Z Tobą, Matko Bolesna, w zmierzch listopadowy,
gdy drzewa w smutku liśćmi skrwawionymi płaczą,
gdy, mrąc z żalu - jak liście - opadają słowa,
chcę iść przez mrok cmentarza -ścieżkami rozpaczy.
Nad grobem ukochanych stań przy mnie najbliżej
- z twarzą zbielałą bólem, mokrą od łez zdroju,
Najboleśniejsza, znana ze spotkań pod Krzyżem –
Chrystus, Ty, ja - Kalwaria, cmentarz - wszędzie troje.
Przez grozę przerażenia Piątkowej agonii
- rozrośniętej ognistym cierpieniem w wspomnieniu
przez płacz Wielkiej Soboty - jak czarny kwef z skroni –
przez straszny pryzmat trumny, jak kratę więzienną.
Okaż mi - pośród szmeru zżółkłych smutkiem liści -
prześwit seledynowy wiekuistej ciszy,
poprzez szelest łez rosy na chryzantem kiściach –
niech obietnicę szczęścia trwałego usłyszę.

