Święcone na posiołku

- Wot, wy czełowiek wieruiszczy, wierno?

No tak powiedzcie mi, dlaczego "Woskriessienie" (Wielkanoc) nie bywa w jednym czasie, jak na przykład "Rożdiestwo" (Boże Narodzenie)? No, co wy na to? Jak to jest?

Tymi słowami zwrócił się do mnie, przy jakiejś okazji, komendant NKWD na posiołku Wodopad.

Nie umiałam odpowiedzieć na pytanie. Nigdy w przeszłości nie zastanawiałam się nad tym, nie było potrzeby. Drukowano przecież odpowiednie kalendarze, opracowane przez specjalistów, z wszelkimi informacjami, również ksiądz ogłaszał z ambony o wszystkich świętach i uroczystościach w ciągu roku kościelnego. To zupełnie wystarczało. Wydawało [105]się, że tak będzie niezmiennie, zawsze. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, iż stanie kiedyś wobec rzeczywistości zesłania, że przyjdzie czas, w którym nie będzie wśród nas księdza ani kogoś takiego, kto by przypominał o Bogu, pilnował wiary i tradycji.

- Wot, widisz, nie umiejesz otwietiť.

Wstydziłam się, ale nie umiałam wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Rozmowa zakończyła się dużym zażenowaniem z mojej strony. Nie było to pochlebne. Takie miałam wówczas odczucie.

Być może, pytania enkawudzisty były celowe. Faktycznie, zbliżała się Wielkanoc. Już druga na zsyłce. Oni zawsze wiedzieli o datach świąt. Bywało, że zarządzali "wychodnoj dień", czyli wolne, w poniedziałek, a w Niedzielę Wielkanocną kazali iść do pracy.

Jeszcze nawet teraz, choć minęło przecież pół wieku, wystarczy pobyć w samotności, a powracają koszmarne wspomnienia tamtych lat. To już choroba. Stają przed oczyma fakty i wydarzenia, wielkie i małe, niektóre z nich błahe, na pozór nic nie znaczące, a jednak w gruncie rzeczy ważne. Przecież z tych małych, codziennych szczegółów składa się całość.

Wielkanoc przypadała w 1941 roku 13 kwietnia. W ten świąteczny poranek zebrano się, jak i w poprzednim roku, ażeby uczcić ten dzień. W wyznaczonym domu zeszli się ludzie przynosząc ze sobą świąteczne przysmaki. Przeważnie kawałek chleba i sól, bo mało kto miał coś poza tym. Gospodyni domu najpierw pokropiła stół prawdziwą wodą święconą, którą ktoś zabrał ze sobą z Polski, po czym natychmiast ją schowała. W zamian na stole stanęła butelka napełniona zwykłą wodą rzeczną. Zaczęto odmawiać modlitwę. W tym momencie wpadł z hałasem komendant NKWD Ogarkow, siejąc postrach. Zaraz od progu zaczął groźnie krzyczeć, rozwścieczonym wzrokiem obejmując zebranych.

- Polewacie żywność jakąś brudną, zatęchłą wodą, odprawiacie przy tym zabobonne praktyki, od tego chorujecie, narzekacie potem na "sowietskoje prawitielstwo i gołod"!

Sprawa zaczęła przybierać charakter polityczny. Złapał butelkę i potrząsając nią wrzeszczał dalej:

- Zabezpieczę, zalakuję, odeślę do laboratorium w Archangielsku dla zrobienia analizy, która wykaże zawartość bakterii i wszelkich infekcji w wodzie. Wtedy zobaczymy dokładnie, co jest powodem waszych chorób. Ja wam wszystkim pokażę i udowodnię, od czego panuje na posiołku "panos" (dyzenteria). To wam tak gładko nie ujdzie!

Wszyscy milczeli, przejęci strachem, zresztą komendant nie oczekiwał odpowiedzi. Zabrał butelkę i wyszedł, jeszcze za drzwiami złorzecząc i łając, choć nikt mu nie oponował.

Nie pomyślano wówczas, że czyn z zamianą butelki był więcej niż nierozważny. Co prawda, komendant nic nie wiedział, że jest oszukany. O tym zaś, co będzie dalej, nikt w owej chwili nie myślał.

