strzembosz.]