W internacie lwowskim
O. Maksymiliana znałem osobiście. Uczęszczałem z nim do V klasy gimnazjalnej u franciszkanów we Lwowie. Pamiętam, że był bardzo uczynny. W czasie wolnym od nauki z radością brał udział w zabawach, miał wiele pomysłów i inicjatywy. Jako uczeń celował w matematyce i fizyce. Jego pasją było pokonywanie wszelkich trudności... Gdy profesor Gruchała powiedział, że nie można urzeczywistnić perpetuum mobile (dosł. wiecznie poruszający się), ponieważ sprzeciwia się to podstawowym zasadom fizyki, Rajmund Kolbe zaraz na przerwie zabrał się do sporządzania projektów, planów, obliczeń, najpierw w sposób teoretyczny, a później praktyczny. Wycinał z desek różne koła zębate, wałki, które łączył sznurkami. Nie pamiętam, jak to się skończyło. Wiem tylko, że w związku z tym było wiele dowcipów na temat "wieczne rucho". Mimo to Rajmund ani się nie obrażał, ani się nie gniewał. Od swego planu jednak nie odstępował.
Często rozmawialiśmy na temat wskrzeszenia Polski. Opowiadając mi o uzbrojeniu żołnierzy carskich, dodawał: "To wszystko nie jest straszne, damy im radę". Gdy wracaliśmy z przechadzki szosą od Winnik przez lasy, wskazywał miejsca, gdzie należałoby urządzić zasadzki na wojska austriackie - istotą sprawy było uwolnienie Lwowa. W ramach zabawy uczył nas formowania szyku bojowego, były to przecież lata 1909-10. O Polsce zawsze wyrażał się z wielką miłością, a wszystkie powyższe plany i zabawy były według niego przygotowaniem się do uwolnienia Polski. Martwił się - pamiętam to dobrze - losem dzieci we Wrześni, bitych za odmawianie polskiego pacierza. Uważał się za ich przyjaciela.
Nie znosił powiedzenia: "Ja nie potrafię". Nie zrażał się trudnościami, na przykład w rozwiązywaniu zadań matematycznych, ale przezwyciężał je uporem i pasją.
Jeszcze dziś widzę jego postać, gdy na kolanach z przejęciem i ze skupioną uwagą odmawiał różaniec. Do spowiedzi przygotowywał się długo.
Pamiętam również, że ciągle był zajęty, nieustannie coś obliczał, snuł śmiałe projekty. Często zdarzało się, że nie zwracał nawet uwagi, gdy do niego ktoś się zwracał. Wśród książek pod pulpitem w ławce miał dużo papierów zapisanych obliczeniami i rysunkami technicznymi. Poza klasą był innym chłopcem. Całą duszą uczestniczył w zabawach.
Zupełnie nie dbał o wygląd zewnętrzny - nie miał na to czasu.
O przyszłości rozmawialiśmy mało. On żył tylko teraźniejszością, pokonywaniem aktualnych trudności i przeszkód. Zapalał się tylko wówczas, gdy była mowa o Polsce, jak gdyby chwila powstania wolnej Polski miała zaraz nastąpić (...).
Relacja ks. Władysława Dubaniowskiego, kolegi z ławy szkolnej
O. Maksymiliana poznałem w r. 1907 we Lwowie. Miał on wówczas 13 lat życia. Przyjechał z Pabianic, gdzie uczęszczał do szkoły handlowej ze swoim bratem Franciszkiem, o dwa lata starszym. Wzrostem niewiele różnili się między sobą. Kochali się wzajemnie. Rajmund wybił się z czasem na lepszego ucznia, Franciszek pozostał średnim. W gimnazjum szły im słabiej języki, zwłaszcza łacina, gdyż w III klasie gimnazjalnej, od której zaczęli naukę we Lwowie, wymagania z łaciny były duże. Trzeba było umieć już gramatykę łacińską, czytać Neposa i Cezara. Oni natomiast, z uwagi na to, że uczył ich łaciny prywatnie jakiś ksiądz, mieli słabe początki tego języka. Z czasem wyrównali braki. Rajmund wkrótce wybił się w matematyce. Podczas pogawędek bracia Kolbowie opowiadali, jak nie mając paszportu, bez którego Rosja nie puszczała za granicę, nawiązali znajomość z jakimś wieśniakiem, który [201]zwoził zboże koło Miechowa, i tak przekradli się do Krakowa, potem do Lwowa, gdzie byli już przedtem przyjęci do internatu, czyli do małego seminarium.
