Przygoda Misjonarza w podróży
Drukuj

W austrjackiej zakonnej prowincji zmarł niedawno sędziwy misjonarz z zakonu Redemptorystów. Wiele pracował on na misjach i rekolekcjach. Dużo też ciekawych wypadków miał w życiu, z których jeden przytaczamy według jego opowiadania:

Byłem wtenczas w klasztorze w Leoben i wybrałem się z rekolekcjami do odległego miasta. W czasie podróży musiałem na jednej stacji zjeść obiad. Obok mnie usiadły dwie panie i chociaż to był piątek, zajadały spokojnie potrawy mięsne. Skoro mnie spostrzegły, trąciła jedna drugą znacząco, jakby chciały powiedzieć: Ksiądz będzie się pewnie gorszył, że my dziś jemy mięso. Po obiedzie zbliżyły się obydwie ze złośliwym uśmiechem, a starsza z nich tak mię zagadnęła:

- Nieprawda księże dobrodzieju, że się ksiądz bardzo nami gorszył, żeśmy mięso jadły. Ale niech nam ksiądz wytłomaczy, dlaczego w piątek szczególniej smakuje mięso, a zwłaszcza cielęcina?

Obecni, usłyszawszy takie zapytanie, słuchali z ciekawością, co z tej rozmowy będzie. Część ciekawych brała moją stronę, druga owych dam. W podobnych wypadkach ten wyjdzie zwycięsko, kto sprawą tak pokieruje, iż wszystkich rozśmieszy, gdyż to ani miejsce, ani pora nie była właściwa na tego rodzaju dysputy poważne. Spokojnie więc na pytanie odpowiedziałem:

- Ależ, szanowne panie, ja bynajmniej się nie zgorszyłem. Patrząc na waszą powierzchowność, sądziłem na pewne, iż panie są żydówkami, a u żydów przecież w piątek wolno jeść, co im się podoba.

Wszyscy obecni wybuchnęli głośnym śmiechem. Ja zaś tak mówiłem dalej:

- Jeżeli panie nie są żydówkami, to odpowiedź na dalsze pytanie będzie taka: już dawno powiedział jeden poganin, że człowiek często chwyta się tego, co jest zakazane. Jeżeli więc panie cieszą się z tego, że zakazane potrawy jedzą, to postępują w myśl tego poganina, a jako chrześcijanki dają publicznie zgorszenie. Dlaczego paniom cielęca mięso szczególnie smakuje, łatwo wytłomaczyć, choć z grzeczności tego wolałbym nie mówić, ale że panie o to się pytają, to powiem: każdy szuka podobnego sobie...

Obecni jeszcze głośniej śmiać się poczęli, a panie - stały zarumienione od wstydu. -Pułkownik obecny uścisnął mi z zadowoleniem rękę za tę odpowiedź, mówiąc:

- Doskonale, księże dobrodzieju, tylko taka tym paniom należała się odprawa...

Już czas był siadać do pociągu. Panie chciały z oczu zniknąć i wsiąść gdzie indziej do wagonu, ale jakoś tak się złożyło, żeśmy z pułkownikiem te panie w jednym przedziale z sobą znaleźli.

Kiedyśmy się usadowili, panna towarzysząca owej starszej pani z przekąsem znowu zapytała:

- Ależ księże, jak może Kościół katolicki takie trudne wydawać przepisy i takiej wstrzemięźliwości od nas żądać? Czy to potrzebne?!

- Proszę pani - odpowiedziałem - zwierzęta drapieżne jedzą mięso, ile razy im się da i nie mogą zwalczyć swego instynktu, czyli chęci: jeżeliby się pani do liczby tych bożych stworzeń zaliczyć chciała, to zakaz Kościoła byłby wtenczas za surowy. Bóg, a w imieniu Boga Kościół katolicki, daje przykazania nie zwierzętom, ale rozumnym ludziom, którzy swoje żądze poskromić mogą i to z wielką korzyścią, jeśli tylko chcą na prawdę...

- Brawo! - zawołali podróżni, a pułkownik znów uścisnął mię za rękę.

