Spełnione pragnienia...

Mój pięcioletni synek zaraził się szkarlatyną. Było to w małym miasteczku podczas wojny. Warunki trudne. Przewiozłam go do szpitala, gdzie, jak się później dowiedziałam, położono go z dziećmi chorymi na odrę i dyfteryt. Po powrocie do domu chory nie wracał do zdrowia. Gorączka - około 40° utrzymywała się stale. Lekarz był bezradny. Sama znalazłam lek na obniżenie gorączki. Przez dwa tygodnie stan się nie zmieniał. Zajrzałam mu do gardła. Podniebienie miało dziwny ceglasty kolor. Babcia orzekła: dyfteryt. Trzeba do szpitala. Zanim dotarłam do Krakowa, minęły jeszcze dwa dni. Chłopiec męczył się i krztusił. Nie mógł już mówić. Badania szpitalne wykazały, że dyfteryt usadowił się w nosie i zaatakował już tchawicę. "Trzeba robić cięcie, ale jest to ryzykowne. Wszystko w ręku Boga" - powiedział lekarz. Pobiegłam do kościoła. Modliłam się. Zdało mi się, że słyszę głos:

- "Czy chcesz ratować dziecko za wszelką cenę?"

- Tak, proszę o to.

- "A jeśli wyrośnie na przestępcę?"

- Nie, nie - to straszne.

- "Więc co ofiarujesz za jego życie?" Odpowiedziałam: Może mnie nie kochać...

Nabrałam nadziei. Zostawiłam go w szpitalu. Leczono go zastrzykami. Operacja okazała się niepotrzebna. Wkrótce wypisałam go zdrowego, ale bardzo wychudzonego ze szpitala. Pewna siostra zakonna poradziła mi, bym do pokarmu dodawała mu młodej pokrzywy. Po miesiącu takiej kuracji wyglądał lepiej niż dzieci, które wcale nie chorowały.

W miarę powrotu do zdrowia, syn się zmieniał, odsuwał się ode mnie, stawał się złośliwy i obcy. Gdy wyrósł, te cechy ujemne spotęgowały się. Nie potrafiłam zdobyć jego miłości. Kochałam go jednak, choć nie pobłażałam i wytykałam jego błędy. Nie buntowałam się też, bo wiedziałam, że to była ofiara za jego życie. Martwiłam się bardzo, że zagubił gdzieś wiarę w Boga. Modlę się za niego i mam nadzieję, że wyproszę tę łaskę u miłosiernej Matki Bożej.

Pustka, którą odczuwałam po odsunięciu się syna ode mnie, sprawiła, że zaczęłam się interesować losem otaczających mnie dziewcząt i chłopców. Wkrótce zebrałam gromadkę przybranych dzieci (dziesięć córek i pięciu synów). Wdzięczna im jestem za wzajemne uczucia i za listy, odwiedziny, wiadomości o życiu ich rodzin. Doliczyć trzeba "zięciów, synowe i wnuczęta"! To także ogromna łaska, za którą. dziękuję codziennie. Moje życie i moje serce wzbogaciło się wielce.

* * *

Mój mąż zapadł na ciężką grypę, organizm miał osłabiony przebytą grypą i zdrowie nie chc4ało powracać. Buntował się i narzekał: "Dlaczego właśnie ja muszę chorować?" Złe myśli dręczyły go nieustannie: "Niesprawiedliwe, że właśnie ja". Wywią2ało się zapalenie oskrzeli. Zabrano go do szpitala, gdzie załamał się zupełnie. Nie wierzył lekarzom, nie chciał brać lekarstw, w czasie odwiedzin płakał, chciał wrócić do domu. Ordynariusz nie zgodził się na wypisanie. "Mąż pani jest bardzo słaby. Ma jeszcze dwa tygodnie życia przed sobą".

Najbliższemu człowiekowi grozi śmierć. Gdzie szukać ratunku? Przyjaciele wybierają się do Niepokalanowa i mnie proponują wyjazd.

Jestem tu po raz pierwszy. Największe wrażenie robi na mnie cela św. Maksymiliana. Ubożuchna, maleńka, lecz ogromna duchem świętości tego, który poświęcił swe życie Matce Niepokalanej. Wzywam jego pomocy. Wyroków Bożych odwrócić nie można, ale proszę chociaż o jeden rok ży[57]cia dla męża. Nie chcę, aby odszedł zrozpaczony i zbuntowany, obojętnie patrzący na cierpienie innych. Postanawiam: "Jeśli można odsunąć śmierć na rok, zgadzam się, by mnie spotkało coś przykrego".

Po tej pielgrzymce, wybrałam się na sesję poświęconą Kasprowiczowi do Zakopanego. W pociągu zauważyłam, że na kolanie uformował się czyrak. Zgłosiłam się do przychodni. Chirurg wyciął wrzód. Następnego dnia nie mogłam ruszyć nogą. Kolano opuchnięte, od stopy w górę czerwona pręga. Konieczna była operacja. Nogę umieszczono w gipsie.

Gdy mąż w domu zobaczył, z jaką trudnością poruszam się, odwrócił uwagę od swojej choroby. Dostrzegł, że obok niego jest ktoś inny, kto cierpi więcej niż on.

Pewnego dnia, gdy chciałam poprawić sobie opatrunek i podniosłam ciężką nogę w gipsie, przewróciłam się na lewy bok i złamałam rękę. O Błogosławiony, czy nie za wiele tego wszystkiego? - jęknęłam boleśnie. I wtedy przyszło olśnienie. Zrozumiałam wszystko. Przypomniałam sobie o złożonym ślubie. Pokiwałam głową nad własną głupotą. "Jak trwoga, to do Boga". Mam teraz za swoje! Cała prawa noga i lewa ręka zagipsowane. Teraz jednak już się tak nie przejmowałam, a nawet spokojnie traktowałam to moje nowe cierpienie.

Mąż czuł się coraz zdrowszy, odzyskał werwę, mógł malować. Na pół roku przed śmiercią stworzył swój chyba najpiękniejszy obraz. Nazwałam go "Ostatnia droga": piaszczysta drożyna obok rzadkiego lasku, niebo, obłoki - pełen ciepła i uroku krajobraz. Święty Maksymilian wyjednał mi łaskę, o którą prosiłam.