Wspomnienia o św. Maksymilianie
Pewnego dnia sierpniowego 1927 roku ojciec mój, Wincenty Bartosik, przyszedł do domu z wiadomością, że w okolicy stacji kolejowej na łąkach stoi samotnie figurka Matki Bożej i ma tam być budowany klasztor OO. Franciszkanów.
Przede wszystkim uradowaliśmy się z tego, że już nie będziemy chodzili na niedzielną Mszę św. do odległego o 5 km kościoła w Szymanowie.
Na początku sierpnia 1927 roku ojciec zabrał całą rodzinę i poszliśmy zobaczyć figurkę. Wtedy ujrzałam po raz pierwszy o. Maksymiliana Kolbego, jak przechadzał się po łące, z dala od nas.
Była już zima, kiedy została odprawiona pierwsza Msza św. dla okolicznej ludności. Ileż radości! Kaplica wydała mi się bardzo maleńka, a przy tym była tak wypełniona ludźmi, że ledwie wcisnęłam się do środka.
Przed świętami Bożego Narodzenia o. Maksymilian prosił, aby okoliczna ludność, jeśli może, dostarczyła coś z żywności dla zakonników, bo w klasztorze bieda. Matka moja zapakowała ciasto świąteczne i pieczonego indyka i kazała mi zanieść do klasztoru. Przy furcie odebrał te dary br. Augustyn. Chwileczkę kazał mi zaczekać, a po chwili powrócił z o. Maksymilianem. Ojciec podziękował, dodając, że Matka Boża wynagrodzi to stokrotnie, i wręczył mi biały różaniec, który mam do dnia dzisiejszego.
W lecie 1928 roku widywałam o. Maksymiliana częściej. Co pewien czas przychodził do majątku Teresin z bratem swym o. Alfonsem. Bywali u administratora Jączyńskiego i jego żony Jadwigi. Pani Jadwiga wspomagała klasztor, jak mogła, a również usposabiała męża jak najbardziej pozytywnie do klasztoru. Toteż często z ogrodu majątkowego dostawali bracia warzywa i owoce. Podwoziłam wtedy braci do stacji kolejowej naszą drezyną. Kilka razy jechał z nami i o. Maksymilian. Doskonale pamiętam, że przychodził w sandałach bez skarpet, a kilka razy boso.
Teresin, 9 kwietnia 1968
Janina Duda
Na zlecenie księcia Jana Druckiego Lubeckiego w lipcu 1928 roku zostaliśmy przeniesieni N do Teresina koło Sochaczewa, gdzie mąż objął obowiązek administratora tego majątku. W związku z tym książę oświadczył mojemu mężowi, że na terenie majątku przebywają franciszkanie i że o cokolwiek poproszą, nie należy im odmawiać.
Po przybyciu na nowe miejsce przyjechaliśmy wkrótce złożyć wizytę osiadłym tu franciszkanom i między innymi powiedzieć o. Maksymilianowi, że w myśl życzenia księcia jesteśmy gotowi udzielić mu wszelkiej pomocy. Przyjęli nas w zakrystii kapliczki obaj Kolbowie. Po wzajemnym powitaniu się i zawarciu sąsiedzkiej znajomości odezwałam się do o. Maksymiliana mniej więcej tymi słowami: "Mam nadzieję, że ojcowie zechcą nas zrewizytować. Chciałabym wiedzieć, kiedy to nastąpi, ażeby się odpowiednio przygotować". Ojciec Maksymilian odpowiedział mi: "Owszem, proszę pani, będziemy się spotykali przy stole, ale przy Stole Pańskim".
Mój mąż, nie mając jeszcze urządzonego w Teresinie biura administracyjnego, często korzystał z pomocy nowo powstałego Niepokalanowa. Gdy pewnego razu przyjechał w podobnym celu, zastał o. Maksymiliana chorego, z podwyższoną temperaturą. W celi było chłodno, [okładka, s. III]na parapecie okna od wewnątrz leżał śnieg nawiany wiatrem. Mąż przedstawił swoją prośbę o. Maksymilianowi, który mu nie odmówił, ale zanim zabrał się do udzielenia pomocy, wypowiedział bardzo charakterystyczne zdanie: "Zaraz, proszę pana, najpierw jednak nakażę sobie wykonanie tej pracy pod posłuszeństwem zakonnym".
Do kapliczki niepokalanowskiej zawsze i chętnie z mężem uczęszczaliśmy. Jednak pora Mszy św. wydawała mi się za wczesna. Pewnego razu między innymi odezwałam się do o. Maksymiliana: "Czemu ojcowie tak wcześnie odprawiają Mszę św.?". On zaś z właściwym sobie uśmiechem zamiast odpowiedzieć zapytał mnie: "Dlaczego pani uważa, że jest za wcześnie?" Nie chcąc przyznać się do lenistwa, powiedziałam: "No, proszę ojca, mogę przecież zaspać". Ojciec Maksymilian, wiedząc, że do kapliczki nie przychodziłam, ale przyjeżdżałam końmi, odpowiada mi krótko z humorem: "Koń nie zaśpi...".
Ojciec Maksymilian nie należał do ludzi wypowiadających swe myśli w pięknej formie. Oddziaływał jednak pokorną postawą i niezwykle miłym odnoszeniem się do innych, nacechowanym przedziwną skromnością, prostotą.
Białystok, 5 sierpnia 1966 r.
Jadwiga Jączyńska
Kiedy w roku 1927 Ojcowie Franciszkanie przybyli do naszej miejscowości Paprotnia i zaczęli budować Niepokalanów, miałam lat 7. Pamiętam budowanie kaplicy, gdyż moje siostry starsze pomagały i zabierały mnie z sobą. Pamiętam taki moment, kiedy byłam ze swoimi siostrami przy sprzątaniu i myciu kaplicy. Przyszedł do nas o. Maksymilian, przyniósł chleb i trochę masła, i nas częstował; był taki pogodny i anielski. Pamiętam ten moment, jak smacznie jadłam ten chlebek z jego rąk. Często przypominam to sobie w życiu. I jeszcze jeden ważny moment: to moje wstąpienie do Rycerstwa Niepokalanej. Trudno mi przypomnieć sobie, w którym to roku było. Pamiętam jednak, że wpisując mnie w szeregi MI położył swoją dłoń na mojej głowie i rzekł: "Bądź zawsze wierną rycerką Niepokalanej". Słowa te utkwiły mi głęboko w pamięci. Również osoba drogiego i tak świętego Ojca wycisnęła na mej duszy głęboki ślad, kształtując moją osobowość w wierności Bogu, Maryi i Kościołowi.
Po powrocie z Japonii - był to pewnie rok 1933 -widywałam go częściej. Był jak dawniej pogodny i uśmiechnięty. Wtedy i na ambonie czasem mówił kazania. Jedno z tych kazań jakoś dziwnie utkwiło mi w pamięci. Mówił, że "nie ma na świecie ludzi niedobrych; my jesteśmy wszyscy dobrzy, tylko słabi; trzeba dużo się modlić, aby być dobrym dzieckiem Niepokalanej". Robił na mnie wrażenie człowieka, kapłana niezwykłego - świętego.
Dąbie, 6 marca 1967 r.
Zofia Pęcherzewska
