Błogosławiony - święty
Rozważanie na 2. niedzielę nowenny (15 VIII)
Jedenaście lat mija od beatyfikacji o. Maksymiliana Kolbego, a wspomnienia tego wydarzenia zostały jakże żywe! Sięgnijmy dla przykładu po dziennik kard. Stefana Wyszyńskiego. Pod datą 17 X 1971 figurują zdania tryskające dumą i radością: "Dzień beatyfikacji o. Maksymiliana Kolbego - błogosławiony dzień! Trudno sobie wymarzyć dzień piękniejszy. Nawet niebo przyoblekło się w lazurową szatę bez skazy chmurki, jak płaszcz Niepokalanej wyczarowany pędzlem Murilla. Cicho, słonecznie, ciepło, pogodnie. Plac Św. Piotra rozbrzmiewa polską mową we wszystkich odcieniach języków świata. Franciszkanie włoscy ustawili długie łańcuchy delegacji z całych Włoch. Franciszkanie polscy więcej uwagi poświęcają swoim grupom, przywiezionym z Ojczyzny. Od wczesnego ranka ciągną autokary ku bazylice św. Piotra. Przyjechało jeszcze wiele ludzi pociągami z Polski, wiele też przybyło prywatnymi autami. Obliczamy Polaków z Kraju na trzy tysiące; Polaków z Polonii świata - także na około trzy tysiące".
W przeddzień kolejnej uroczystości - kanonizacji Błogosławionego - takie relacje czytamy jednym tchem, z bujniejszą i żywszą wyobraźnią, co będzie 10 października.
Będzie to bardzo ważna data w historii Kościoła polskiego. Ostatnia kanonizacja Polaka, św. Andrzeja Boboli, odbyła się bowiem 44 lata temu.
Uroczystości beatyfikacyjne i kanonizacyjne są poprzedzane na ogół długim procesem. Podczas jego trwania trzeba zbadać prawowierność wszelkich pism, jakie zostawił kandydat, przesłuchać świadków życia, stwierdzić stosowny kult pośmiertny i cuda zdziałane za jego przyczyną, orzec o heroiczności cnót chrześcijańskich. Proces taki prowadzą dwie instancje: diecezjalna (pod przewodnictwem ordynariusza) i w Kongregacji Obrzędów (pod kierownictwem papieża). Dopiero po zamknięciu tych szczegółowych prac dany kandydat na ołtarze zostaje zazwyczaj ogłoszony sługą Bożym, błogosławionym i wreszcie świętym. Dekret beatyfikacyjny zezwala wiernym na oddawanie czci błogosławionemu na określonym terytorium. Z opublikowaniem dekretu kanonizacyjnego święty staje się własnością całego Kościoła. Kanonizacja jest nieomylnym orzeczeniem Kościoła, że dany chrześcijanin jest zbawiony, że styl jego życia, jego wiara, nadzieja i miłość. jego słowa i czyny są zgodne z nauką Jezusa Chrystusa, że można go naśladować bez obawy wpadnięcia w błąd i grzech. Jak z tego widać, beatyfikacja i kanonizacja nie są przygotowywane pod określonego kandydata na ołtarze - nic mu przecież nie dodają. Jego radością i szczęściem jest Bóg-Dawca świętości, a to mu zupełnie wystarcza. To my raczej go potrzebujemy, my, którzy szukamy światła i przykładu życia wśród ciemności naszych czasów.
Kościół jest jedną wielką rodziną, w której wzajemnie sobie pomagamy i zawdzięczamy. Zbawieni i szukający zbawienia są Ciałem Mistycznym, trzymają się za ręce wokół Chrystusa, Głowy tego Ciała. Bł. Maksymilian, który dziś cieszy się w obecności Boga, podaje nam rękę, więcej: obie ręce, gdyż spodobało się Bogu przez ręce Błogosławionego zsyłać nam swoje dary. Cudowna jest ta tajemnica świętych obcowania.