Najważniejsze, że woda święcona nie dostała się w ręce NKWD. Nie będą się nad nią natrząsali. Według mniemania wszystkich cel został osiągnięty. Uważano to za sukces. Reszta się nie liczyła zupełnie. Rozum wtedy nie dochodził do głosu. Wszystko załatwione brawurowo, z fantazją, po polsku!

Jednak po fakcie przyszła rozwaga. Oczywiście, było z góry wiadome, co wykaże analiza wody rzecznej. Czegóż tam nie było! Można to było dostrzec okiem, a cóż dopiero przy pomocy odpowiednich urządzeń. W rzece pojono bydło, prano bieliznę, ściekała woda mydlana z łaźni. W ogóle wszystkie czynności gospodarcze tam wykonywano. Wprawdzie była to woda bieżąca, jednak przy posiołku mocno zanieczyszczona. Można sobie wyobrazić, jakie przyjdą wyniki badań laboratoryjnych. I to miała być woda święcona! Strach pomyśleć o skutkach. Co wtedy? Ano, w razie konieczności trzeba będzie się odważnie przyznać do podstępu, ratując ogólnie sprawę. Ktoś to będzie musiał wziąć na siebie. Ciarki przechodziły po skórze na myśl, co będzie, gdy wszystko się wyda.

Na razie był spokój. Niektórzy już zaczynali zapominać o "święconce". Życie posiołkowe toczyło się dalej monotonnie, bez zmian w swej szarzyźnie i beznadziejności. Rano pójście po chleb do magazynu - tak nazywano tutaj sklep - po południu po zupę do stołówki i koniec wydarzeń. Prawda, zostało jeszcze wyczekiwanie na pocztę. Dotyczyło to wszakże przeważnie tylko niektórych szczęśliwców, mających rodziny na wschodnich terenach Pol[106]ski, wcielonych do Związku Sowieckiego. Ale i oni, otrzymawszy listy, niewiele mogli z nich odczytać. Wiadomości były skąpe, dotyczyły wyłącznie sytuacji rodzinnych. Takie były wymagania władz, jeżeli w ogóle chciało się otrzymywać korespondencję. A już broń Boże, nie wolno było poruszać tematów o charakterze politycznym (nie wiadomo było jednak, co w owym czasie było niepolityczne). Jeśli coś wydawało się choć trochę niejasne, taki list nie dochodził nigdy do adresata.

Wybuch wojny sowiecko-niemieckiej w roku 1941 był ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, także i dla Sowietów. Między wczorajszymi "sojużnikami" zaczęła się straszliwa wojna, zmieniająca całkowicie sytuację ogólną.

Położenie Polaków przebywających na zesłaniu znacznie się pogorszyło. Stosunek NKWD, bez powodu, stał się jeszcze bardziej wrogi i nieufny. Zresztą los obywateli sowieckich też nie był do pozazdroszczenia.

Niesamowita wiadomość o napaści Niemiec na kraj Sowietów została oficjalnie ogłoszona przez NKWD wszystkim na specjalnym zebraniu. Wstrząsnęła posiołkiem. Jakby zbudzili się z letargu nieszczęśni, deportowani Polacy, żywiąc ukryte nadzieje na odmianę swego losu w związku z nowymi wydarzeniami na świecie. O niczym innym nie mówiono. Snuto różne domysły i przypuszczenia, coraz bardziej fantastyczne i niewiarygodne. Niektórzy dopatrywali się w tym ręki Opatrzności.

Z rozpoczęciem "otieczestwiennoj wojny" wszelkie sprawy nie związane z obronnością kraju odeszły na dalszy plan, stały się zbędne i nieużyteczne.

Zakończył się też, i zamknął na zawsze, problem badań "wody święconej", rzekomo zagrażającej zdrowiu ludności polskiej, zesłanej do Wodopadu.

Komendant NKWD nie dowiedział się nigdy, jak przez polskie kobiety został wyprowadzony w pole w ów poranek wielkanocy. Niektórzy mieli potem wielką ochotę, ażeby mu wygarnąć prawdę o rzekomej "wodzie święconej" z miejscowej rzeki. Roztropność jednak radziła powstrzymać swędzące języki i nie wywoływać przysłowiowego "wilka z lasu".