KOMBINATOR, WRACAJĄC DO DOMU, W CIASNOCIE TRAMWAJU
TAK SIĘ MODLIŁ:
Panie, znowu mi przeszkodziłeś.
Chcę się urządzić, jak inni.
Z budowy wynieść trochę cementu, wapna...
Na chwilę odwróć swój wzrok ode mnie.
Inni przecież więcej biorą.
Blok nie zawali się. Plan będzie w porządku.
Czemu mnie prześladujesz swoim: "Nie kradnij"?
RODZINA EGOISTÓW, WSZEDŁSZY DO SWEGO MIESZKANIA,
TAK SIĘ MODLIŁA:
Panie, krzyżujesz nam plany.
Nienarodzone zabierze nam dużo czasu, pieniędzy.
Niedołężna matka zamieszka w domu opieki.
Chcemy najpierw popracować na fiata,
na kolorowy telewizor, na turystykę.
Zrozum nas, czasu i sił braknie.
Utrudniasz nam życie swoim: "Nie zabijaj, czcij matkę..."
GRUPA RODAKÓW, ZEBRAWSZY SIĘ W GROMADĘ,
TAK SIĘ MODLIŁA:
Panie, zaryglowałeś nam drzwi do radości.
Chcieliśmy wypić, uczcić wolną chwilę,
przeżyć ją w iluzji.
A już zamknięto sklepy. W melinie strach i drogo.
Kartki wyczerpane. Co zrobić z wolną godziną?
Czy tak być musi? Nie dręcz nas myślą:
"Szanuj zdrowie, czas, nie okradaj rodziny i siebie".
LENIWY, OBOJĘTNY, POŁOŻYWSZY SIĘ NA TAPCZANIE,
TAK SIĘ MODLIŁ:
Panie, dziś niedziela, wolny dzień od pracy.
Wyśpię się, poleżę, obejrzę telewizor.
Przeczytam zaległe Expressy z tygodnia.
Nie przypominaj mi, żeby dzień święty święcić,
że czas niedzielny to wędrówka do kościoła,
to więcej modlitwy, to więcej godzin z rodziną.
Panie, daj mi spokój.
CI I INNI POSPOŁU DALEJ MRUCZELI I MAMROTALI:
Panie, dlaczego utrudniasz nam życie?
Chodzisz za nami, jak za zagubioną owcą.
Szukasz nas, jak byśmy byli drogocenną perłą.
Chcesz złowić nas, jak byśmy byli szlachetną rybą.
Zwalasz nas z konia, jak byśmy nadawali się na apostołów.
Nasyłasz na nas swoich ludzi, którzy nas drażnią.
PAN TAK WCIĄŻ WOŁA DO ICH SUMIEŃ I KOŁACZE DO ICH SERC:
Nim ty mnie pokochasz, ja, Pan, ciebie już dawno umiłowałem,
takiego, jakim jesteś.
Po to był krzyż, po to dałem przykazania, sakramenty...
Więc człowieku, bądź Człowiekiem!
Więc rodzino, bądź Rodziną!
I ojczyzno, bądź Ojczyzną!