Dziś, gdy bł. Maksymilian osiągnął niebo, wertujemy jego listy, artykuły i konferencje. Pragniemy dowiedzieć się, jak on wyobrażał sobie niebo. W artykule, napisanym w r. 1924 na uroczystość Wniebowzięcia NMP, czytamy: "W tym dniu usiłujemy odtworzyć w naszej wyobraźni to oczekiwane niebo... Musi tam być jakoś inaczej, niż nam opowiadają, albo czytamy w książkach - mówimy sobie. Zupełnie słusznie. W niebie jest naprawdę «jakoś» inaczej, można powiedzieć: całkiem inaczej, niż my możemy to sobie wyobrazić... Już niezadługo dowiemy się dokładnie, jak jest w niebie. Za sto lat nikt z nas nie będzie chodził po tej ziemi... Więc wkrótce, byle tylko teraz dobrze się przygotować, pod opieką Niepokalanej".
W szkole św. Franciszka z Asyżu
Rozważanie na 3. niedzielę nowenny (22 VIII)
Dnia 4 września 1910 r. Rajmund Kolbe przywdział we Lwowie habit franciszkański i otrzymał imię zakonne Maksymilian. W rok potem złożył śluby czasowe. Wreszcie w dniu 1 listopada 1914 r., mając 20 lat, na zawsze związał się z zakonem przez śluby uroczyste. "Ślubuję i przyrzekam Bogu i Świętym postępować przez całe życie według nauki i za przykładem Pana naszego Jezusa Chrystusa, zachowując Regułę św. Franciszka" - taką treść miało ślubowanie, którego mocą Błogosławiony nieodwołalnie stał się synem św. Franciszka. O tym osobistym wydarzeniu napisał w liście do matki: "Donoszę, że dzięki Panu Bogu i Matce Bożej złożyłem uroczyste śluby. W dodatku przyjąłem imię Maria".
Śluby: posłuszeństwo, ubóstwo i czystość, znalazły odzwierciedlenie w życiu bł. Maksymiliana.
Jego skromność graniczyła z ideałem, i to przez całe życie. W notatkach rekolekcyjnych zdradzał troskę o zachowanie ślubu czystości: "Pilnuj tego skarbu! Masz go w glinianym naczyniu". Doceniając tę cnotę, postanowił unikać nawet słów obrażających czystość.
W ubóstwie szedł krok w krok za Biedaczyną. "Oblubienicą św. Franciszka - zapisał - jest ubóstwo, które i swoim synom w spadku zostawił". Nosił zatem połatany habit i buty. W apostolstwie jednak chciał stosować postępowe środki: najwydajniejszy sprzęt drukarski, najnowocześniejszy typ samolotu.
W posłuszeństwie o. Maksymilian powołał się na zasadę, według której cnota posłuszeństwa jest istotą świętości, bowiem prowadzi do zjednoczenia naszej woli z wolą Bożą. Posłuszeństwo jest najłatwiejszą, najkrótszą i najpewniejszą drogą do świętości. Pełnienie woli Bożej i zdanie się na nią jest nieomylnym kryterium miłości Bożej. Człowiek prawdziwie posłuszny upodabnia się do trupa, do niewidomego. Wydaje się, że bł. Maksymilian wręcz dosłownie powtarza myśl św. Franciszka.
Znawcy życia o. Maksymiliana zaznaczają, że nawet jego usposobienie harmonizuje z temperamentem Założyciela zakonu. Św. Franciszek był dla Błogosławionego nie tylko wzorcem postępowania, ale i postacią, z którą czuł się związany węzłem pokrewieństwa duchowego. Ryzyko przedsięwzięcia, brak dbałości o zabezpieczenie przyszłości, improwizacja, nerw organizacyjny, niezwykła ruchliwość - oto cechy charakterystyczne św. Franciszka, które uwidoczniały się w bł. Maksymilianie. Uznano w Maksymilianie gorliwego krzewiciela całej idei Franciszkowej z jej szczególną czcią dla Matki Bożej. Oto fragment listu, jaki Błogosławiony skierował do młodzieży franciszkańskiej: "Mówią, że im dalej od założyciela, tym słabszy duch zakonu. Często tak się zdarza, ale z tego nie wynika, że tak powinno być. Duch bowiem w przeciwieństwie do praw zewnętrznych nie zna procesu starzenia się - rozwija się bez ograniczeń. Św. O. Franciszek będzie się bardzo cieszył, gdy przez niego prosić będziemy Boga o jeszcze większą miłość, niż on miał, i o nieskończenie większą. On chce rozwijać swego ducha w swoich synach i nie stawia swojej świętości za granicę naszej doskonałości. Nasiona, jakie zostawił on w zakonie, należy rozwijać bez granic... Byłem w wielu krajach, wiele widziałem, z różnymi ludźmi rozmawiałem, ale wierzcie mi: nie znam bardziej odpowiedniego środka zaradzenia złu naszego wieku niż nasz zakon seraficki, oczywiście, jeśli niestrudzenie, ochoczo, z miłością i ustawicznie będzie on rozwijał ducha św. O. Franciszka".
