w Rocznikach czyli Kronikach sławnego Królestwa Polskiego Jana Długosza (1415-1480)
Rok Pański 981
Kiedy zmarł pierwszy biskup praski Dytmar, kler i lud wybrali jednomyślnie biskupa Pragi Checha Wojciecha, czeskiej narodowości i języka, zrodzonego przez szlachetnych rodziców: ojcem jego był Sławnik, matką. Strzeżysława, jego wybór już zawczasu przepowiedziały demony w ciałach opętańców jako godny i święty. Ten otrzymał na chrzcie świętym imię czeskie Wojciech, co znaczy pocieszyciel wojsk, ale Albert biskup magdeburski, u którego spędził młodość, przezwał go Adalbertus, powodowany trudnościami przy wymawianiu pierwotnego imienia.
Rok Pański 989
Wojciech biskup praski widział, że naród czeski, którego był jedynym biskupem, popełnia wielkie przestępstwa; główne z nich były następujące: posiadali po kilka żon wbrew prawu katolickiemu, odbywali pogańskie praktyki religijne, swoich własnych poddanych synów i córki, noszących na sobie znamię Chrystusa, sprzedawali w niewolę, handlowali w dni świąteczne, wybierali sobie groby w miejscach nie poświęconych; wszelkie dotąd upomnienia przez niego stosowane mieli w pogardzie. Poradziwszy się więc mężów roztropnych, postanowił opuścić stolicę biskupią i przyjąć habit mniszy.(...) Będąc w Rzymie, za radą mężów zakonnych wstąpił do klasztoru św. Aleksego i św. Bonifacego i począł wieść surowe życie zakonne wraz z bratem Gaudentym, który wraz z nim skrył się w tym samym klasztorze, a uważali go wszyscy dla gorliwości w życiu i obcowaniu z innymi prawie za anioła Bożego, ponieważ wyglądając jak zwykły śmiertelnik prowadził życie [godne] świętego i podziwiane zarówno przez swoich, jak obcych, świecąc zarazem słowem i przykładem.
Rok Pański 994
Czcigodny biskup praski Wojciech widząc, że lud czeski, do którego powrócił z rozkazu papieskiego, by mu zapewnić opiekę i kierownictwo, buntując się przeciwko jego władzy trwał w bezecnym obrażaniu Boga, opuszcza powtórnie Pragę... Powróciwszy do Rzymu otrzymuje od papieża Benedykta VI uwolnienie od więzów łączących go z biskupstwem praskim i uzyskuje pozwolenie nauczania ludów pogańskich siedzących poza granicami Polski. (...) Przybywa do księcia węgierskiego Geyzy, aby go utwierdzić swoimi upomnieniami w wierze katolickiej i jej obrządkach, którą tenże, jak słyszał, przed kilku laty przyjął. Skoro zaś doniesiono księciu Geyzie i żonie jego księżnie Adelajdzie o jego przybyciu, zapanowała wielka radość. Na chwałę Bożą rozbrzmiały organy, wiedzieli bowiem, że przybywa do nich mąż, który dawno był im w widzeniu przepowiedziany. Przyjęty przeto z wielką czcią i przychylnością, udzielił synowi księcia Geyzy, Stefanowi, sakramentu bierzmowania i przez przeszło rok miodopłynną mową głosił Słowianom i Hunom słowo Boże, sam i bracia jego, nawracając licznych Słowian i Hunów trwających dotąd w bałwochwalstwie.