Nie dając jednak za wygrane, panna jeszcze siebie pewna znowu mi powiada:

- Proszę księdza, przecież P. Jezus powiedział; Nie to kala człowieka, co wchodzi do ust, ale to, co z nich wychodzi.

Wszyscy obecni z zaciekawieniem zwrócili oczy swe na mnie, co na to odpowiem.

- Ależ pani te słowa P. Jezusa zupełnie fałszywie sobie tłomaczy; może się o tem przekonać, czytając o grzechu pierwszych naszych rodziców. Gdy jedli zakazany owoc, to owoc szedł do ust, a nie z ust, a jednak zgrzeszyli przez to nieposłuszeństwo, jak mówi pismo św. Dobre by było zastosowanie tych słów P. Jezusa, gdyby pani miała usta tylko do mówienia, a nie do jedzenia, gdyż w przytoczonych słowach Chrystus nauczał o grzechach mowy, a potępiał przesadne, faryzejskie i obłudne pojęcia żydów o myciu rąk przed jedzeniem, gdyż to mieli za grzech, a oszczerstwa, obmowy lekceważyli.

Po tej odpowiedzi obydwie panie już zamilkły, nie miały więcej ochoty rozmowy zaczynać.

Ku wieczorowi przejeżdżaliśmy obok ogromnych hut żelaznych; z pieców buchał jak zwykle silny ogień.

- Ile razy tędy jadę - powiada pułkownik - przypominam sobie straszne piekło.

Tu znowu odezwała się starsza pani:

- Panie pułkowniku, jak też pan, człowiek wykształcony może jeszcze o piekle mówić, czy pan wierzy w takie rzeczy?

Pułkownik z powagą zwrócił się do mnie i rzekł:

- Proszę księdza dobrodzieja o odpowiedź za mnie tej pani. Ja zaś spokojnie zwróciłem się do niej i rzekłem:

- Więc pani jest tego samego zdania, co niegdyś niedowiarek Wolter. Pisał on raz do swego przyjaciela Diderota takie słowa: przyszedłem do przekonania, że po śmierci poza grobem niema nic. Jednak gdy umierał, wołał w rozpaczy o księdza, ale go nie doczekał i umarł w strasznej trwodze i niepewności. Zmarszczki na twarzy pani pokazują, że już jej do grobu bliżej niż dalej. Niechże pani gotuje się na to, że się wtedy przekona sama, czy jest piekło, albo niema. Ja pani dam jedną dobrą radę: Gdy pani pójdzie wieczorem na spoczynek, niech pani codziennie sobie powie: Gdy umrę, będzie to samo ze mną, co z nieżywym kotem, którego wyrzucają gdzieś na śmiecisko.

Po chwili niech pani zapyta siebie: a jeżeli to nieprawda, to gdzież się po śmierci obrócę, co ze mną będzie?! W takich wątpliwościach, gdy będą powstawały, niech pani popatrzy na ten obrazek, - mówiąc to podałem jej obrazek Matki Boskiej Bolesnej, który się właśnie z mego brewiarza wysunął, - Ja tu w tem mieście zostanę przez 14 dni, będę dawał rekolekcje. Jeżeliby pani potrzebowała naprawdę mej porady w tych albo podobnych wątpliwościach, będę każdej chwili na jej usługi. Oświadczam przy tem, że w całej tej rozmowie nie chciałem pani obrazić, ani dokuczyć, tylko odpowiadałem na zaczepki.

Pociąg się zatrzymał i wszyscy, tak jak i ja, wysiedli.

Dwunastego dnia rekolekcji przyszła rzeczywiście owa pani do mnie, mówiąc, że nie ma ani chwili w duszy spokoju, myśl o wieczności nie chce jej opuścić, chciałaby odprawić spowiedź z całego życia. I rzeczywiście do spowiedzi przyszła. A po spowiedzi rzekła:

- Księże dobrodzieju, teraz jestem dopiero szczęśliwą i spokojną. Rozmowa nasza w podróży była na pozór dla nas cierpką i przykrą, ale wyszła mi na pożytek. - Bardzo za to księdzu dziękuję...