Różaniec mojej Matki

"Jesteśmy dziećmi tej samej Matki", tak powiedział ojciec Maksymilian. Takie słowa przeczytałam w kalendarzu przysłanym mi z Niepokalanowa. Dzieci tej samej rodziny obowiązuje solidarność.

W imię tej solidarności proszę o modlitwę, gdyż w tej chwili moja siostra jest bardzo ciężko chora... Tak potrzeba nam modlitwy i spokoju, z nadzieją też nietęgo, ratujcie! Może w Niepokalanowie jakiś najskromniejszy Brat pomodli się w naszej intencji, byśmy zniosły spokojnie to wszystko, co Bóg nam jeszcze przeznaczył. Może zrobi to taki najbardziej cierpiący, bo taki najwięcej rozumie. Na takim zniszczonym różańcu, jak różaniec mojej świętej pamięci Mamy, która miała tyle rozsądku, by powierzyć mnie Matce Bożej wówczas, gdy jej zarzucano, że źle mnie wychowuje.

Ten różaniec był niesłychanie wytrzymały. Moje różańce rwą się na strzępy, płowieją a przecież nie wytrzymały setnej części tego, co różaniec mojej Matki. Cóż wielkiego, że odmawiam różaniec idąc do pracy czy też na cmentarzu, właśnie przy grobie Matki. Że go czasem położę na grobie, gdy poprawiam kwiatki. Różaniec mojej Matki przeżył dwie wojny światowe, głód, liczne przeprowadzki, długą drogę z Wilna aż na Śląsk (były po drodze liczne jeszcze stacje naszej prywatnej Drogi Krzyżowej). Ten różaniec był codziennie odmawiany, jedna cząstka w naszej intencji: za każde dziecko jedna tajemnica różańca. Gdy nie było siły klęczeć, Mama stała oparta o moje pianino i odmawiała różaniec patrząc przez okno na dzieci wracające właśnie ze szkoły. Gdy przed dwoma laty po ciężkim krwotoku mózgowym leżała nieprzytomna i szukała czegoś wokół siebie, podsunęłam różaniec. Nie wiem, jakim cudem w ogólnym zamieszaniu pamiętałam, by wziąć go ze sobą do karetki pogotowia wiozącej Mamę do szpitala. No i ta ciężko chora staruszka, nieprzytomna, wzięła w rękę różaniec i nie otwierając oczu odmówiła aż do końca. To był niemal ostatni gest w jej życiu, potem już była głęboka śpiączka i wreszcie śmierć, która nastąpiła już w moim pokoju.

Lekarz angielski, Moody, napisał uczoną książeczkę Życie po życiu. Uczone książeczki - to nie dla mnie, ja mogę opisywać tylko rzeczywistość dzień po dniu, czasem po to, by mnie nie przytłoczyła, by się jeszcze jej raz przyjrzeć. Ta rzeczywistość przypomina mi, że gdy po raz pierwszy zabrano mi przed miesiącem siostrę do szpitala, z ogromnym płaczem pobiegłam w wolnej chwili, by przed świętem Zmarłych posadzić na grobie Mamy choć parę bratków. Płacz ustał natychmiast, jak ręką odjął, gdy stanęłam przy grobie. Cisza i spokój, jakieś ukojenie - a na zewnątrz zacinał zimny deszcz. Nie zważając na to, sadziłam bratki i przemawiałam do mojej Mamy. Jakaś postać pod parasolem, której też się zachciało odwiedzić cmentarz podczas deszczu, szybko uciekła. Może sądziła, że postradałam zmysły z rozpaczy. Ja rozmawiałam ze swoją Matką.

Zawsze, gdy odmawiam różaniec, wyobrażam sobie, że moja Matka drugi koniec różańca trzyma i modlimy się razem.

Wyobraźni pobudzać dużo nie muszę, długo przecież w naszej rodzinie trwała tradycja wspólnej modlitwy. Potem życie to rozbiło, pozostał z tych czasów obraz Matki Bożej Miłosierdzia z Ostrej Bramy, wciąż piękny. Co to jednak znaczy "przedwojenna robota": i różańce się nie niszczą, i obraz wszystko wytrzymuje.

A bratki, które mi przypominają Braci Mniejszych, mają się dobrze. Sadzone w deszcz, podlane łzami, zmarznięte - jeszcze kwitną! Takie (i tacy) to wszystko wytrzymają.

Życzę wszystkim Braciom Mniejszym, by tak odczuwali opiekę naszej wspólnej Matki, jak ja odczułam w zimnym deszczu na cmentarzu, że moja Matka jest, czuwa i uspokaja. Co to znaczy miłość matczyna!