Na wezwanie Ks. Prymasa Józefa Glempa i na apel "Rycerza Niepokalanej" z maja 1986 r. przedstawiamy postać bohaterskiej łączniczki Pawiaka Ludwiki Uzar-Krysiakowej, strażniczki więziennej, która z narażeniem życia niosła pomoc, a zwłaszcza Komunię świętą, udręczonym więźniom tego strasznego więzienia gestapowskiego w Warszawie.
Ludwikę Uzar nazywano "Myszką" lub "Lusią". By zrozumieć wielkość jej poświęcenia, trzeba poznać ogrom okrucieństw i bestialstwa gestapowców na Pawiaku. Więzienie to było etapem przejściowym, z niego po krwawych torturach w czasie przesłuchań na Alei Szucha (centrali gestapo w Warszawie) więźniowie szli na rozstrzelanie albo do obozów koncentracyjnych. Przez Pawiak przeszło około 100 000 więźniów, z tego około 37 000 zostało w okrutny sposób zamordowanych, a 60 000 wywieziono do obozów koncentracyjnych. Mało kto wyszedł na wolność. Okropne było życie na Pawiaku: nieludzkie tortury, głód, terror, niepewność jutra i groza śmierci stwarzały więźniom warunki nie do zniesienia. I tym właśnie znękanym więźniom niosły strażniczki polskie według swej możliwości pomoc i pociechę. Pomoc tę organizowały zakonspirowane komórki więzienne ZWZ (AK) i Delegatury Rządu. Jedną z tych bohaterskich łączniczek była Ludwika Uzar-Krysiakowa.
Urodziła się 12 XII 1912 w Padwi, w diecezji tarnowskiej. Po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Ropczycach, nie mogąc dostać posady nauczycielskiej z powodu braku miejsc, podejmuje pracę jako strażniczka więzienna najpierw w Łęczycy, potem na Pawiaku. Tutaj zawiera ślub ze Stanisławem Krysiakiem, aspirantem straży więziennej. Mąż jej po miesiącu musi uciekać przed aresztowaniem za granicę. Zostaje sama. W roku 1940 przychodzi na świat syn Januszek.
"Ludka zwana «Myszką» - pisze we wspomnieniu o niej koleżanka z seminarium nauczycielskiego i również strażniczka na Pawiaku Stefania Rosa - weszła w każdą norę, pracowała w szpitalu kobiecym, skąd był dostęp do każdego więźnia z informacją, z grypsem czy ostrzeżeniem. Bo albo lekarz wzywał zainteresowanych, albo pani Sipowicz, dentystka, a Myszka zawsze im towarzyszyła z urzędu. Pomagała więźniom materialnie, podnosiła na duchu, dodawała hartu i mocy do wytrwania, przynosiła wiadomości z domu, co najbardziej wzmacniało i kazało żyć, by przetrwać. Praca Myszki była bardzo ciężka i niebezpieczna, codziennie narażała ją na utratę zdrowia, a nawet życia (bo przy «wsypie» gestapowcy znęcali się strasznie). Spotykała się z szefem b. Delegatury Rządu, by za jego pośrednictwem przynosić Komunię św. dla więźniów celem pokrzepienia duchowego".
"Pozwolenie na przenoszenie Komunii św. na Pawiak przez osoby cywilne - pisze Maria Kann, znana pisarka młodzieżowa w artykule Życie religijne na Pawiaku - uzyskała Zofia Kossak w końcu roku 1941 lub na początku 1942. Istniała wówczas [308]tylko jedna komórka więzienna ZWZ (AK) i pierwszą osobą, której powierzono to zadanie, była współpracownica tejże komórki, komisarz Wanda Gawryłow, która wciągnęła strażniczkę Ludwikę Uzar-Krysiakową. Na terenie więzienia upoważniono do rozdzielania Komunii św. Wandę Wilczańską, więźniarkę, która pracowała w Szpitaliku. Zarówno komisarz Gawryłow jak i Ludwika Krysiakowa (która po aresztowaniu Wandy Gawryłow była rzeczywiście jedyną osobą ze straży więziennej, wciągniętą do tej sprawy) odbierały Hostie ode mnie w mieszkaniu mojej matki, kierowniczki apteki więziennej przy ul. Długiej 52".
"Przed świętami Bożego Narodzenia 1942 zapisał Leon Wanat, więzień i pisarz Pawiaka, autor książki Za murami Pawiaka - «Myszka» przyniosła na Serbię (tj. żeński oddziału Pawiaka) znowu większą ilość komunikantów, które zawinięte w przeźroczysty celofan, zawędrowały na oddział męski szpitala. Tu otrzymał je wezwany na dentystyczny fotel ks. Julian Chróścicki, przebywający w tym okresie w szpitalu więziennym. Aby obdzielić Komunią św. większą liczbę więźniów, podzielił każdy komunikant na trzy części. W pierwszy dzień święta Bożego Narodzenia 90 więźniów, znajdujących się w szpitalu i w izbie chorych otrzymało Komunię św. z rąk księży: Juliana Chróścickiego i Romana Archutowskiego. Była to szczególnie podniosła i pamiętna chwila, kiedy słabi i chorzy więźniowie po rannym umyciu w łazience, podchodzili cicho do ukrytych za drzwiami izby szpitalnej księży, aby przyjąć z ich rąk Pana. Nastrój tej chwili był wyjątkowy".
