Spotkałem śmierć

Śmierć. W domu rodzinnym mówili o niej, że jest okrutna. Zabrała mi starszego braciszka, po długiej chorobie. Nawet go nie widziałem...

Gdy zmarł sąsiad, chciałem zobaczyć "śmierć, co go zabrała". Słychać było żałobne śpiewy w oddali. Siostry wchodziły na płot. Ja płakałem, że nic nie widzę. Brat posadził mnie na ogrodzeniu. Ujrzałem lśniącą w słońcu trumnę wśród gromady ludzi. Śmierć nie wydawała mi się straszna pośród zielonych pól, śpiewających ptaków i błękitu nieba.

Kiedy byłem starszy, słuchałem długiej dyskusji, czy mogę iść na wieczorowe modlitwy do domu, gdzie umarł gospodarz. Przeważył głos mamy: "niech się napatrzy". Poszedłem. Nie zasłaniano mi oczu. Długo patrzyłem na bladą twarz nieboszczyka. Uświadomiłem sobie, że nie powstanie nigdy własną mocą. Utkwiły mi w pamięci czarne szaty najbliższych [316]i ich żałosne, zapłakane twarze. Potem brałem czasem udział w pogrzebach, przejęty grozą żałobnych, głośnych śpiewów, zwłaszcza w kościele w niepojętym dla mnie języku.

Zajrzała mi w oczy we wrześniu 1939 r., gdy z niemieckiego samolotu (o polskich znakach) padły strzały. Świst kul słyszałem, a ich bliskość (podmuch) odczułem poruszoną czapką. Miałem osiem lat. Upadłem na ziemię, pozorując śmierć, świadom niebezpieczeństwa. Gdy się podniosłem, stwierdziłem, że mój brat leży z tego samego powodu. Przedtem sądziliśmy, że to polski samolot i machaliśmy do niego rękami. Leciał bardzo nisko.

Otrzaskałem się ze śmiercią w takt SS-mańskich butów, które budziły grozę. Gdy kończyła się wojna, dziwiłem się, że wszyscy z najbliższej rodziny uniknęli śmierci. Dziękowałem Bogu za życie.

Odczułem cień śmierci, gdy dowiedziałem się, że polegli na wojnie trzej znani mi żołnierze (kilka lat ode mnie starsi), którzy poszli na Warszawę i Berlin w 1944 r. Okrutnie mnie przeraziła, gdy zginęło od miny w 1945 r. czterech chłopców w moim wieku. Podgrzewali minę na ognisku. Tatuś chciał, bym się napatrzył na pogrzeb z bliska i omijał niewypały. Widziałem ich blade twarze, poznaczone odłamkami, i zrozpaczoną matkę, która żegnała dwóch synów, moich krewnych. Modliłem się gorąco, by ich skrócone życie trwało zawsze w Niebie. Tego się nie da zapomnieć.

Zobaczyłem złośliwość śmierci, gdy zmarł kolega z mojej klasy w szesnastym roku życia i nieśliśmy jego trumnę w sześciu wśród łanów zbóż i polnych kwiatów w końcu czerwca.

Chodziłem po śladach śmierci, gdy w zgruzowanej Warszawie w 1945 r. czuć było odór rozkładających się ciał, przysypanych gruzami, których nie było komu i jak usunąć. Widziałem jej ofiary, gdy na Polu Mokotowskim (naprzeciw Politechniki) w Warszawie odkopano groby powstańcze, by przenieść szczątki na cmentarz.

Potem wydawało mi się, że śmierć wyjechała do Japonii, Wietnamu, Korei czy gdzieś dalej. Nie rzucała się w oczy, przynajmniej w moim otoczeniu.

