Matka Boża w moim życiu (40)
Kim była i jest Matka Boża w moim życiu? Najgłębiej czuje to serce, a odczucia tak trudno wyrazić słowem, tak trudno ukazać drugiemu to, co się kryje w głębi własnej duszy.
Obecność Maryi w moim życiu pragnę opisać poprzez własne doświadczenia, wspominając kolejne etapy: dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały. Celem tych wspomnień nie jest przedstawienie jedynie trudu życiowego, ale na jego tle chcę ukazać mój związek z Matką Bożą, a przez to zachęcić do ofiarnego dźwigania krzyża i ufnego zdania się na Matkę Jezusa i naszą.
Gdy miałam zaledwie 3 lata, zmarł mi ojciec. Z tego okresu niezatarty w mojej pamięci pozostał duży obraz Matki Bożej Częstochowskiej z Dzieciątkiem i macierzyńska twarz Tej Pani, która swoimi dobrymi oczami śledziła mój każdy dziecięcy krok. Byłam bardzo wyczulona na wzrok Tej Matki. Oczy Jej były dla mnie wezwaniem do dobrego. Tak więc w bliskości czułego oblicza Matki ze zranioną twarzą, poczynało się moje pielgrzymowanie w przyszłość. Ósmy rok życia to głęboka radość spotkania z Panem, poprzez Jego Najświętsze Ciało i Krew. Przyjaźń z Bogiem i Jego Matką zapuszcza w mojej duszy głębsze korzenie.
Bolesną raną była dla mnie śmierć mamusi. Miałam wtedy 11 lat. Wraz z dwuletnim braciszkiem i półroczną siostrą straciliśmy największy skarb, umiłowaną mamusię. Pozostała druga Mama, Ta, która jakby w tym czasie wyszła z ram obrazu, aby przytulić do swego miłującego Serca swoje sieroty. Po pogrzebie mamusi "najbliżsi" odmówili mi kąta w swoim domu, a dobytek rodziny został "rozdrapany". Rozpoczęła się poniewierka. Po roku, u tych "najbliższych", zostałam najęta jako siła robocza. Za łóżko służył mi barłóg pod piecem, za okrycie stary płaszcz. W zimie musiałam wkładać dziurawe buty, wyrzucone na śmietnik, w lecie wcale ich nie miałam. Ciężka praca trwała od świtu do nocy (42 ha ziemi). Każda kromka chleba wymówiona, zmieszana ze łzami.
Nie zapomnę Wigilii Bożego Narodzenia. Było bardzo mroźno. W pożyczonych butach, w letnim płaszczu udałam się do kościoła OO. Cystersów, oddalonego o 8 kilometrów. W czasie nabożeństwa zamarzłam w ławce. Dobrzy ludzie dopomogli mi dostać się jakoś do "domu". Nad ranem, w dzień Bożego Narodzenia, przekleństwa, wypominanie chleba..., kolejny ból mojego młodego serca. Ze łzami w oczach uklękłam przed obrazem Matki Bożej i płacząc wołałam: "Matko, zabrałaś mi matkę, zabierz i mnie... Usłysz ból sieroty".
Twarde było serce tych ludzi. Gorycz życia kierowała moje myśli ku samobójstwu. We śnie z pociechą przychodziła do mnie mamusia, która tuląc swoje dziecko dodawała otuchy. Zawsze pragnęłam, aby noc się nie kończyła, aby światło dzienne dla mnie już nie świeciło.
W wieku 16 lat wyjechałam do Zagłębia, gdzie podjęłam pracę zarobkową. W dwa lata później zawarłam małżeństwo. Niestety, miał to być drugi etap mojej krzyżowej drogi. Mąż był alkoholikiem. Zaczęło się piekło w domu. Ciągłe przekleństwa, bicie, poniewieranie. W tej atmosferze musiały wzrastać moje dzieci. I na tym etapie życia stoi przy mnie Matka o twarzy zranionej. Patrzy załzawionymi oczyma na szalejące zło w tym domu, na moje upokorzenia i łzy niewinnych dzieci. Modląc się do Matki Bożej, starałam się zachować całkowity spokój. Mąż z nienawiści do kościoła rzucał na ziemię książeczkę do nabożeństwa, przy tym bił mnie pięściami, wyzywając i grożąc, że mnie mogiła przykryje. Zawsze w tych chwilach kalwarii modliłam się: "Boże, odpuść mu, bo nie wie, co czyni", lub ze spokojem śpiewałam "Serdeczna Matko... niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi". Pewnej nocy, po dotkliwym pobiciu przez męża, ukazała mi się Matka Boża ubrana na czarno, ze smutnym obliczem. Pokazała na swoim policzku krwawiącą ranę. Zawołałam wtedy: "Matko Boża, Ty ze mną cierpisz!".
Po tym śnie wstąpiła we mnie taka moc, że gotowa byłam wszystko przecierpieć.
Tylko Ona, moja najlepsza Matka, potrafi zrozumieć ogrom bólu, którego musiałam doświadczyć. To Ona była dla mnie wspomożycielką nieustanną, Ona przeprowadziła mnie przez krzyż.
Dwanaście lat trwało to małżeństwo. Musiałam po 12 godzin pracować na dwoje uczących się dzieci. Z biegiem lat nastąpiło znaczne pogorszenie mojego zdrowia. Od dziecka bowiem kulałam, a w tym czasie nie mogłam poruszać się bez kul.
Gdzie szukać pomocy?
Pomoc przyszła mi z nieba, od Pana. Po gorącej modlitwie w Wielki Piątek, niespodziewanie zjawiła się osoba, która otworzyła mi drogę do kliniki w Piekarach Śląskich. Tam przeszłam trzy bardzo ciężkie operacje, trwające kilkanaście godzin. Przeżyłam też śmierć kliniczną. Zostały mi wmontowane sztuczne stawy biodrowe. Po kilku dniach stanęłam na nogach o własnych siłach. Uważam to za łaskę dobrego Boga i widzę w tym szczególną opiekę Matki Bożej, Tej o rysach jasnogórskich, że mogłam o własnej mocy "iść za wrócone życie podziękować Bogu".
Hołdem wdzięczności dla Boga i Niepokalanej Matki było moje pięciokrotne pielgrzymowanie do przesławnego sanktuarium jasnogórskiego, w czasie Jej Jubileuszu 600-letniego królowania. Wdzięczność wyrażam wobec Pani Jasnogórskiej za powołanie jednego syna do zakonu, a drugiego do życia w małżeństwie.
Na terenie swojej parafii jestem inicjatorką powstania organizacji maryjnej, zrzeszającej tych, którzy pragną w sposób szczególny walczyć pod sztandarem Niepokalanej, ku większej chwale Boga.
Patrząc w przeszłe swe życie, głębiej oceniam to wszystko, co Opatrzność Boża w swojej nieprzeniknionej dobroci dla mnie przygotowała. Pełniej rozumiem wartość krzyżowej drogi i słowa: "Przez krzyż do światła". Wyraźniej widzę, jak Ta dobra Matka prowadziła mnie przez życie, jak była przy mnie w chwilach krytycznych.
Z głębi serca pragnę przyłączyć swoje "Uwielbiaj" do Jej wspaniałego Magnificat anima mea Dominum...
I wierzę, że będzie Ona przy mnie w ostatniej chwili.