Kiedy został aresztowany przez gestapo i uwięziony na Pawiaku, napisał do Niepokalanowa: "Moi Kochani, proszę przysłać mi ubranie cywilne". Przez trzydzieści jeden lat nosił franciszkański habit, ten zewnętrzny znak przynależności do zakonu, aż wreszcie zwłóczyła go z niego ręka zbrodnicza. Jego niepokonany duch dochował jednak wierności Ewangelii i św. Franciszkowi do końca, do chwili gdy siostra śmierć wyszła mu na spotkanie, a siostra ziemia przyjęła w swoje objęcia spalone na proch ciało.
Notka redakcyjna
Dodatkowy materiał do rozważania zawierają artykuły: Echo św. Franciszka z Asyżu, w: RN z października 1981 r.; Syn wielkiego Ojca, w: RN z listopada 1981 r.; Spotkanie przy żłóbku, w: RN z grudnia 1981 r.
Jestem księdzem katolickim
Rozważanie na 4. niedzielę nowenny (29 VIII)
W r. 1971 obradował w Rzymie Synod Biskupów nad problemem kapłana, nad jego życiem, działalnością i miejscem w świecie współczesnym. Uświetnieniem Synodu była beatyfikacja kapłana - Maksymiliana Kolbego., Papież Paweł VI, przewodniczący zgromadzenia, wskazał na wzór kapłana, który swoją postawą, pracą apostolską, a przede wszystkim ostatnim wyznaniem: "Jestem księdzem katolickim", wypełnił powołanie kapłańskie.
W dniu 28 IV 1918 o. Maksymilian przyjął święcenia, które obudziły w nim odczucie potrzebnego i powszechnego kapłaństwa: "Było nas - wspomina - więcej niż stu z różnych zakonów, z grona kleryków świeckich i z różnych narodowości; był nawet jeden Murzyn, co się święcił... Jaki to piękny widok: wszyscy połączeni pomimo takich różnic węzłem religii katolickiej i miłości bratniej w Panu Jezusie".
Zadaniem księdza jest głoszenie Ewangelii, składanie ofiary Mszy św., udzielanie sakramentów i błogosławieństw. O. Maksymilian zbliżał ludzi do Boga i do Niepokalanej nie tylko swoimi kazaniami i konferencjami duchownymi, ale i słowem pisanym. Wydawane przez niego czasopisma spełniały rolę największej ambony w Polsce.
Misje zagraniczne to odrębny, niezwykły rozdział kapłańskiej służby bł. Maksymiliana.
Nieszczęścia spowodowane wojną, więzienia i obozy koncentracyjne dobitnie ukazały służebne kapłaństwo Błogosławionego.
Podczas pierwszego aresztowania zakonników przez wojsko niemieckie o. Maksymilian znalazł się "w sytuacji wyjątkowo szczęśliwej" - jak żartobliwie powiedział swoim braciom: "Za darmo jedziemy przecież na misje!"
Na Pawiaku w Warszawie zgodził się na podjęcie pracy w bibliotece więziennej. Były tam bowiem większe możliwości spowiadania więźniów i roztaczania opieki duchowej nad załamanymi. W Wielkim Poście - aż dziw bierze - urządził dla najbliższych współpracowników rekolekcje, głosząc im konferencje.
