Stanisława Leszczyńska położna numer obozowy 41 335
Stanisława Leszczyńska, położna, została aresztowana 17 IV 1943 r. wraz z córką Sylwią i przewieziona do obozu Oświęcim-Brzezinka, gdzie otrzymała nr 41 335. Mąż jej zginął w powstaniu warszawskim, dwaj synowie przebywali w obozach Mauthausen-Gusen, a trzeci był poszukiwany przez gestapo.
W swoim Raporcie położnej z Oświęcimia oraz w życiorysie, napisanym w kilka miesięcy przed śmiercią, wspomina: "Wychowałam się w trudnych warunkach, gdyż ojciec został zabrany do wojska, a matka pracowała w łódzkiej fabryce, przebywając czternaście godzin poza domem. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako położna, z tego dwa lata w Oświęcimiu-Brzezince. W napływających transportach więźniów wiele było kobiet ciężarnych. Pracowałam dzień i noc w najokropniejszych warunkach, gdzie pełno było brudu, robactwa i chorób zakaźnych. Brak było wody do obmycia matki i noworodka; nie było materiałów opatrunkowych ani leków. Porody odbywały się na zbudowanym z cegieł piecu w kształcie kanału. Kobiety leżały na gołych deskach, których ostre kanty odgniatały ciało. Bardzo kochałam małe dzieci. Pracowałam z modlitwą na ustach, dlatego nie miałam żadnego przypadku zakażenia. Wszystkie groźne sytuacje kończyły się zawsze szczęśliwie. Odebrałam ponad trzy tysiące porodów - obóz przeżyło tylko trzydzieścioro dzieci".
Jej wielkość polega na tym, że ludziom skazanym na zagładę, wtrąconym na dno nędzy i poniżenia przywracała człowieczeństwo. Nie żyła dla siebie; oddała się na służbę matce i dziecku bez reszty, nie myśląc o osobistym szczęściu, do którego każdy człowiek ma prawo. Z odwagą i męstwem szła przez życie pełna poświęcenia, bolejąca nad nędzą ludzką i dolą sierot. Więźniarki oświęcimskie nadały jej najpiękniejsze imię - Matka. Janina Węgierska, nr 18 296, wspomina: "Liczyła każdą chwilę, aby jej nie zmarnować. Od rana do nocy miała pełne ręce roboty. Dla chorych miała zawsze uśmiech na twarzy, życzliwe słowo, czułe spojrzenie. To człowiek o wielkim sercu, kryształowym charakterze, pełna dobroci i litości".
W obozie istniał rozkaz, aby noworodki wrzucać do kubłów z fekaliami lub bezpośrednio do pieca. Należało je likwidować szybko i sprawnie. Lekarzowi esesmanowi Mengele z odwagą powiedziała: "Nie, nigdy nie wolno zabijać dzieci!". Do współwięźniarki Marii Oyrzyńskiej, nr 40 275, skierowała słowa: "Nigdy nie wykonam rozkazu uśmiercania [20]dzieci; dla maleńkich niewiniątek nie będę Herodem". Taką postawą wzbudzała podziw wśród więźniarek. W obronie życia dziecka była gotowa umrzeć każdej chwili, jak Chrystus na krzyżu. Modliła się w intencji, położnicy i jej dziecka, a w chwilach ciężkich wołała: "Matko Boża, załóż tylko jeden pantofelek i przybądź z pomocą". I rodził się nowy człowiek, odkupiony przez Tego, który także rodził się w kamiennym żłobie w betlejemskiej stajni, a którego także usiłowano zabić. Zdrowy krzyk dziecka oznajmiał, że Leszczyńska nie spełniła rozkazu zabicia niemowlęcia, zwyciężyło życie, a nie śmierć, miłość, a nie nienawiść. Więźniarka Janina Strąg wyznaje: "Nim przystąpiła do porodu - klękała i z twarzą ukrytą w dłoniach modliła się. Było to coś niebywałego, niepojętego! Nikt tam przecież nie dbał o życie, a ona się modliła, żeby poród się udał. Po przyjściu dziecka na świat