Przygoda z Markiem

Tego lata, jak co roku, cały swój urlop poświęciłam na wędrówkę. Tym razem wybrałam się z koleżanką. Pierwsze dni spędziłyśmy na Mazurach, w moich rodzinnych stronach. Zamieszkałyśmy w małej wsi, liczącej zaledwie dwadzieścia domostw. Po kolacji poszłyśmy poznać mieszkańców wioski i okolicę. Dzieci bawiły się hałaśliwie na środku drogi. Spostrzegłszy obce osoby, przerwały grę i ciekawie spoglądały na nas. Podeszłyśmy bliżej.

- Cześć, chłopcy. Nie patrzcie tak na nas, nie zjemy was - roześmiałam się. - W co się bawicie? Czemu kłócicie się?

Jeden z chłopców ośmielony opowiedział nam zasady gry.

Przystąpiłyśmy do zabawy. Po pewnym czasie zauważyłam, że jeden z chłopców, imieniem Marek, próbuje oszukiwać.

- Marek, Pan Jezus widzi - powiedziałam. Wszyscy gwałtownie obrócili się w moją stronę.

- Pan Jezus gniewa się na ciebie. Nie wolno oszukiwać.

Dziesięcioletni może chłopiec zarumienił się i szybko wyjął schowane kamyki. Po pewnym czasie rozległy się nawoływania. Dzieci niechętnie i z ociąganiem rozeszły się do domów.

My obydwie poszłyśmy jeszcze przejść się na skraju lasu. Za nami biegł jeden z uczestników zabawy.

- Proszę pani - mówi zdyszany - Marek wcale nie wierzy w Pana Jezusa, jego mama też.

- Wielka szkoda. Pan Jezus musi się z tego powodu bardzo martwić. Ale wiesz co? Pokaż, gdzie on mieszka?

Wróciliśmy. Chłopiec wskazał na jedną z za- gród i pobiegł do swojego domu.

- Co ty chcesz zrobić, Elżbieto?

- Odwiedzę tę panią.

- O tej porze? - Ewa była zdziwiona. - Idź sama, nie mieszam się do tego.

Weszłam na podwórze. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi kobieta, która okazała się matką Marka.

- Dobry wieczór pani. Przyjechałam tutaj na wakacje. Dzisiaj poznałam Marka. Pewnie już śpi?

- Tak...

- Chciałabym z panią chwilę porozmawiać.

- Znowu coś nabroił? Ja już nie mam siły do tego chłopaka. Chuligan jeden, co ja za utrapienie z nim mam. Niech pani wejdzie.

- Ależ nie. Niech pani będzie spokojna. Myślę, że z Marka wyrośnie mądry chłopak. Tylko widzi pani, w tych czasach dzieci nie znaj ą żadnego autorytetu. Czy pani jest osobą wierzącą?

- Nie mam czasu na takie sprawy - kobieta zmieniła głos. - Zostałam sama. Mąż umarł dwa lata temu. Muszę sama użerać się z dwójką dzieci.

- A czy pani mówiła im kiedykolwiek o Bogu? Dzieci są opuszczone. Nie zdają sobie sprawy, że jest Ktoś, kto jest sprawiedliwszy i surowszy od pani. Nie umniejszam tu pani roli jako matki, ale gdyby dzieci wiedziały o tym, nie miałaby...

- Czy pani jest świadkiem Jehowy?

- Nie. Jestem katoliczką. Ale pani nie ma czasu na rozmowę ze mną o dzieciach - powiedziałam widząc, że matka nie ma ochoty mówić na ten temat. - Jeżeli pani nie wierzy w Boga, to przynajmniej niech pani nie broni poznać Go dzieciom - położyłam na stole dwa obrazki Jezusa i medalik Niepokalanej. - Gdy dorosną i zrozumieją, mogą mieć do pani pretensje i żal, że nawet nie wspomniała im pani o Nim. Niech pani da Boga dzieciom. Dobranoc.

Wyszłam z domu i skierowałam się w stronę mojej kwatery. Usłyszałam za sobą kroki i zobaczyłam, że kobieta idzie za mną.

- Proszę mi wybaczyć - trzymała w ręku medalik.

Przeszła mi przez głowę myśl, ze jest to moja klęska. Nie pokazałam jednak tego po sobie. Przytrzymałam j ej rękę.

- Wiem, że Marek reaguje na imię Jezusa.

- Niech pani to wykorzysta. Sądzę, że skończą się kłopoty z Markiem. Jeżeli pani się nie modli, proszę przynajmniej dzieci nauczyć modlitwy, która jest wypisana na medaliku.

Kobieta odeszła. Czułam, że da dzieciom ten medalik. Wiedziałam, że teraz muszę się modlić za tę rodzinę.

W dwa dni później już odjeżdżałyśmy z wioski w dalszą włóczęgę. Pomyślałam sobie, że pożegnam się z Markiem. Podeszłam do j ego domu i zawołałam Marka.

- Marek, widzisz, już dzisiaj wyjeżdżam. Musimy się pożegnać. Może zobaczymy się w przy[85]szłym roku. Wiesz co? Dam ci coś na pamiątkę - nie byłam pewna, czy dostał. medalik. - Weź ten medalik Matki Bożej Niepokalanej.

- A ja już dostałem to od mamy - pokazał mi medalik na wstążce wiszący na szyi. - Mama mówiła, żebym się nauczył tego wierszyka, co tu jest wypisany. Krzysiek też już umie, nauczyłem go, choć nie umie jeszcze czytać. Zaraz powiem, tylko sobie początek przypomnę. O Maryjo... poczęta... Nie! O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy!!! - ostatnie słowo wykrzyknął zadowolony, że powiedział bezbłędnie...

- Wspaniały jesteś, Mareczku. Pamiętaj zawsze o Matce Bożej, która jest w niebie. I módl się często za swoją mamę. I bądź grzeczny. Pan Jezus zawsze widzi, co ty robisz. Nie wolno ci Go zasmucać. Jak zasmucasz swoją mamę, to zasmucasz Pana Jezusa. Pamiętaj o tym zawsze, Mareczku. Niech Pan Jezus zawsze będzie z Tobą - podałam mu rękę.

- A ja będę zawsze z Panem Jezusem. Cześć!