Ostatni etap kapłańskiej pracy Błogosławionego to Oświęcim. Mówi się, że ksiądz, nawet jeśli zabiorą mu wszystko z wyjątkiem sutanny i brewiarza, spełni swoje zadanie. O. Maksymiliana pozbawiono i tych rzeczy, ale on do końca pełnił swoje powołanie.
W niedzielne popołudnia polscy księża zbierali się potajemnie na wspólne modlitwy i konferencje duchowne. Wywarła na nich niezatarte wrażenie pogadanka o. Maksymiliana o Niepokalanej. "Całe nasze życie - mówił Kaznodzieja - każda myśl, słowo, uczynek są w Jej rękach". Było to ostatnie kazanie o. Maksymiliana. Uwiecznił je na obrazie malarz obozowy.
Noc w noc spowiadał. W osłonie ciemności, mimo srogich zakazów, pełzał z rozgrzeszeniem i pociechą do umierających, silniejsi pełzali do niego. "Jestem tu po to - mówił - żeby wam służyć".
W szpitalu obozowym wybrał sobie najgorsze miejsce, tuż przy drzwiach. Gdy proponowano mu przeniesienie na wyższą pryczę, stanowczo odmówił: "Stąd widzę wynoszone zwłoki i mogę je błogosławić".
W obozie nie pozwalano na składanie ofiary Mszy św. Błogosławiony złożył jednak ofiarę, tę z własnego życia. Był lipiec 1941 r. Z obozu uciekł więzień. W odwet wyznaczono dziesięciu więźniów do bunkra głodowego na śmierć. Wśród nich znalazł się Franciszek Gajowniczek. Płakał: "Biedna moja żona, biedne moje dzieci, już was nigdy nie zobaczę". I oto nagle z szeregu wystąpił o. Maksymilian. Zwrócił się do komendanta: Chcę pójść na śmierć za jednego ze skazanych.
- Ktoś ty? - Ksiądz katolicki.
O. Maksymilian nie powiedział: "Jestem profesorem, redaktorem, dyrektorem wydawnictwa", ale po prostu: "Jestem księdzem". Wyznając w tej tragicznej chwili swoje kapłaństwo miał on najprawdopodobniej na uwadze bardziej tych dziewięciu skazanych, potrzebujących ostatniej posługi kapłańskiej, niż tego jednego, którego uratował od śmierci.
Bunkier głodowy, w którym znalazł się ze swoimi towarzyszami, nie był dla innych więźniów zupełną tajemnicą. Unosiły się z niego pobożne śpiewy i modlitwy.
Nabożeństwu w bunkrze do końca przewodniczył o. Maksymilian. Zginął jako ostatni ze skazanych. W 23. roku swego służebnego kapłaństwa złożył największą ofiarę - ofiarę ze swego życia.
Użyteczne narzędzie w rękach Niepokalanej
Rozważanie na 5. niedzielę nowenny (5 IX)
W r. 1923 "Rycerz Niepokalanej" zamieścił na swoich łamach artykuł pt. Wspomnienia październikowe. O. Maksymilian, autor artykułu, pisał: "Było to w r. 1917. Jesienne słońce wcześnie dobiegało do horyzontu, a Rzym pogrążał się coraz bardziej w okalających ciemnościach, broniąc się przed nimi setkami i tysiącami zaświeconych lamp. W Kolegium Międzynarodowym OO. Franciszkanów do jednej z cel prawie chyłkiem wsuwali się młodzi zakonnicy. Wszedł siódmy - już wszyscy. Klucz w drzwiach przekręcono, a gromadka otoczyła podłużny stół, u którego szczytu na podwyższeniu widniała piękna figura Niepokalanej pomiędzy dwoma gorejącymi świecami. Po modlitwie wstępnej przeczytano list o. Aleksandra Basilego, spowiednika Ojca Świętego, w którym tenże oświadcza, że sprawę Rycerstwa Niepokalanej przedstawi Namiestnikowi Chrystusowemu. Potem projekt programu: cel, środki, warunki. Nad każdym z tych punktów dyskusja, wreszcie rezolucja przez glosowanie. Długo tak radzono, a na twarzach wszystkich odbijał się spokój, ufność i miłość gotowa do ofiar dla zbawienia dusz przez Niepokalaną, a zarazem troska o dobre postawienie sprawy. (...) Działo się to 16 października...".
