Wspomnienia z okazji 60-lecia Niepokalanowa
Gdy o. Maksymilian z braćmi przybył, aby na polach teresińskich budować klasztor, pracowałem wtedy jako mechanik w majątku Teresin. Obsługiwałem też motory, młyn, kolejkę.
Często zwracali się do mnie bracia, czy to jeszcze budując Niepokalanów, czy też później montując maszyny, bo sami nie mieli od razu narzędzi. Najczęściej bywało w ten sposób. Gdy dzieci szły ze szkoły w Paprotni, br. Salezy podawał im kartkę, informując, czego potrzebuje ode mnie, i czekał, aż na drugi dzień lub później ja przez dzieci prześlę potrzebną śrubkę czy co innego. Ja nie mogłem często przychodzić, bo obowiązek na to mi nie pozwalał.
Gdy czasem przychodziłem, pomagałem z innymi ludźmi. Ludzie chętnie pomagali i cieszyli się, że będą mieć blisko do kościoła, bo dotychczas trzeba było iść 6 kilometrów do Szymanowa.
Podczas budowy czasem przyjeżdżał o. Maksymilian. Ludzie się do niego garnęli, on chętnie rozmawiał, opowiadał o planach wielkiej pracy wydawniczej. Był bardzo delikatny, uprzejmy i pokorny.
Gdy już stanęły budynki i wszyscy bracia z maszynami się sprowadzili do prowizorycznych baraków, ludzie podziwiali wielkie dzieło powstałe wśród takiej biedy. O. Maksymilian z uśmiechem mówił: "To wszystko jest dziełem Niepokalanej, to Jej sprawa".
Dobrodziej Niepokalanowa książę Jan Drucki Lubecki był dobrze usposobiony do o. Maksymiliana i do klasztoru. Pamiętam, jak raz przyjechał do majątku w Teresinie, a młyn już był nieczynny, spalony. Zapytałem go, czy można dać do Niepokalanowa motor-drezynę i wagoniki, bo tu już nie są wykorzystane. "Ależ tak-odpowiedział-dać to do Niepokalanowa". Przeciągnęliśmy ten cały skład małej gospodarczej kolejki do Niepokalanowa, gdzie długo służyła, zwłaszcza do zwózki ze stacji kolejowej papieru do drukarni, węgla i materiałów budowlanych.
W początkach bracia nie mieli tokarni, ja wstawiłem swoją do ich warsztatu, a później, gdy bracia mieli już tokarnię mechaniczną, to ja od nich korzystałem...
Teresin, 16 grudnia 1966
Wincenty Bartosik
W roku 1927 w jesieni przyjechałem końmi, by pomóc zwozić deski ze stacji kolejowej Szymanów na plac, gdzie miała być budowana kaplica i klasztor. Przyjechałem pierwszy. Na stacji był o. Maksymilian. Gdy mię zobaczył, mówi: "To obaj się weźmiemy do przeładowywania desek z wagonu na wóz". Składaliśmy niedługo, bo przyjechało jeszcze ze siedmiu gospodarzy i br. Zenon Zebrowski.
Często pomagałem coś zwozić, bo pracy było dużo, i to pilnej, gdyż zbliżała się zima. Z o. Maksymilianem też często rozmawiałem. Był on dla każdego uprzejmy, przychylny. Ludzie go kochali.
Br. Zenon Zebrowski chodził do gospodarzy i prosił o pomoc. Chętnie spieszono z pomocą, jak kto mógł, jedni końmi, inni osobiście. Ludzie się cieszyli, że będą mieć blisko kościół. Raz byłem z br. Zenonem w Sochaczewie po gwoździe. Kupiliśmy 10 skrzynek u Żyda. Gdy br. Zenon zapłacił, wtedy Żyd dodaje jeszcze jedną skrzynkę i mówi: "Jeszcze to. Za to nie trzeba płacić. Niech i mój gwóźdź tam siedzi". [s. 3 ok.]Innym razem kupowaliśmy krzesła, też u Żyda. Wtedy Żyd też dołożył jedno krzesło do kupionych dziesięciu i podobnie powiedział: "Niech i moje krzesło tam będzie".
Tyle pamiętam o o. Maksymilianie i początkach Niepokalanowa.
Seroki, 9 maja 1968
Wincenty Czarnecki
Było to 21 listopada 1927 r. Gdyśmy skończyli jeść obiad, zjawili się w naszym domu dwaj zakonnicy: br. Zenon i br. Ewaryst, prosząc o furmankę, żeby mogli ukwestowane rzeczy dostawić do klasztoru, albowiem dopiero co przyjechali i nie mają nic do jedzenia, a także nie wiedzą, gdzie by można co kupić.
Oczywiście, tatuś chętnie się zgodził na ich prośbę i poszedł przygotować konia i wóz. A w tym czasie br. Zenon wziął mię za ramię i zachęcił, żebym wstąpił do zakonu, bo w Niepokalanowie pracy dużo, a ludzi mało: tylko 2 ojców i 18 braci. Powiedział też, że będą drukować pismo pt. "Rycerz Niepokalanej". Na końcu poprosił, żeby przyjść na Mszę św. o godzinie 6-tej, która będzie odprawiona w nowo wybudowanej kaplicy. W czasie naszej rozmowy wszedł tatuś i mówi, że wóz gotowy, że możemy jechać.
Gdy oni odeszli, błyskawicznie rozeszła się wieść, że ci bracia zakonni, którzy budowali klasztor, już przyjechali i chodzą po wsi żebrząc. Niektóre kumoszki zebrały się w naszym domu i lamentują: co to będzie, co to będzie - utrzymać tylu zakonników.
Gdy tatuś powrócił, opowiadał nam, że ludzie dawali dość dobrze, to kartofle, to mąkę, jarzyny, masło, nawet kurę ktoś ofiarował.
Ale tatuś był najbardziej zaskoczony i uderzony ubóstwem zakonników. I mówił, że w tym dużym budynku, to po jednej stronie stoją stoły do jedzenia, a po drugiej stronie na ziemi jest rozpostarta słoma, przykryta pierzynami i kocami. Widocznie tam śpią na niej. I jest zimno, bo nie ma pieców. Powiadali, że później to sobie zbudują piece.
Na koniec muszę zaznaczyć ku upokorzeniu owych kumoszek, że już drugi raz zakonnicy nie przyszli żebrać.
Wkrótce i ja dołączyłem się do gromadki niepokalanowskiej. 1 listopada 1928 r. otrzymałem habit franciszkański.
Nagasaki, 6 stycznia 1987
Br. Sergiusz Pęsiek, misjonarz w Japonii

