(Wspomnienie z obozu hitlerowskiego)
Mój przyjaciel, młody Stefan, był księdzem. Nazywał się Stefan Zielonka, lecz to nie jest istotne. Był młody i piękny. Kiedy na niego patrzyłem z boku, słuchając jego zapamiętałych dowodzeń, że jest Bóg, wtedy mi jako żywo przypominał postać młodego Jana Chrzciciela z obrazu któregoś mistrza renesansu.
Ksiądz Stefan pochodził z Pułtuska. Swój Pułtusk kochał ponad wszystko i często mi dowodził, że to najpiękniejsze miasto w świecie, a że ciemna Narew, to najpiękniejsza rzeka w Polsce. A tamta "Księża Kępa" na środku rzeki powyżej mostu... Nie, takiej "Księżej Kępy" nie ma na całym świecie, i gdy tylko wróci z obozu do matki w Pułtusku, to nazajutrz siada w pierwszą lepszą łódkę na brzegu i płynie do "Księżej Kępy".
A potem położy się w trawie, będzie słuchał szumu Narwi, będzie słuchał krzyku ptaków i będzie rozmawiał z Bogiem. A wieczorem wróci do domu, gdzie go już matka będzie czekała.
* * *
Gdy mówił o matce, ogarniało go wzruszenie. Mówił mi o niej, jak mówi się o świętej postaci. Ojciec obumarł go bardzo dawno, a matka była praczką.
Borykała się z biedą, żeby synka Stefana wyprowadzić w świat. Synek Stefan został księdzem, a matka tymczasem postarzała się, lecz jeszcze była praczką.
Teraz przebywa w obozie, a ona martwi się i modli o jego szczęśliwy powrót do domu.
Wyobrażałem ją sobie na podstawie owych wspomnień z pacholęcych lat. Oto matka Stefana stoi schylona nad balią - w balii gorąca woda, a matka pierze i pierze, mydliny pienią się coraz mocniej, para unosi się w izdebce, cuchnie mydlinami, krztusi płuca, a potem przychodzi ktoś i powiada, że oto list od syna Stefana z obozu. I nic...
Matka stoi teraz nad balią, i czyta list. Literki zalewają się bo je przysłania para z balii, albo też oczy mętnieją ze wzruszenia i łzy - samotnice ciekną powoli, powoli i spadają na czarne literki i rozmazują je...
* * *
Ksiądz Stefan podchodził nieraz do jednego i drugiego i zaczynał cicho, jakby nieśmiało i pokornie: "Jeżeli chcesz, to mogę wysłuchać spowiedzi... Bo jutro rano mam komunikanty! ... Otrzymaliśmy spoza obozu!..."
I wtedy ksiądz Stefan zostawał sam z towarzyszem przy parkanie. Niby to patrzyli na kwiaty, a po prawdzie szeptali do siebie. żeby nikt nie zauważył, bo wtedy jeszcze nie było wolno spowiadać. Patrzyli więc obaj na kwiaty, a gdy jeden z nich kajał się w pokorze, drugi przebaczał w imieniu Boga. A wciąż patrzyli na kwiaty...
[340]Ksiądz Stefan często mówił o swojej matce. Powracał do niej w każdej prawie rozmowie, czekał jej listu, radował się każdym jej słowem. Często usiłował mi przedstawić jej tęsknotę za nim i jej niewysłowioną radość, gdy pewnego dnia wróci po tylu latach do domu.
- Wiesz, wydaje mi się nieraz, że potrafię wyobrazić sobie jej radość, a gdy pomyślę głębiej o niej, spostrzegam, że nie potrafię. To jest bowiem radość, jaką tylko matka może przeżywać, a nikt inny... Jak myślisz?...
- Tak samo sądzę. Lecz chyba w pierwszej chwili nie pozna cię!... Wyrosłeś, zmężniałeś, powiedzmy otwarcie - postarzałeś się... Oczy masz starsze...
Uśmiechał się wtedy tym swoim dziwnie pięknym uśmiechem i powiadał, że matka go pozna, chociażby wrócił starcem.
Czasem snuł szerokie plany na przyszłość, marzył o tym, jak wyplenić zło, które rozmnożyło się po świecie ponad miarę - a pewnego razu długo coś myślał, idąc w milczeniu ze mną po ulicy obozowej.
Potem pojawił się tyfus jeden i drugi. Tyfus plamisty i tyfus brzuszny. Przynieśli go z sobą ludzie, pędzeni do nas z innych obozów, ludzie szkielety, ludzie głodni, wlokący się ostatnim wysiłkiem, zawszeni, robaczywi... Alianci przechodzili już Ren.
Obóz liczył chwile wybawienia na miesiące, potem na tygodnie, a ludzie konali i konali.
Ksiądz Stefan zgłosił się na ochotnika do chorych w lazarecie. Niech konają przynajmniej z Bożym słowem na ustach.
Mijały tygodnie, ludzie wciąż konali, kominy krematorium dymiły już teraz dniami i nocami.
Spotyka mnie szczerbaty Maciej z Karwiny. Szedł ulicą obozową i klął.
- Cóż tobie? - zapytałem zdziwiony.
- Jeszcze się pytasz? - wybuchnął z żalem. - Ksiądz Stefan umarł!... Dzisiaj rano!.. Przeklęty tyfus temu winien! I wtedy w myślach ujrzałem matkę mojego Stefana...