Obydwaj należeli do zapaleńców przesiąkniętych prądami narodowymi oraz niechęcią do Rosji carskiej i z pewną dumą mówili o swych wyczynach, o przejściu przez granicę i o wrażeniach z dwóch lat rewolucji w Królestwie, którą pojmowali nie jako ruch społeczny, ale narodowy (...). Koledzy uważali ich za przewrażliwionych marzycieli. Wszystkie ich dążenia, pragnienia koncentrowały się na wolnej Polsce. Jej przeszłość coraz lepiej poznawali z historii, literatury, przez co tym bardziej ją kochali. Duże wrażenie wywarły na nich dzieła H. Sienkiewicza, które czytali czasem po kryjomu, gdyż w pierwszych latach internatu uważano je za moralnie niebezpieczne. Jeszcze bardziej rozpalała się nasza wyobraźnia, gdy puszczano nas do teatru na obronę Jasnej Góry lub na jasełka (...).
W internacie był 3 lata, gdzie ukończył 6 klas gimnazjum, a z niektórych przedmiotów siódmą. W r. 1910 przyjęto go wraz z bratem na nowicjat. Ich magistrem był o. Dionizy Sowiak, asceta, człowiek mający surowe zasady zakonne. (...) Widziano tak urobionych duchowo kleryków, tak myślących w duchu nadprzyrodzonym, tak umartwionych, zamiłowanych w modlitwie, że młody kandydat, chociaż przyszedł z najlepszymi zamiarami, nieraz na początku już się zniechęcał. Wydawało mu się, że to wszystko jest zbyt wzniosłe, że on nie osiągnie tego stanu, słowem: nie przypuszczał, że są jeszcze teraz tacy świątobliwi, przesiąknięci duchem Bożym młodzi ludzie. Z czasem jednak poddawali się tej atmosferze i osiągali poziom starszych. Zmianę taką zauważono u br. Maksymiliana. Przyszedł do nowicjatu jako dobry, szlachetny młodzieniec. Jego głowę i serce rozsadzały różne marzenia i plany, które stopniowo przybierały charakter nadprzyrodzony. Zrozumiał prawdę, że żyje on dla Boga, dla Jego chwały, że ma Mu oddać cześć przede wszystkim swoim życiem, że od tego należy zacząć pracę. Stąd oddał się tej pracy całym sercem. (...)
Po rocznym nowicjacie pozostał we Lwowie, aby ukończyć gimnazjum. Szczególnymi zdolnościami odznaczał się w matematyce i w rozwiązywaniu zadań maturalnych (...).
W r. 1912, po wakacjach w Kalwarii Pacławskiej, przeniesiono nas do Krakowa. W Kalwarii br. Maksymilian zetknął się z o. Wenantym Katarzyńcem, do którego przylgnął, wyczuwając w nim świętą duszę. Na przechadzkach trzymał się jego grupy (...). W Krakowie wykazał się tak dobrym zrozumieniem logiki i jej zasad, że gdy o. prowincjał P[eregryn] Haczela postanowił wysłać siedmiu kleryków do Rzymu na studia, o. magister Czesław m.in. wskazał i na br. Maksymiliana jako kandydata.
Z notatek o. Anzelma Kubita, współbrata zakonnego (16 II 1949)
Z listów do matki
Rzym, 21 XI 1912
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus
Najdroższa Mamo!
(...) Wróciliśmy właśnie z przechadzki, na której zawsze są odwiedziny Przenajśw. Sakramentu i to zawsze w innym kościele, bo jest około 300. Dziś byliśmy w kościele Św. Cecylii, bo jutro jej święto, a dziś były tam solenne nieszpory. Wrażenie rzeczywiście niemałe, śliczny śpiew chóru (niech się nasze schowają), złożonego z mężczyzn i chłopców; około stu pająków dwunastoświecowych. Cały kościół zapełniony prawie samymi klerykami i księżmi z najrozmaitszych stron świata (jest tu bowiem, jak słyszałem, około 30 000 zakonników i zakonnic). Kościół - to jej dawny pałac, dom tylko trochę przerobiony. Nawet z boku widzieliśmy jej pokój do kąpieli. W tym kościele jest także trumna z jej zwłokami i tu była zamordowana. To robi zaprawdę niemałe wrażenie.