Rok Pański 996
Opuściwszy Węgry biskup praski Wojciech przybywa do Polski. Z wielką radością i czcią zostaje przyjęty przez księcia polskiego Mieczysława, jego syna Bolesława, cały lud i duchowieństwo. Najpierw zatrzymał się pewien czas w Krakowie (przybywającemu z Węgier był on bowiem pierwszy po drodze) i na rynku owego miasta oddawał się świętym obowiązkom nauczania w swoim rodzimym czeskim języku, dobrze rozumianym przez Polaków. Zbierały się koło niego liczne rzesze z okolicznych ziem; wielu bowiem w chorobach, bólach i potrzebach swoich otrzymywało od niego pocieszenie, którego pragnęli, a trapieni przez złe duchy - wyzwolenie. Męża zaś Bożego ogarniała przedziwna radość, na widok, że cała Polska świeci blaskiem czystości wiary świętej i wielkim żarem pobożności, że ma dziewięć kościołów katedralnych, że inne miejsca święte są we czci, że biskupi i słudzy Boży zażywają wielkiego poważania. (...) Opuściwszy arcybiskupstwo krakowskie wśród opłakującego jego odejście tłumu duchowieństwa i ludu, który daleko go odprowadzał, przybywa do drugiej stolicy arcybiskupiej Polaków, do Gniezna. W czasie zaś drogi, w każdej prawie wsi i wiosce, do której przybywał, z taką gorliwością nauczał Polaków, że nawet przewodnicy, zniecierpliwieni długą zwłoką, często go opuszczali. (...) Zdarzyło się zaś w tym czasie, że zmarł arcybiskup gnieźnieński Robert. Jego miejsce zajął św. Wojciech, zniewolony usilnymi prośbami księcia Mieczysława, syna jego Bolesława, całego duchowieństwa i ludu. Tam zaczął podniecać słowami i zapalać nauczaniem dusze zgnuśniałe i mało zatroskane o przyszłe zbawienie oraz niszczyć narosłą na nich skorupę beztroski o sprawy wieczne.
Rok Pański 997
św. Wojciech, arcybiskup gnieźnieński, płonąc gorącym i żarliwym pragnieniem pozyskania korony męczeńskiej, został o tym upewniony w zesłanym mu widzeniu. Widział bowiem dwa szeregi błogosławionych dusz, promieniujących niebiańskim blaskiem, jeden w purpurze, drugi w bieli; a kiedy zdumiony zastanawiał się, co miałoby oznaczać to widzenie, głos niebieski oznajmił mu, że dwa orszaki świętych męczenników i dziewic, przyodzianych już chwałą nieśmiertelności, które widział, są chórami, do których w nagrodę zostanie przyjęty. Pod przemożnym wpływem tego widzenia opuścił stolicę gnieźnieńską, ku zmartwieniu i bólowi księcia polskiego Mieczysława i syna jego Bolesława. Wyświęciwszy na swoje miejsce na arcybiskupa gnieźnieńskiego brata swego Gaudentego, w towarzystwie trzydziestu rycerzy i dworzan księcia polskiego Mieczysława udał się ku graniczącej z ziemiami Polaków, rozciągającej się aż ku morzu krainie Prusów. W tym czasie Prusowie, lud srogi i okrutny, pogrążeni byli w bałwochwalstwie i czci demonów i tak jawnie zaślepieni w błędach, że czcili jako bogów, ptaki, ogień i inne stworzenia... Mieli własny język, częściowo pochodzący z łaciny, a trochę podobny do litewskiego. Mieli jednego najwyższego kapłana rezydującego w stolicy zwanej od Rzymu Romowe. Rozkazy jego musieli posłusznie wykonywać pod karą śmierci. W ich języku nazywał się on Krywe. (...) Mąż Boży św. Wojciech przybywszy do kraju Prusów, począł za pośrednictwem tłumacza danego mu w tym celu umyślnie przez księcia Mieczysława, głosić ewangelię Chrystusową ludowi pruskiemu; nawracając ich od kultu demonów uczył, że to, co czczą, tj. słońce, księżyc, gwiazdy, zwierzęta i ogień... są tworami prawdziwego Boga (...) I chociaż widział, że lud pruski oporny jest wobec tego, co głosił, i trudny do oswojenia, za łaską Bożą jednak, która mu udzieliła daru głoszenia Jego imienia poganom, nie rozpaczał, a z dziwną wytrwałością i cierpliwością bardzo pilnie prowadził podjęte dzieło nauczania, znosząc liczne krzywdy i obelgi do tego stopnia, że często wypędzany z domu i pozbawiony dachu nad głową musiał szukać przytułku pod gołym niebem, dręczony deszczem i zimnem. (...) Za poduszczeniem swego najwyższego kapłana Krywe i zachęceni przez innych pogańskich kapłanów, naczelnicy Prusów spiskują na jego zgubę. Kiedy przeto mąż Boży przybył [117]do wioski leżącej nad morzem, w pobliżu miasta, które nazywa się Feszhaus, i w piątek 23 kwietnia na skalistym wzgórzu odprawiał uroczystą Mszę św. wzywając miłosierdzia Bożego pokornymi modłami i ofiarą za nawrócenie Prusów, ci rzucają się na niego i pobitą, i potłuczoną licznymi ciosami, siedem razy przebitą głowę odcinają od ciała i wieszają, dla większego urągowiska, na sąsiednim drzewie; przez trzy dni, przez które była wystawiona, pilnie strzegł jej i bronił orzeł. Tak owa dusza błogosławiona, poniósłszy męczeństwo od katowskich razów, wstępuje w otoczeniu aniołów przed tron Najwyższego Majestatu Bożego, aby otrzymać podwójny wieniec i zażywać wieczności. Gospodarz, który udzielił gościny świętemu, zachował poćwiartowane ciało błogosławionego męża, zebrawszy je do kosza, a Prusowie, obawiając się, aby po śmierci nie doznali od niego jakichś przykrości, zakopali je starannie i w tajemnicy, pod strażą, w pobliżu wioski, w której został zamordowany (...).