Gdy znajomy w średnim wieku leczył wargę przypaloną papierosem i w ciągu roku zamęczył go rak, zacząłem myśleć, że wszyscy nosimy jej ślady. Nie miałem ochoty zaczynać palenia tytoniu. Jej widmo zjawiało się w mieście, gdy przejeżdżały czarne autobusy Zakładów Pogrzebowych z poważnymi pasażerami i trumną. W Warszawie i wielu miastach wykwaterowano ją spośród żyjących - za miasto, by nie ujawniała swego cmentarnego żniwa. Wyznaczono też jej specjalne miejsca działalności: szpitale, sanatoria, domy starców, emerytów, opieki, zwane domami pogodnej starości (po cichu - umieralnie). Coraz częściej śmierć zaczęła się zjawiać na ulicy w miarę rozwoju motoryzacji. Czasem o niej mówiono, czasem przemilczano wypadki.

Na filozofii dowiedziałem się, że jest najpewniejsza dla każdego żyjącego, że wciąż umieramy, gdyż się do niej zbliżamy.

Wstrząsnęła mną dogłębnie, gdy dowiedziałem się o śmierci chorego od lat - taty. Poczułem blisko jej ostrze. Zasmuciłem się bardzo, gdy zabrała mi kolegę - kapłana przed rokiem wyświęconego.

Jako duszpasterz spotykałem ją coraz częściej w różnych okolicznościach, nawet w pięknie urządzonych domach. Długo będę pamiętał, jak jej ofiara w dwa lata po wybudowaniu willi nie dała się wynieść w trumnie wąskimi drzwiami. Trzeba było wystawiać trumnę oknem. Projektant nie przewidział takich mebli jak trumna, a właściciel śmierci się nie spodziewał.

W następnych latach spotykałem śmierć na co dzień jako kapelan poliklinicznego szpitala. Nie miała względu na osobę: zabierała młodych i starych, żonatych i samotnych, zwyczajnych ludzi szarej roboty i tych na stanowiskach, staruszki i noworodków, a nawet urodzonych przed czasem "kosiła" bezlitośnie. Sprzed moich oczu zabrała: siostrę zakonną, prałata, kanonika, a nawet biskupa. Najdłużej męczyła młodego ojca rodziny, który zdrowie przepił. Zwykle usuwano zmarłych błyskawicznie do kostnicy, później "lodówki", bo kolejka po trumny rosła.

Gdy wychodziłem ze szpitala po rozdaniu chorym Komunii św., dziwiłem się codziennie, że jeszcze słońce świeci i ludzie się śmieją. Przerażał i napełniał bólem koszmar ludzkich cierpień i krawędź śmierci. Czasami jednak [317]śmierć wydawała mi się nieodstępną towarzyszką życia, która najczęściej szła za mną, zabierając tych, których namaściłem Olejem świętym. Nieraz mnie uprzedziła, gdy się z nią nie liczono lub w nią nie wierzono.

Pewnego dnia zaatakowała i mnie. Powalony na ziemię leżałem po zapaści na serce. Opatrzność Boża sprawiła, że mnie wcześnie odkryto. Kolega - kapłan rozgrzeszył mnie i namaścił Olejem św. na pożegnanie, a ja zdziwiony rozwarłem oczy jeszcze na tym świecie. Pogotowie Ratunkowe zjawiło się w porę. Już przygotowałem się do skoku w ramiona Ojca Niebieskiego, wzbudzając akt żalu za grzechy, akt wiary i miłości. Śmierć uciekła i dała mi spokój przez 25 lat. Czekam na nią spokojnie pracując na życie wieczne na służbie u Tego, który powiedział: "Ja jestem Zmartwychwstanie i Życie, kto wierzy we mnie, choćby umarł, żyć będzie na wieki. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym".

Oswoiłem się ze śmiercią. Spotkałem ją nie raz. Nie jest mi straszna. A gdy o niej zapominam, odwiedzam chętnie cmentarze, na których tylu znajomych, młodszych ode mnie. Podziwiam św. Maksymiliana Kolbego, który wyszedł jej naprzeciw bez lęku, z nadzieją. Nie bał się jej i ja staram się nie bać. Liczę się tylko z jej możliwością w każdym czasie i przygotowuję się na nią. Jezu, ufam Tobie!