Propozycja braterstwa i pokoju

"Franciszku, czemu za tobą... świat cały biega i każdy, zda się, pragnie cię widzieć i słyszeć, i słuchać? Nie jesteś piękny z ciała, nie jesteś bardzo uczony, nie jesteś szlachetnego rodu: czemuż więc za tobą biega świat cały?" (Kwiatki św. Franciszka, Warszawa 1959, s. 61). Ta refleksja, która przyszła do głowy br. Maciejowi, jednemu z pierwszych towarzyszy św. Franciszka, nasuwa się po dziś dzień. Mimo niezliczonych "projektów życia", natarczywie wciskanych ludziom na rynku cywilizacji w. XX, postać św. Franciszka z Asyżu wciąż podbija niezwykłym urokiem. Znak to oczywisty, że trafia on w sedno sprawy, dociera do serc i umysłów i staje się "prorokiem sensu" istnienia także nad Odrę, Wisłę, Bugiem...

Do jakiego jednak stopnia wciąga nas doświadczenie Franciszka? Sympatia, urok, uwielbienie to nie jest jeszcze zerwanie z niewłaściwym stylem życia, nawrócenie. My go szanujemy, podziwiamy, może mu zazdrościmy... i pozostaje w nas tylko piękne marzenie, tęsknota za nieosiągalnym wzorem. Twarda codzienność, konkretna "mądrość" o trzech wymiarach bezlitośnie przyzywa nas do rzeczywistości. Narzucają się inne, bliższe i wygodniejsze wzorce. W rezultacie my, biedni "bohaterzy w poszukiwaniu swego autora", gdzie indziej znajdujemy swój sugestywny świat.

A gdyby Franciszek stał się twoim "autorem"? Gdyby właśnie on mógł ukazać ci sens życia? Tę ewentualność mógłbyś rozważyć. Przedkładamy ci tego wiernego naśladowcę Chrystusa, oczywiście nie po to, by dać okazję ucieczki w przeszłość, ale jako wyzwanie na dziś; nie w sensie fotokopii - fotokopie nie działają w porządku duchowym - ale w sensie odnalezienia tych wartości, które czynią człowieka przezroczystym, bez skaz, bratem, apostołem pokoju, wolności i nadziei. Proponujemy go w przekonaniu, że i ty znajdziesz we Franciszku swojego "autora", swój ekspresywny świat i zryw do odnawiania oblicza uciemiężonej ziemi polskiej.

"Nadszedł czas ewangelii. Ksiądz grubymi palcami z szelestem przewrócił kartkę, zrobił wielki znak krzyża i rozpoczął oficjalnym tonem. Zaskwierczał dopalający się knot świecy. Zabrzęczała mucha. Ksiądz czytał: «Idźcie więc i przepowiadajcie, i mówcie: Królestwo Boże jest blisko... Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych...».

Franciszek zadygotał. Są to zwyczajne, porządne, doskonale znane, neutralne, obojętne słowa, mechanicznie powtarzane maksymy, utarte frazesy. Już dawno temu ludzie sobie je przyswoili. One potrafią się bronić, udawać umarłego, słowa-mumie. Jednak tego poranka przybrały inny wygląd: zadziwiająco dziewiczy, świeży, nieujarzmiony, spoisty, zwarty, naprawdę niezwykły. Tego poranka te słowa miały sens. Kolejno pojawiały się przed Franciszkiem w całej swej krasie i ozdobie, z całym swym ciężarem i jakby zmartwychwstałe wśród umarłych.

Zerwał się, skacząc z nogi na nogę, zaczął głęboko oddychać. Ta cicha Msza odetchnęła świeżym powietrzem, wypłynęła na pełne morze. Ewangelia-śpiąca królewna nagle się obudziła, odsłoniła swe oryginalne oblicze.

Po Ite Missa est podbiegi do księdza, wyciągnął go na zewnętrz, przy biciu w bębny. I tam pod wysokopiennymi drzewami, zarzucił go pytaniami: - Czy to prawda? Święta prawda? Czy ten tekst jest autentyczny? Ewangelią w ciele i kości?

- Ależ tak - odrzekł ksiądz. -To jest ewangelia z dnia...

- I nikt nigdy tego nie czytał? Słowo po słowie, litera po literze? - Wszyscy znają tę ewangelię, zobaczmy...

- Tekst, tekst, chcę zobaczyć tekst, gołym okiem; proszę go przynieść!

Dzielny ksiądz wrócił z archaiczną, parafialną księgą Ewangelii. -Więc proszę czytać, czytać, szybko! - krzyczał Franciszek. Tekst olśniewał go. Chodził tam i z powrotem, pod drzewami, skandując sylabę po sylabie, zatrzymując się ze zdumienia przy jakimś słowie albo oblizując się lub mrużąc oczy...

Potem bez najmniejszej przeszkody, wolniejszy niż kiedykolwiek... wyruszył przez las, krzycząc wokoło do jaskółek, sosen: - Czytaliście Ewangelię? Czytaliście Ewangelię? - Gdzie ty idziesz? - krzyknął stary ksiądz. - Głosić ewangelię?

- Żyć ewangelią! Żyć ewangelią!".

Joseph DEL TEIL, "François d’Assise", Flammarion 1960.

Opr. i tłum. P. Anzulewicz