Rok Pański 1000
Prusowie widząc, że św. Wojciech, błogosławiony męczennik Chrystusowy, był drogi przesławnemu księciu polskiemu Bolesławowi tak za życia, jak po śmierci, wysyłają do księcia polskiego posłów, którzy używając pysznych słów takie sprawują poselstwo: "...Zbrojnie nie możesz pozyskać ciała twego Boga, ponieważ jest pochowany w miejscu nieznanym i niedostępnym dla ciebie i dla innych; natomiast jeśli pragniesz je mieć, jest to sprawa nie miecza, lecz srebra. Damy ci Je, jeśli w zamian zgodzisz się zapłacić tyle srebra, ile zaważy". Książę polski Bolesław, na inny czas zachowując ukaranie pychy Prusów, wysyła duchownych i Rycerzy do Prus i daje im z wielką hojnością dostateczną ilość srebra ze skarbca książęcego. Kiedy dotarli na miejsce, możni Prusowie przynieśli, zgodnie z układem, z ukrytego miejsca ciało święte, pachnące cudowną wonią. Najpierw Polacy sprawdzają, czy jest to samo. Rozpoznawszy, kładą je na wagę dla odważenia srebra przysłanego przez księcia polskiego Bolesława. Jednak gdy złożyli na drugiej szali wagi srebro, święte ciało, które za życia było narzędziem i mieszkaniem Ducha św., tak straciło na wadze, że nie mając prawie żadnego ciężaru odpowiadało maleńkiej odrobinie srebra. Zdumienie ogarnęło wszystkich, tak Polaków, jak Prusów. Nie śmieli jednak Prusowie zatrzymać ciała, żeby za pogwałcenie umowy przez nich zaofiarowanej nie narazili się na słuszną wojnę z księciem Bolesławem i Polakami. (...) Kiedy zaś książę polski Bolesław dowiedział się z opowiadania posłów wysłanych do Prus, w jaki sposób, za łaską Bożą, dokonało się ważenie ciała świętego męczennika Wojciecha, wielce uradował się i wielbił Zbawcę, który jemu i Polakom udzielił tak cudownego dobrodziejstwa. (...) Z wielką czcią umieścił je w katedrze metropolitalnej gnieźnieńskiej, której święty w swoim czasie sam był arcybiskupem. Po przeniesieniu ciała świętego Wojciecha do Gniezna, zaczął mąż Boży jaśnieć licznymi i ustawicznymi cudami. Dla proszących w różnych dolegliwościach stał się wielkim wspomożycieIem. Dlatego nie tylko z Polski, lecz z najbardziej odległych stron Niemiec i Węgier zaczęły ściągać do grobu Świętego liczne tłumy, a uzyskiwały tam zdrowie i pocieszenie. Nie przytoczyliśmy w tym dziele, aby obecnego tomu nadmiernie nie powiększać, zdziałanych przez niego wielu cudów, ponieważ są zapisane w licznych księgach.
(Fragmenty ze ss. 263-297 "Księgi drugiej").