Błogosławiony rzucił tego wieczoru podwaliny pod ogromny ruch maryjno-misyjny: Rycerstwo Niepokalanej (MI). Wyjaśniał: "Istotą MI jest bezgraniczne oddanie się Niepokalanej. Mamy być Jej sługami, dziećmi, niewolnikami itd., itd., itd. Słowem, pod każdym względem Jej, jak najściślej, jak najdoskonalej Jej, jakby Nią samą". Poświęcenie się Niepokalanej uważał za uprzywilejowany środek większej gotowości w działaniu dla Chrystusa Zbawiciela, na wzór Niepokalanej i przez Niepokalaną. Zarówno w dyplomiku Rycerstwa, jak i w akcie poświęcenia się o. Maksymilian użył terminu "narzędzie": "...abym w Twoich niepokalanych i najmiłościwszych rękach stał się narzędziem".
Obierając ten termin spośród wielu innych o. Kolbe widział w nim wyrażenie rzeczywistości, od której zależy jakość naszego-apostolstwa. Nasze działanie przez poświęcenie przestaje być tylko naszym własnym działaniem, bowiem Niepokalanej przyznajemy prawo niezależnego działania przez nas. "Śmiało powiem - wyjaśnia bł. Maksymilian -że jeżeli będziemy Niepokalanej całkowicie oddani (...), wtedy nasze prace i wysiłki nie będą już nasze. ale Jej, będą miały wartość nie naszą, ale Niepokalanej. My tylko będziemy Jej narzędziami, tak jak łopata w ręku ogrodnika".
Bł. Maksymilian pragnął, by ludzie uważali Matkę Bożą za swoją Matkę, Właścicielkę, Panią, Królową, by w Jej rękach byli rzeczą, własnością, miotłą, łopatą, pędzlem, a przez to stali się Jej dziećmi, niewolnikami, sługami, rycerzami, słowem: Jej. "Niech Ona czyni ze mną, co się Jej podoba, z całym mym życiem, śmiercią i nawet wiecznością".
Mówiąc o doskonałym narzędziu w rękach Niepokalanej, Błogosławiony wskazał - raczej przypadkowo niż umyślnie - na siebie, przez co jego wypowiedź nabrała charakteru profetycznego: "Kto Niepokalaną poznał, pokochał, Jej się oddał, a oddał tak całkowicie, że nic już sobie nie pozostawił, nie zastrzegł, kto stara się stać Jej coraz bardziej i pod każdym względem, kto ponadto w trosce o Jej królestwo w duszach pragnie, by inni Jej się oddali, i ze swej strony wszystko, co może, w tym celu czyni i stara się żadnego środka nie opuścić, chociażby go to bardzo dużo kosztowało, a nawet chociażby mu krwią przyszło ten ideał przypieczętować, owszem, za największe szczęście, za szczyt marzeń uważa sobie złożyć całkowitą ofiarę z własnego życia dla pozyskania wszystkich dusz dla Niej i to wszystkich, gdziekolwiek one są, do jakiejkolwiek narodowości czy rasy należą i kiedykolwiek żyją, czy teraz czy w przyszłości - ten oczywiście jest doskonałym rycerzem Niepokalanej".
Patrząc dziś z perspektywy przeszłości na życie Błogosławionego możemy powiedzieć, że był on wzorcowym rycerzem. Jego śladem poszły liczne zastępy rycerzy, do których można zaliczyć zmarłego przywódcę narodu ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jana Pawła II.
Ks. Prymas wielokrotnie przecież zachęcał cały naród do całkowitego oddania się w macierzyńską niewolę Maryi, sam nazwał się Jej niewolnikiem. Natomiast Ojciec Święty Jan Paweł II zawierzył Maryi cały Kościół i siebie samego. "Totus tuus - cały Twój, Maryjo". Niepokalana chce i umie sięgać zarówno po piękne, wielkie narzędzia, jak i po całkiem proste, zwyczajne, przeciętne, oczywiście pod jednym warunkiem: oddać Jej naszą osobowość.
