Rodzina Kolbów

Wspomnienia o św. Maksymilianie

Rodzice moi żyli w bliskiej i serdecznej przyjaźni z rodzicami Rajmunda Kolbego, przyszłego Ojca Maksymiliana. Zwłaszcza moja matka bardzo się przyjaźniła z matką Rajmunda. Mieszkaliśmy po sąsiedzku. Rodzice Rajmunda zamieszkiwali w domu numer 5 przy ulicy Złotej u Szkopego, a rodzice moi po drugiej stronie ulicy Złotej pod numerem 4 u Preissa. Gdy Kolbowie mieszkali u Bidorfa, piekarza, chodziłam do nich ze swoją matką. W mieszkaniu przy ulicy Złotej bywałam u nich jeszcze częściej.

Wszystkich trzech chłopców: Franciszka, Rajmunda i Józefa znałam doskonale, ponieważ razem z bratem moim Edwardem tworzyliśmy nierozłączną piątkę, która buszowała po przyległym składzie desek, własności Żyda pabianickiego, niejakiego Króla. Na Rajmunda wołano Mundek.

Chłopcy byli nadzwyczaj weseli i żywi, ale nie byli psotliwi. Przy tym zawsze byli bardzo grzeczni. Właściciel owego składu desek nie bronił nigdy całej piątce bawić się tam w chowanego i biegać dowoli, choć inne dzieci przepędzał.

Dom Kolbów odznaczał się wielką pobożnością i bogobojnością. Rodzice wychowywali swych synów pobożnie. Zarówno moi rodzice, jak i rodzice Kolbowie strzegli swoich dzieci od zepsucia moralnego i nie pozwalali całej piątce bawić się z innymi dziećmi.

Od najmłodszych lat Rajmund posiadał głębokie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej. Nabożeństwo to wszczepili w dusze chłopców rodzice, z których ust nie schodziły te i tym podobne zdania: "Matka Najświętsza pomoże, Matka Najświętsza nie opuści, Matka Najświętsza wszystko sprawi". Nabożeństwem tym najbardziej przejął się Rajmund. Ileż to razy cała piątka biegała razem, bawiąc się wśród desek do późnego wieczora, choć matka Kolbowa przykazywała chłopcom, by wcześniej wrócili do domu! Z jakąż trwogą wtedy wracali! Rajmund odmawiał wtedy jedno "Zdrowaś" po drugim, byleby tylko uniknąć kary. Wprawdzie Kolbowie nie stosowali nigdy kar cielesnych, ale naganami matki czy ojca Rajmund przejmował się do głębi.

Moja matka poszła za przykładem Kolbów i potem również nigdy nie biła swych dzieci. "Zdrowaśki" odmawiał wtedy Rajmund sam i innych do tego zachęcał. Czasem mój brat aż szturchał go i strofował: "Mundek, co się tak modlisz?!" Rajmund nie zwracał na to uwagi, a następnego dnia wypytywał wszystkich po kolei, ile kto odmówił "Zdrowaś Maryjo", w drodze do domu.

Rajmund nigdy nie kłamał. Nawet gdy coś przeskrobał, z pochyloną żałośnie główką, ze łzami w oczach, przyznawał się szczerze matce do wszystkiego.

Rodzice Rajmunda byli nadzwyczaj zacni, uczynni i bogobojni.

Ojciec Rajmunda Juliusz był wysoki, przystojny. Gdy rozmawiał, zawsze miał oczy spuszczone. Miał zacięcie i ducha prawdziwie apostolskiego. Wybrał się on kiedyś ze swoim przyjacielem Walentym Hetmanem (moim krewnym, dzisiaj już nie żyje) do pastora protestanckiego w Pabianicach, chcąc go nawrócić na wiarę rzymskokatolicką. Z pastorem tym dyskutowali długo, ale niestety, usiłowania ich spełzły na niczym. Powróciwszy do domu, przez dłuższy czas nie mogli sobie darować tego, że im się nie powiodło.

Matka Rajmunda Maria była kobietą nadzwyczaj miłą, miała niezwykle słodki wyraz twarzy i miłe obejście. Z nadzwyczajną zręcz[25]nością potrafiła prowadzić rozmowy o Bogu i Matce Najświętszej.

Zajmowała się akuszerstwem. Nie miała wprawdzie dyplomu, ale wykonywała swój zawód za wiedzą i pozwoleniem lekarza, bezinteresownie. Służyła przeważnie biednym. W zawodzie swym była kobietą wprost opatrznościową. Mojej matce uratowała życie. Brano ją zwłaszcza tam, gdzie dzieci się nie chowały. Niejednej rodzinie wyprosiła swymi modlitwami błogosławieństwo Boże. Chore, ubogie, pielęgnowała zawsze za darmo. Nigdy nic nie wzięła.

W domu Kolbów był ołtarzyk Matki Bożej. Przepiękna figura Niepokalanej zawsze ubrana była kwiatami. Przed nią paliła się dniem i nocą lampka oliwna; a rodzina cała: ojciec, matka i dzieci odprawiali przed tym domowym ołtarzem Niepokalanej wspólne modlitwy. Sąsiadów również zapraszali do siebie na te wspólne modły. A gdy zdarzyło się, że ktoś wszedł w czasie modłów do Kolbów, żadna głowa się nie odwróciła do przybyłego, wszyscy modlili się ze skupieniem. To było charakterystyczne.

Kolbowie nosili się skromnie. Obydwoje należeli do trzeciego zakonu św. Franciszka. Obowiązujące ich przepisy wypełniali ściśle. Nie wstydzili się zewnętrznych przejawów pobożności. Na drugich wywierali zawsze dobry wpływ. Ludzie niektórzy śmieli się z nich. Ale oni się tym nie zrażali. Kolbowa zwłaszcza wywierała dziwny urok na drugich. Gdy zaczęła rozmawiać z kimś, nikt nie odważył się zrobić jej jakiejś przykrości, albo dokuczyć. Nie unosiła się nigdy, zawsze była łagodna uprzejma i ujmująca. Do dziś pamiętam żywo jej postać, pamiętam cały dom Kolbów. Rodziny tej nie mogę zapomnieć, a wspominam ją z rozrzewnieniem.

Grafika do art. Rodzina Kolbów

[Fot. s. 25] Maria Kolbe, matka św. Maksymiliana.