dziękowała Bogu za szczęśliwe rozwiązanie. Zatroszczyła się o kromkę chleba dla położnicy, a dla dziecka o ziółka, by je przemyć, o szmaty na pieluszki, ligninę, bandaże". W tych trudnych warunkach nie szczędziła pomysłów w znajdowaniu środków zastępczych. Każde dziecko chrzciła, polewając główkę wodą, wypowiadała słowa: N. ja cię chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzciła wszystkie nowo narodzone dzieci polskie, żydowskie, rosyjskie i innej narodowości. Do matki po urodzeniu dziecka mówiła: "Tu, w obozie, dzieci nie mogą umierać bez chrztu. Nikt inny, tylko my jesteśmy za to odpowiedzialne". Bóg dopomógł jej w odważnych decyzjach. Nikt z mieszkańców bloku nie zadenuncjował o tym władzy obozowej. Wszystkie dzieci rodziły się zdrowe, zdolne do życia. Nie było ani jednego wypadku śmiertelnego porodu lub zakażenia. Więźniarka Elżbieta Pawłowska relacjonuje: "W atmosferze przeraźliwego hałasu i zgiełku intonowała modlitwę lub jakąś pieśń, którą podchwytywały inne kobiety. W ten sposób następowało pewne odprężenie, swoisty klimat tak bardzo potrzebny w ustawicznym napięciu i lęku" .
Najpiękniejszą cechą jej osobowości była żywa wiara w Boga i ludzi. Realizowała ją w czynach, którymi przemieniała ciemności obozowe w światłość, a rozpacz w nadzieję. Wiara była dla niej natchnieniem i siłą, a myśl o Bogu pociechą w twardej służbie matce i dziecku. "Nie tylko ratowała nasze zdrowie i życie, ale naszą wiarę w Boga, co było ważniejsze niż chleb", powiedziała jedna z matek obozowych. Maria Salomon, nr 86 594, wspomina o wspólnych modlitwach, którym przewodziła Leszczyńska: "We wszystkie niedziele «odprawiała» dla nas Mszę świętą. Modliła się wierszem: "O Panie, Ty widzisz łzy nasze; Ty znasz nasze winy, gdy. bije godzina prób ciężkich...» Wszystkie w ciszy płakałyśmy. Budziło się wspomnienie utraconej wolności, domu, kościoła. Kochałyśmy ją. To święty człowiek. Tylko w modlitwie odnajdowała siłę do przezwyciężenia nieludzkiego zmęczenia. P1 zy niej przestawało się być zaszczutym zwierzęciem, a stawało się człowiekiem".
Leszczyńska w tamtym okrutnym świecie była wyjątkową osobowością. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy, a wiedziało się - to jest człowiek. Nikogo nie oskarżała, wszystkich broniła. Bronisław, jej syn, napisał wspomnienie o matce: "Po wyjściu z obozu zamieszkała w Łodzi, gdzie kościół Wniebowzięcia NMP był jej ulubioną świątynią. Codziennie uczestniczyła we Mszy i przyjmowała Komunię [21]świętą. Gdy zachorowała, umieściliśmy ją w szpitalu. Często odwiedzając zastawaliśmy ją klęczącą przy łóżku, odmawiającą wraz z innymi chorymi różaniec. Na śmierć przygotowała się cierpliwie; była pogodną i zdaną na wolę Bożą do końca. Bardzo wiele cierpiała na raka wnętrzności, ginęła śmiercią głodową. Zniosła wszystko tak, jak żyła odważnie i godnie. Zmarła 11 marca 1974 r., mając 78 lat. W trumnie spoczęła w habicie św. Franciszka z Asyżu, gdyż była tercjarką Trzeciego Zakonu. Ucałowaliśmy jej stopy, podziękowali za wychowanie, wiarę i miłość. Gdy nakładano wieko trumny, wszyscy odruchowo przyklęknęliśmy jak przed największą naszą świętością na ziemi. Jedna z obecnych na pogrzebie sióstr zakonnych wspominała później, że była głęboko przejęta. Nigdy nie widziała, aby przed zamknięciem trumny cała rodzina przyklęknęła.