A teraz oddajmy głos także strażniczce na Pawiaku Cecylii Olkównie, pseudonim "Celinka", która obecnie jest zakonnicą u S[ióstr] Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi w Zielonce. "Lusię - pisze - poznałam w czasie okupacji, gdy pracowała ze mną na Pawiaku. Na Pawiaku przystąpiłam do pracy we wrześniu 1939 i tam już zastałam strażniczkę Lusię. Działalność nasza była bardzo szeroko zakrojona, bo straż polska kontaktowała uwięzionych z rodzinami. Jeżeli chodzi o księży, to księża odprawiali Mszę św. Przynosiłyśmy komunikanty i wino i kryłyśmy na wszelkie sposoby, gdyby gestapo przyszło. Stałyśmy na straży tak, że mogli swobodnie odprawiać Mszę św. Początkowo księża zajmowali miejsce, gdzie była dawna szkoła więzienna... Lusia przodowała w tym wszystkim, mogę powiedzieć. Była nadzwyczaj ofiarną. Ja nieraz ją ostrzegałam: «Lusiu! co ty robisz? Przecież masz dziecko! Masz dla kogo żyć, nie narażaj się tak!» Ale ona była głucha na takie słowa"...
"Sprawa przenoszenia Komunii św. dla więźniów na Pawiak przez Lusię jest dla mnie rzeczą oczywistą. Wiem, że przenosiła Pana Jezusa, ukrytego na piersiach pod mundurem (jak św. Tarzycjusz), i przekazywała zaufanej więźniarce, funkcyjnej szpitala kobiecego na Serbii na III oddziale. Więźniarką była Wanda Wilczańska. Gdyby ona żyła, mogłaby na ten temat dużo powiedzieć. Nieraz widziałam, jak na salę zabiegową przemykały się więźniarki, wyczuwało się jakiś podniosły nastrój - domyślałam się... Proszę zrozumieć naszą sytuację: my nie mogłyśmy widzieć i wiedzieć, będąc na służbie, jako oddziałowe. Po prostu usuwałyśmy się... wmawiając w siebie, że nic nie wiemy, nic nie widzimy, żeby w razie wpadki nikogo nie «sypnąć», i móc się bronić, że prowadziło się na «zabiegi» do szpitala więźniarki, podane mi na karteczkach. Wpuszczałam też lekarkę więźniarkę do celi izolatki, stąd wiem, że i w izolatkach podawano Komunię św. Akcja Lusi rozpoczęła się mniej więcej w połowie 1941 r. Różne były sposoby przenoszenia Komunii św.: w puderniczkach - kilka komunikantów, w korporale - od 15 do 20 hostyjek, w medalionie - pojedynczy opłatek. W czym przenosiła Lusia? Naprawdę nie wiem. Jedna z dawnych «Pawiaczek» powiedziała mi, że w puderniczce. Gdy przeczuwało się zbliżający się transport więźniów, akcja ta się zwiększała. Początkowo przyjmowało Komunii św. zaufane grono więźniarek funkcyjnych, z czasem krąg ten się poszerzał... Bóg wynagrodzi śp. Lusię za jej bohaterstwo i jej męczeństwo. Zginęła od pocisku «Berty» pod halą na placu Kazimierza". Było to 20 września 1944 r.
Tak szła przez cały czas od roku 1941 do 1944 w każdy piątek, a czasem częściej, na Pawiak cicha "Myszka", by nieść Chleb Eucharystyczny, po który sięgali w więzieniu udręczeni Polacy.
W kościele parafialnym w Padwi, skąd pochodzi Lusia, odsłonięto 20 stycznia 1980 r. pamiątkową tablicę, na której widnieje napis: "Ludwice z Uzarów Krysiakowej, 1912-1944, rodem z Padwi bohaterskiej łączniczce p. por. Armii Krajowej ps. «Myszka» - odznaczonej Krzyżem Virtuti Militari ofiarnej opiekunce więźniów Pawiaka w Warszawie - niosącej z narażeniem życia pociechę religijną, a zwłaszcza Komunię św. - w 35 rocznicę śmierci - Rodacy".
PS. Ponieważ jest w przygotowaniu książka o bohaterskiej działalności Ludwiki Uzar Krysiakowej ps. "Myszka", prosimy tych, którzy je znali z Pawiaka, by napisali swoje dodatkowe wspomnienia o niej i przysłali je na adres: Parafia Rzymsko-Katolicka, 39-453 Padew Narodowa. Będzie to wykorzystane w książce.
[s. 308]