Byliśmy na św. Stanisława Kostkę w jego pokoju przerobionym na kaplicę. Byliśmy i w tym sławnym Koloseum, gdzie męczono chrześcijan. Cała ziemia przesiąkła tam krwią świętych, dlatego jeden z papieży dla uniknięcia nieuszanowania kazał przysypać arenę ziemią na 4,5 metra. (...)
Polecam się modlitwie (i ja nie zapominam).
br. Maksymilian
Rzym, 6 IV 1914
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Najdroższa Mamo!
(...) Niech się we wszystkim stanie z Mamą wola tego najlepszego Ojca i oby Mama we wszystkim wypełniła wolę Bożą! To już jest wszystko, co najlepszego życzyć mogę. Więcej i czegoś lepszego nawet sam Bóg dla Mamy życzyć ł>y nie mógł.
Co do mnie, czas biegnie mi z szybkością błyskawicy. Nie piszę wiele, bo doprawdy nie ma czasu często pisywać, a nawet o. wikary generalny nakazał nie prowadzić częstych korespondencji.
Nic tak ważnego nie zaszło, chyba to, żem o mało nie utracił małego grubego palca u prawej ręki. Utworzyło mi się tam bowiem coś na kształt wrzodu. Pomimo zabiegów kolegialnego lekarza materia tworzyła się ciągle. W końcu lekarz orzekł, że już kość się psuje; trzeba więc będzie ją wyskrobać. Usłyszawszy o tym odpowiedziałem, że mam na to lepsze lekarstwo. Dostałem bowiem od o. rektora cudowną wodę z Lourdes (...).
Otóż nasz lekarz usłyszawszy, że mam wodę z Lourdes, z radością sam mi ją przyłożył. I cóż się stało? Nazajutrz zamiast operacji i skrobania kości usłyszałem od lekarza szpitalnego, że nie widzi tego potrzeby i po kilku opatrunkach byłem zdrów. Chwała więc Panu Bogu i cześć Niepokalanej!
Z gorącą prośbą o modlitwę zawsze wdzięczny syn
br. Maksymilian
Niepraktyczny marzyciel
W Rzymie na uniwersytecie Gregorianum br. Maksymilian oddał się cały studiom filozoficznym. Oprócz filozofii, ściślej: logiki, krytyki, metafizyki, kosmologii, psychologii racjonalnej, teodycei, etyki i historii filozofii, uczęszczał dwa lata na wyższy kurs matematyki, potem studiował fizykę, chemię, biologię, astronomię, historię sztuki. Nauka szła mu dobrze. Pochłaniały go również matematyka, fizyka i wnioski wyprowadzone z fizyki. Z tymi wynikami chodził na dysputy do profesorów lub przedstawiał im swoje poglądy, zwłaszcza o. Gorettiemu, profesorowi fizyki.
Br. Maksymilian oddawał się całą duszą temu, co robił. Gdy się modlił, to tak przejęty był modlitwą, że zapominał o wszystkim. Praca pochłaniała go również. Z uwagi na to wewnętrzne skupienie rodziły się trudności w życiu praktycznym. Mylił się w publicznych modlitwach, w prowadzeniu modlitw i w refektarzu, gdy był tam lektorem. Uważano, że będzie niepraktycznym filozofem, bardzo pobożnym zakonnikiem, że napisze kilka głęboko filozoficznych książek, ale do życia praktycznego zupełnie się nie nadaje. Istotnie, był on oceniany jako jeden z najpobożniejszych kleryków. (...)
W Rzymie Maksymilian zaczął niedomagać na zdrowiu. Nie dopisywał mu żołądek, bolała często głowa, tworzyły się rany, które nie chciały się goić. (...) W zimie chciano mu dać do celi garnek z węglem, by się zagrzał, uwolnił od kataru, malarii, ale wymówił się od tego.
O. rektor kazał mu spełniać najniższe posługi, a nie widziano u niego najmniejszego przeciwnego odruchu lub jakiejś nienaturalności w tym upokorzeniu (...).
