Świadectwo śmierci

Śmierć jest sprawiedliwa - powtarzają ludzie - bo wszyscy, zarówno król jak i żebrak, umrzeć muszą, a ciało każdego w proch się rozpada. Taka w rzeczywistości jest prawda. Ale prawdą jest też, że nie wszyscy jednakowo umierają. Jedni odchodzą spokojnie, z godnością, niemal z radością i szczęściem, a niektórzy z lękiem, z trwogą i zachowują się czasem w sposób wprost żenujący. Ta ostatnia chwila uwarunkowana jest całym poprzedzającym życiem.

Śmierć jest zatem sprawiedliwa i w tym znaczeniu, że w chwili konania pokazuje się, kim naprawdę jest umierający. Podczas życia wielu mógł wprowadzić w błąd. Piastował może władzę, wysokie urzędy, posiadał bogactwa, wielkie wpływy, ozdabiano go orderami, tytułami, nagradzano godnościami itp., uchodził więc za wielkiego. W chwili agonii to wszystko traci znaczenie i w całej pełni okazuje się złudność tych poszukiwanych i cenionych za życia wartości. Człowiek pozostaje wówczas sam i w całej ostrości ujawnia swą istotną wartość. Potwierdza się wówczas twierdzenie, że śmierć jest taka, jakie było życie. Podle życie kończy się nikczemną śmiercią, a kto żył uczciwie, umiera z godnością.

Ale nie o podłych należy nam mówić, chyba tylko dla nauki i przestrogi, pamiętajmy raczej o tym, co piękne.

Najdonioślejsza jest śmierć Chrystusa Pana. Umierał w wielkiej poniewierce i poniżeniu, a przecież na krzyżu odniósł walne zwycięstwo nad szatanem, nad grzechem, nad złem. Zgromadzona na Kalwarii tłuszcza nie dostrzegła tego zwycięstwa, gdyż jako fakt natury duchowej, nie było ono dostępne dla tych, którzy patrzyli zbyt cieleśnie. Ale ci, którzy nie dali się zaślepić nienawiści, widzieli, że ten umierający w cierpieniach i męce Skazaniec jest mocarzem. "Ten był Synem Bożym" - wołał setnik. "Wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do królestwa swego" - błagał skruszony łotr. A nawet wrogowie, którzy wydali Jezusa na śmierć i paśli swoje nienawistne oczy widokiem Jego męki, nie dowierzali swemu zwycięstwu i nie mieli pewności, że już Go pokonali. Swój niepokój zdradzili, gdy prosili Piłata, aby postawił straż przy grobie zamęczonego Jezusa. W tym wypadku mieli rację, nie pomylili się. Śmierć Chrystusa była pozornie klęską, a w rzeczywistości stała się zwycięstwem, co potwierdziły dalsze wydarzenia. Chrystus żyje i nadal zwycięża.

Takich bohaterów, którzy na wzór Chrystusa zwyciężali w chwili śmierci, jest wielu. Z niezliczonych szeregów wybierzmy tego, którego rocznica zgonu przypada 14 sierpnia -św. Maksymiliana Kolbego.

Kaci chcieli go poniżyć, zniszczyć, imię jego wydrzeć z ludzkiej pamięci raz na zawsze zastępując je kolejnym numerem. Nie dopięli swego. Stało się wręcz przeciwnie. O. Maksymilian odniósł zwycięstwo, a oni ponieśli klęskę.

Zwycięstwo św. Maksymiliana jest wielowymiarowe i zaznaczyło się na różnych płaszczyznach. Święty odniósł je już w momencie zgłoszenia gotowości pójścia na śmierć za skazańca. Choćby nawet jego oferta nie została przyjęta, zwycięstwo stało się już faktem. A to, co potem nastąpiło, było tylko potwierdzeniem i skonkretyzowaniem tego zwycięstwa. W owym bowiem momencie wniwecz obróciły się wszystkie wysiłki oprawców obozowych zmierzające do wzbudzenia wszechogarniającego strachu, złamania ludzkiej solidarności, do zastąpienia miłości, szacunku, międzyludzkiej życzliwości nienawiścią, egoizmem, nieufnością, podejrzliwością, bezwzględną walką o byt, o przedłużenie choćby o chwilę własnego życia... Zmizerowany i wycieńczony więzień swoją ofiarą, swoim aktem miłości dowiódł, że prześladowcy mimo wyrafinowanej metody ludobójstwa nie zdołali zabić u wszystkich poczucia ludzkiej godności, a miłość jest silniejsza niż strach i śmierć.

Prymas Tysiąclecia wielokrotnie powtarzał, że O. Maksymilian "prawdziwie wygrał drugą wojnę światową". Wojny prowadzi się przy użyciu środków militarnych, ale ich źródłem [229]jest nienawiść, chciwość, zazdrość, fałszywe ambicje i inne wady. Usunąć wojny z życia narodów można jedynie na drodze wyrugowania z ludzkich dusz tych właśnie namiętności, lecz w pierwszym rzędzie nienawiści. A nienawiść można szerzyć środkami przemocy, natomiast nie można jej zwalczać przez stosowanie innych środków przemocy. Pokonać ją można jedynie miłością i dobrocią. "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" - przypomniał nam Jan Paweł II radę Apostoła w przemówieniu wygłoszonym przed rokiem na terenie Niepokalanowa. Tę właśnie broń zastosował św. Maksymilian w obozie oświęcimskim i zwyciężył.

Sukces św. Maksymiliana, odniesiony na placu oświęcimskim, ktoś podniósł do rangi bezgłośnego i udanego protestu. Na terenie obozu, gdzie jedyną regułą dozwoloną była nienawiść, akt miłości O. Maksymiliana był przeciwuderzeniem, aktem sprzeciwu, prowadzącym do wyzwolenia z więzów narzuconego reżimu nienawiści. Kaci i oprawcy obozowi nie zaniechali oczywiście nienawiści i okrucieństw, ale O. Maksymilian swoim konkretnym aktem miłości zrobił wyłom i pokazał drogę do wolności nie tylko tamtym w obozie, ale i nam wszystkim. Przykład ten działa i zatacza coraz szersze kręgi. Ilu ludzi już obejmuje, a ilu jeszcze obejmie, trudno powiedzieć.

Kardynał Wyszyński w 1960 r. powiedział w Niepokalanowie do młodzieży: "Przed O. Maksymilianem uklękną w bazylice św. Piotra w Rzymie wszystkie narody i oddadzą mu hołd, ale nie tylko jemu. Będą uwielbiać i tę ziemię, po której on chodził, na której pracował, której chlebem się karmił i na której umarł". Były to słowa prawdziwe.

Idea św. Maksymiliana żyje i rozwija się poprzez pomnażanie szeregów Rycerstwa Niepokalanej na całym świecie. Zwycięstwo św. Maksymiliana jest realnym faktem. Pamiętać jednak należy, że śmierć ukoronowana takim zwycięstwem możliwa była tylko po świętym życiu.