Po wybuchu wojny w r. 1914 pozostał w Rzymie. Gdy w r. 1915 groziła wojna Włoch z Austrią, kleryków poddanych Austrii wysłano do Szwajcarii, gdyż do Polski nie było można. Wojska rosyjskie podchodziły pod Kraków, do którego zresztą jako twierdzy nikogo nie wpuszczano, przeciwnie, ewakuowano ludność, aby na wypadek oblężenia nie była ciężarem. Br. Maksymilian był poddanym rosyjskim i nie miał paszportu. Wysłano go więc do maleńkiej republiki włoskiej San Marino. Po przystąpieniu Włoch do wojny br. Maksymilian, dzięki jakiemuś Polakowi-urzędnikowi w ambasadzie rosyjskiej w Rzymie, uzyskał papiery. Pozostał więc w Rzymie i w r. 1915 złożył na uniwersytecie doktorat z filozofii. Teologię studiował w międzynarodowym kolegium franciszkańskim na via San Teodoro. Rektorami br. Maksymiliana byli o. Dominik Tavani, o. Luigi Bondini i wreszcie o. Stefan Ignudi. Ten ostatni był poważnym i oryginalnym zakonnikiem, (...) wybitnym kaznodzieją, znawcą Dantego, o którym wiele pisał. Pracował w Kurii rzymskiej, marzył o państwie kościelnym i mimo swej gorącej pobożności i dużej kultury żywił bolesny uraz do rządu za zajęcie Rzymu przez wojska piemonckie i zlikwidowanie państwa kościelnego. "Masoneria tym wszystkim kierowała - powtarzał. - Jej członkami byli twórcy nowych Włoch, różni ministrowie w ciągu 50 lat. Ostatnio usadowiła się mocno w Rzymie, gdzie jej wysoki dostojnik Natan był prezydentem wiecznego miasta". Walka z masonami, wysiłek, aby spod ich wpływu wyrwać lud, to była główna idea o. Ignudiego. Często o tym mówił w konferencjach (...).
Z notatek o. Anzelma Kubita (16 II 1949)
Wspomnienia październikowe
(...) Było to w r. 1917. Jesienne słońce wcześnie dobiegało horyzontu, a Rzym pogrążał się coraz bardziej w okalających ciemnościach, broniąc się przed nimi setkami i tysiącami zaświeconych lamp. W kolegium międzynarodowym O[jców] Franciszkanów do jednej z cel prawie chyłkiem wsuwali się młodzi zakonnicy. Wszedł siódmy - już wszyscy. Klucz w drzwiach przekręcono, a gromadka otoczyła podłużny stół, u którego szczytu na podwyższeniu widniała piękna figura Niepokalanej pomiędzy dwoma gorejącymi świecami. Po modlitwie wstępnej przeczytano list o. Aleksandra Basilego, spowiednika Ojca Świętego, w którym tenże oświadcza, że sprawę Rycerstwa Niepokalanej przedstawi Namiestnikowi Chrystusowemu. Potem projekt programu: cel, środki, warunki. Nad każdym z tych punktów dyskusja, wreszcie rezolucja przez głosowanie. Długo tak radzono, a na twarzach wszystkich odbijał się spokój, ufność i miłość gotowa do ofiar dla zbawienia dusz przez Niepokalaną, a zarazem troska o dobre postawienie sprawy. Trzech z nich to młodzi księża: jeden Rumun, drugi Włoch, a trzeci urodzony wprawdzie i wychowany w rumuńskim Gałaczu, ale z ojca Polaka, a matki Rusinki - to o. Antoni Maria Głowiński. Inni są klerykami jeszcze, mniej lub bardziej zbliżonymi do uroczystego dnia święceń kapłańskich. I właśnie w celi jednego z nich odbywało się, za pozwoleniem przełożonych, to pierwsze posiedzenie Rycerstwa. Kleryk ten to Antoni Maria Mansi, urodzony w Londynie, ale z włoskich rodziców, zdolny poeta, muzyk, dobrze władający językiem nie tylko ojczystym, ale i angielskim, francuskim, >klasyczną łaciną.
Działo się to dnia 16 października.
Z artykułu o. Maksymiliana, zamieszczonego w RN (II 1923)
